Foto  / Artykuł

Mnóstwo zalet i jedno ogromne „ale”. Sprawdziłem, czy w 2020 r. nadal warto kupić Sony A7rIV

Spędziłem ostatni miesiąc z Sony A7rIV, żeby przekonać się, czy warto go kupić w 2020 r.

Gdy Sony A7rIV debiutował ponad rok temu, rozjechał konkurencję jak walec. Nie było na rynku rywala, który mógłby rzucić rękawicę aparatowi Sony, jeśli chodzi o jakość produkowanych fotografii i kombinację funkcji foto/wideo.

Dziś krajobraz wygląda nieco inaczej. Canon EOS R5 podbija serca i portfele fotografów z całego świata, a nadchodzący Nikon Z7 II w końcu wygląda jak realna alternatywa dla najlepszych sprzętów na rynku, a nie tylko dostawka do tego rynku. Uznałem, że to doskonała okazja, żeby przekonać się, czy w 2020 r. Sony A7rIV nadal broni się równie dobrze, co w dniu premiery. Nadal bowiem nie jest on aparatem tanim - w chwili pisania tego tekstu jego katalogowa cena to ponad 15 tys. zł, choć można go kupić w promocji z cashbackiem 1500 zł.

Pracowałem z nim przez miesiąc w parze z obiektywem Sony 24-70 mm f/2.8 G-Master, tworząc materiały dla Spider’s Web i nie tylko zarówno w plenerze, jak i w studio. Po tym czasie doszedłem do identycznej konkluzji jak rok temu: Sony A7rIV to aparat niemal do wszystkiego, ale definitywnie nie dla wszystkich.

Pikseli nikomu nie zabraknie.

Nie chcę w tym tekście powtarzać banałów i przeklejać cyferek ze specyfikacji technicznej. Te informacje są powszechnie znane i można je znaleźć w 10 sekund wpisując odpowiednie zapytanie w Google’a. Wolę raczej podzielić się tym, czego w specyfikacji nie widać: czyli tym, jak przekłada się ona na codzienne użytkowanie.

Zacznijmy od matrycy 61 Mpix, która pomimo roku od premiery wciąż dzierży tytuł największej matrycy pełnoklatkowej na rynku. Żaden z konkurentów Sony nie połknął haczyka i nie dał się wciągnąć w ten niezbyt sensowny wyścig na megapiksele - Canon EOS R5 ma matrycę ok. 45 Mpix, podobnie jak Nikon Z7 II.

Sam na co dzień pracuję na Sony A7rIII z matrycą 42 Mpix i mogę powiedzieć, że definitywnie czuć przyrost rozmiaru. Wynikowe pliki w pełnej rozdzielczości mają aż 9504  x 6336 px i ważą 120-130 MB. O konsekwencjach tego rozmiaru opowiem za chwilę, teraz natomiast warto wspomnieć o korzyściach.

A te są wymierne - mając do dyspozycji tak ogromny obrazek, możemy przekadrowywać przy obróbce niemal do woli. Ktoś powie, że profesjonalista powinien kadrować w aparacie, nie przy obróbce. Ja powiem, że lepiej mieć taką możliwość, niż jej nie mieć.

61 Mpix to też raj dla fotografów reklamowych i produktowych, którzy mogą uzyskać pliki o jakości pozwalającej na wydruki wielkoformatowe bez konieczności uciekania się do wielkich, nieporęcznych i koszmarnie drogich aparatów średnioformatowych.

Oczywiście nagromadzenie takiej liczby pikseli na pełnoklatkowej matrycy odbiło się negatywnie na pracy w kiepskich warunkach oświetleniowych; Sony A7rIV radzi sobie na wysokim ISO zauważalnie gorzej niż Sony A7rIII, ale na szczęście nawet do ISO 12800 nie ma problemu z przebarwieniami czy wypraniem obrazu z kontrastu i koloru. Można nim więc robić zdjęcia w kiepskich warunkach oświetleniowych, ale trzeba mieć świadomość, że ze względu na ogromną liczbę Mpix nie jest to najlepszy sprzęt do takich zastosowań.

Ogólnie rzecz biorąc nie da się jednak powiedzieć złego słowa o jakości zdjęć uzyskiwanych z Sony A7rIV. Kolory są piękne, rozdzielczość kosmiczna, zakres dynamiczny bardzo szeroki. Autofocus pracuje doskonale, rozpoznając twarz i oko zarówno u ludzi, jak i u zwierząt. Jeśli tylko połączymy ten aparat z wysokiej klasy obiektywami, uzyskamy z niego fenomenalne rezultaty.

Jeśli chodzi komfort obsługi, konkurencja dogoniła Sony.

Gdy Sony A7rIV zadebiutował, oferował niezrównany komfort obsługi i ergonomię. Ten aparat był pierwszym pełnoklatkowym bezlusterkowcem Sony wykorzystującym nowy design, podchwycony potem przez Sony A9 II, Sony A7sIII i wkrótce także przez Sony A7IV.

Różnica między nim a poprzednim Sony A7rIII/A7III wydaje się niewielka, ale w praktyce jest znacząca. Wystarczyło nieco pogłębić grip i nieco powiększyć przyciski, by przekształcić najbardziej niewygodny profesjonalny system na rynku w najwygodniejszy profesjonalny system na rynku.

Obsługa Sony A7rIV jest komfortowa, szybka, a przyciski możemy konfigurować niemal dowolnie, by dopasować aparat do swoich potrzeb. Ubolewam, iż A7rIV nie dostał aktualizacji do nowego systemu menu z Sony A7sIII, ale tym, który jest, również da się żyć. Nawet jeśli nie należy on do najbardziej intuicyjnych.

Wielką zmianą względem starego Sony A7rIII jest też migawka, która teraz nie pracuje sucho i nieprzyjemnie, ale cichutko i miękko, wydając z siebie bardzo przyjemny dźwięk. Z największą radością przywitałem jednak wyższą rozdzielczość wizjera i monitora, które w Sony A7rIII wyglądają dość archaicznie, zaś w Sony A7rIV prezentują się naprawdę dobrze.

Rok temu te superlatywy przeważałyby nad wszystkim, co oferuje konkurencja, ale aktualnie już tak nie jest. Canon EOS R5 jest jeszcze wygodniejszy w obsłudze, ma nieporównywalnie bardziej przejrzyste menu i - to chyba największa różnica - można go w pełni obsługiwać ekranem dotykowym. Wyświetlacz dotykowy w Sony natomiast istnieje… sam nie wiem po co. Można na nim wybrać punkt ostrości i przeglądać zdjęcia, i to tyle. W Canonie dotykiem możemy zmienić wszystko. Do tego jego wizjer i ekran grają w zupełnie innej lidze niż Sony. Wyższej lidze.

Duża matryca albo szybka praca. Wybierz jedno.

O ile jednak od strony jakości zdjęć czy komfortu obsługi nie mam istotnych uwag do Sony A7rIV, tak jednej rzeczy każdy fotograf, który chce go nabyć, musi być świadom - ten aparat wymusza zmianę stylu pracy na każdej płaszczyźnie.

Pierwsza płaszczyzna to karty pamięci, których używamy. Z tym aparatem po prostu nie da się komfortowo używać kart SD UHS-I. To bez sensu. Używając karty SanDisk Extreme Pro o szybkości zapisu 170 Mb/s aparat jest w stanie zrobić góra 3-4 zdjęcia, zanim zapcha się bufor. Natrafiłem też na problem, który znam już z Sony A7rIII - jeśli karta jest za wolna, to aparat nie zapisuje wszystkich zdjęć zrobionych w trybie seryjnym. Dla przykładu: wciskamy migawkę, aparat (teoretycznie) wykonuje serię 10 kl/s, a tymczasem na karcie zapisują się… dwa zdjęcia.

Ten problem rozwiązuje w pełni wykorzystywanie kart SD UHS-II, ale nawet wtedy bufor potrafi się zapchać po zrobieniu 10-15 zdjęć, jeśli zapisujemy zdjęcia równolegle do obydwu kart.

Przejdźmy dalej - każdy RAW waży około 120-130 Mb/s. Sony nie umożliwia zapisywania RAW-ów w mniejszej rozdzielczości, jedynie skompresowane lub nieskompresowane. Oznacza to, że zdjęć na karcie pamięci zmieści się znacznie mniej, a to z kolei podnosi koszt ich zakupu: karty UHS-II są bardzo drogie, modele o pojemności 128 GB (a to minimum przy tym aparacie) to koszt rzędu 1000 zł.

Większy rozmiar plików oznacza również dłuższy ich transfer na komputer. Nawet najszybsze czytniki kart pamięci SD pozwalają na transfer plików z szybkością maksymalnie 5 GB/s i to tylko po podłączeniu ich do najszybszych portów Thunderbolt 3/USB 3.2 gen. 2.

Większy rozmiar zdjęć oznacza również konieczność wygospodarowania większej ilości miejsca na dysku. Gdy pracowałem z Sony A7rIV, ilość wolnego miejsca na dane na moim MacBooku Pro 16 dosłownie topniała w oczach. Dla przykładu: zwykle pojedynczy projekt dla klienta zajmuje na dysku około 30 GB. Wlicza się w to około 150 plików RAW, z których potem powstaje 25 plików JPEG i TIFF w pełnej rozdzielczości. Taki sam projekt zrobiony Sony A7rIV zajął mi na dysku ponad 70 GB.

Pliki .ARW z Sony A7rIII ważą około 80 MB. Z Sony A7rIV - ponad 120 MB. Pliki TIFF z Sony A7rIII ważą około 260 MB. Te same pliki z Sony A7rIV to już ponad 350 MB na sztukę.

Największym problemem jest chyba jednak nie ilość potrzebnego miejsca na dane, a moc obliczeniowa, która jest niezbędna do szybkiej pracy z takimi plikami. Dysponuję dwoma bardzo szybkimi laptopami z ośmiordzeniowymi procesorami Intel Core i9 i 32 GB RAM-u. Przy pracy nad dużą biblioteką zdjeć z Sony A7rIV dostawały one zadyszki, a MacBook Pro 16 raz nagrzał mi się do tego stopnia, że dalsza praca nie była możliwa, póki nie wystygnął.

Nawet stacjonarny komputer mojej żony z desktopowym Intelem Core i7-8700K i 64 GB RAM-u momentami dostawał czkawki, gdy dochodziło do wykorzystywania pędzli i masek w Lightroomie, a karta graficzna pracowała na pełnych obrotach np. podczas wykorzystania narzędzia formowania w Photoshopie. Oczywiście można ten problem obejść, generując smart previews, ale ponownie - wydłuża to czas pracy z plikami. A tych wydłużeń czasu mamy dostatecznie dużo po drodze, bo wszystko trwa dłużej: zgranie plików z karty, przeniesienie plików na inny dysk, zrobienie kopii zapasowej… praca z Sony A7rIV wymaga naprawdę szybkiego komputera i dużej dozy cierpliwości. Na pewno nie polecam tego aparatu komuś, kto na co dzień pracuje na ultrabooku z niskonapięciowym procesorem. Praca w takiej konfiguracji byłaby czystym masochizmem.

Sony A7rIV w 2020 r. - kupować, czy nie kupować?

To wbrew pozorom nie jest pytanie, na które łatwo odpowiedzieć. Z jednej strony Sony A7rIV to aparat wszystkomogący i wszystkomający, tylko kawy nie robi. Oferuje fenomenalną jakość zdjęć, znakomity komfort obsługi i - o czym nie wspomniałem wcześniej - niezawodność, jakiej oczekujemy od profesjonalnego aparatu. Powiem więcej: Sony A7rIV miał na stałe wejść do naszej sprzętowej rodziny, gdyż moja lepsza połówka stoi właśnie przed wyborem nowego systemu i Sony A7rIV był najmocniejszym kandydatem na nowego konia roboczego w jej działalności.

Jednakowoż workflow dookoła tego aparatu okazał się tak upierdliwy, że przekreślił sensowność tego zakupu. Ponadto porównując ze sobą Sony A7rIV i Sony A7rIII nie znalazłem ani jednego powodu, który definitywnie skłoniłby mnie do wydania dodatkowych 5 tys. zł na nowy model. Oczywiście, A7rIV jest nieco wygodniejszy, nieco szybszy, nieco lepszy, ale nie na tyle, by wydawać o połowę więcej na korpus. Tym bardziej że tańszy Sony A7rIII nie sprawia podobnych problemów przy obróbce, co jego młodszy brat z większą matrycą.

Sony A7rIV to świetny aparat. Wydolny w większości rodzajów fotografii prócz sportu i dzikiej przyrody, gdzie przekreśla go bardzo płytki bufor i zbyt wielka matryca. Świetny jako aparat do okazjonalnego nagrywania wideo, dysponujący tym samym zestawem funkcji, co Sony A7III. Niemniej jednak nie jest to sprzęt dla każdego i nie każdy fotograf powinien się na niego zdecydować, tym bardziej że konkurencja nie śpi i alternatywa od Canona czy Nikona jest bardziej kusząca niż kiedykolwiek.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst