Ekologia  /  News

Mleko sojowe będzie jednak mlekiem, a nie napojem. Cenzura produktów roślinnych nie przeszła

Picture of the author

Najpierw warzywne hamburgery dostały pozwolenie na korzystanie z nazwy kojarzonej z mięsem, teraz roślinne zamienniki mleka mogą przypominać produkty pochodzenia odzwierzęcego. „Zwycięstwo ideologii nad zdrowym rozsądkiem” – grzmi poseł Prawa i Sprawiedliwości”.

Roślinne produkty miały znacząco różnić się od tych zwierzęcych za sprawą poprawki 171, którą zaproponowali niektórzy unijny politycy. Domagali się naprawdę radykalnej cenzury: roślinne zamienniki choćby mleka nie mogłyby w żaden sposób sugerować, że mają coś wspólnego z prawdziwym nabiałem.

Nie przeszłyby więc sugestie, że to alternatywa czy w stylu mleka, a także opisy kojarzone z produktami odzwierzęcymi, jak maślany czy śmietankowy. Również opakowania przypominające te z prawdziwym mlekiem miałyby zostać zakazane.

Rada Europejska, Komisja Europejska i państwa członkowskie stwierdziły zgodnie: bez przesady

Wcześniej podobne absurdalne propozycje padały pod adresem roślinnych burgerów. Europejskie organizacje skupiające rolników i producentów mięs od dawna lobbowały, by zarezerwować nazwy „burger”, „stek” czy „kiełbaski” dla tych produktów, które zawierają mięso. Pomysł jednak został odrzucony przez unijnych deputowanych.

Zanim jednak weganie i wegetarianie pochwalą polityków wspólnoty, warto przypomnieć, że  Trybunał Sprawiedliwości UE zakazał używania sformułowań „mleko migdałowe” czy „jogurt sojowy”. W efekcie dziś na półkach znajdziemy „napój migdałowy” czy „napój owsiany”.

Co z tego, skoro i tak wszyscy widzą, że to alternatywa dla prawdziwego mleka – pieklili się ci, dla których produkty odzwierzęce są najwyraźniej wyjątkowe i ich nazwa zarezerwowana powinna być dla nich. Stąd pomysł, aby „napój migdałowy” nie był przedstawiany jak mleko.

Niby sprawa jest absurdalna, ale nawet jako wegetarianin mam z tym pewien problem

Oczywiście bawi mnie bicie na alarm przez Ryszarda Czarneckiego, europosła Prawa i Sprawiedliwości.

- To jest zwycięstwo ideologii nad zdrowym rozsądkiem. To jest wprowadzanie opinii publicznej w błąd, która może uważać, że kupuje zupełnie coś innego niż kupuje – powiedział polityk, cytowany przez Polsatnews.pl.

Z jednej strony mieszanie w to ideologii jest śmieszne, z drugiej – aż trudno przechodzi mi to przez klawiaturę – w jednym Czarnecki ma rację. Sam kupując mięsne alternatywy muszę dokładnie sprawdzać, czy to na pewno jest wersja wege. Roślinne „mielone” czy właśnie burger wyglądają tak samo jak prawdziwe. Oczywiście są znaczki i napisy, ale pierwszy rzut oka potrafi być mylący.

To tylko pokazuje, że czepianie się nazwy jest niepotrzebne. Zakaz prowadziłby do kolejnych absurdów, zakazujących sprzedawania tofu, które wygląda jak mięso mielone. To jednak prowadziłoby do głupich i zupełnie niepotrzebnych sporów.

Ale może właśnie to kwestia ideologii i europoseł PiS-u ma rację. Powinien jednak zauważyć belkę w swoim oku i reszty mięsożernych polityków. Według Sylwii Spurek frakcja „Meat party” w Parlamencie Europejskim jest bardzo silna. I wszystko, co ma związek z mięsem, zasypuje polityczne podziały, bo ważniejsza jest ochrona zwierzęcych produktów.