Gry  / Artykuł

Rusza Akt II w Valorant. Darmowa gra działa na kilkuletnim biurowym sprzęcie

Czerwiec to miesiąc, w którym przychody z Valorant były wyższe niż przychody generowane przez CS:GO. Jednocześnie nowa gra Riot Games zapisała się w historii: miała najpopularniejszą premierę na PC w kategorii Free2Play. Żaden inny tytuł nie zgromadził tylu zainteresowanych w okresie debiutu. Gdzie tkwi sukces strzelaniny Riot Games i na czym polega jej fenomen?

Czerwiec 2020 r. okazał się miesiącem zmian. Valorant - pretendent to tytułu króla taktycznych komputerowych strzelanin - wygenerował więcej przychodów niż popularne CS:GO. Produkcja od twórców League of Legends zaliczyła niezwykle udany debiut rynkowy. Darmowa gra przyciągnęła rekordową liczbę zainteresowań, będąc największą premierą Free2Play na rynku PC. Zmagania w Valorant ogląda dziś około 50 000 osób dziennie. Dla porównania, widownia CS:GO wynosi około 30 000 osób.

Skąd tak wielka popularność Valorant? Duża w tym zasługa wymagań sprzętowych. W zasadzie ich braku.

W społeczności skupionej wokół tej strzelaniny przyjęło się mówić: Jeśli działa ci League of Legends, Valorant też zadziała. Taktycznego FPS-a z powodzeniem uruchomiłem na 5-letnim biurowym sprzęcie, który lata świetności ma już dawno za sobą. Gra bez przeszkód działa na tanich laptopach kupionych poniżej 2000 zł. Trzeba się naprawdę postarać, aby któryś z nowych komputerów nie był w stanie uruchomić darmowej produkcji.

Riot Games zaznacza, że do ich gry wystarczy zaledwie procesor Intel Core 2 Duo, jednostka graficzna Intel HD 3000 oraz 4 GB RAM. Niektóre z tych podzespołów pamiętają 2012 r. Ekonomiczny, studencki wręcz laptop HP 15 z Vegą 3 oraz Ryzenem Ryzen 3 2200U w zupełności wystarcza, aby grać z płynnością między 30 i 40 klatek. Na swoim wypasionym Omenie X2S bawię się z kolei w 144 klatkach, w pełni wykorzystując gamingowy ekran tego laptopa z wysoką częstotliwością odświeżania. Na drugi ekran wrzuciłem sobie z kolei minimapę z taktycznym poglądem.

W sieci bez problemu znajdziemy poradniki uczące tego, jak złożyć własnego PeCeta pod Valorant, wydając nie więcej niż 999 zł. W Riot Games postawili na optymalizację, chcąc umożliwić rozgrywkę jak największej części graczy. Również tym, którzy nie posiadają wypasionych jednostek do uruchamiania kolejnych odsłon Call of Duty czy Battlefielda. Najnowsze wyniki gry Riotu dowodzą, że obrana strategia przynosi oczekiwane rezultaty. Żadna inna gra Free2Play nie miała tak udanego debiutu.

Krótsze mecze i prostsza ekonomia to to, czego potrzebowało wielu graczy.

W Valorant drużyna musi wygrać 13 z 25 rund, podczas gdy w CS:GO zwycięzcy muszą wygrać 16 z 30 rund. To tego średni czas rundy w grze Riot Games jest nieco krótszy, głównie za sprawą szybszego pierwszego kontaktu z wrogiem na mapie, a także obecności zabójczych umiejętności specjalnych. Mecze w Valorant najczęściej trwają od 30 do 40 minut, z kolei mecze w CS:GO od 40 do 50 minut. Gdy mamy mocno ograniczony czas wolny, to zasadnicza różnica.

Oczywiście sesja trwająca 30-40 minut to wciąż wielkie wyzwanie dla wielu graczy. Część osób - jak np. rodzice - czasem nie mogą sobie pozwolić na to, aby przez ponad pół godziny skupiać się wyłącznie na sieciowej rywalizacji. Dlatego Valorant oferuje dodatkowy tryb Spike Rush, w którym do wygrania wystarczą zaledwie cztery rundy. Taka potyczka jest radyklanie krótsza, stanowiąc świetny wstęp do długich, angażujących rozgrywek turniejowych.

Prostsza do zrozumienia jest także ekonomia. W Valorant otrzymujemy stałą pulę środków za wygraną i przegraną, a także za każdego fraga. Nie ma znaczenia w jaki sposób pokonaliśmy przeciwników. Do tego pomeczowy ekran pozwala podejrzeć saldo drużyny, jak i rywali. Dzięki temu szacunkowe kalkulacje stanu posiadania wrogów - znane doświadczonych graczom CS:GO - stają się zbędne. Ekonomia jest łatwiejsza do pojęcia, z kolei zasięg samego przedmeczowego sklepu wygodnie poszerzony.

Valorant – pierwszy taktyczny shooter dla każdego?

Nie bez znaczenia jest także oprawa. Valorant jest kolorowy, żywy, dynamiczny i wibrujący. Gra przyciąga barwną otoczką, której nie ma w Rainbow Six Siege czy CS:GO. Riot Games stworzył alternatywę dla osób znudzonych nieustanną wojną terrorystów i antyterrorystów, strzelających do siebie bez żadnego tła fabularnego. Twórcy Valoranta planują budować własną mitologię, w oparciu o unikalnych i wyróżniających się czempionów. To właśnie oni stanowią centrum zainteresowania fanów, debatujących o wyższości jednego bohatera nad drugim.

Wcześniej taktyczne strzelaniny były utożsamiane z hermetycznym środowiskiem doświadczonych graczy. Valorant robi potężny wyłom w tym modelu, wprowadzając do gatunku darmową grę dla każdego. Z czempionami, umiejętnościami specjalnymi, krótszymi meczami, ale jednocześnie tak samo bezwzględną rozgrywką i tak samo śmiertelnym modelem ostrzału. Valorant wprowadza taktyczne strzelaniny pod strzechy dziesiątek tysięcy graczy, którzy wcześniej byli kompletnie niezainteresowani tym gatunkiem. Tak jak mój kuzyn.

Jeszcze kilka miesięcy temu kuzynostwo nie mogło się oderwać od League of Legends. Dzisiaj popularne MOBA jest grane naprzemiennie z Valorantem. Doszło do migracji między gatunkami gier, która wcześniej wydawała się niemożliwa. Na własne oczy zobaczyłem, jak Riot Games obudowuje nowy tytuł o zaangażowaną społeczność. FPS przyciąga nie tylko część osób znudzonych CS:GO, ale również tych graczy, których taktyczne strzelaniny nie interesowały nawet trochę. Właśnie ta otwartość i dostępność - większa niż w przypadku innych taktycznych strzelanin - może być kluczem do sukcesu Riotu.

A to dopiero początek. Przed nami Akt II i… tryb każdy na każdego.

Valorant jest rozwijany przy pomocy aktów oraz epizodów. Każdy epizod będzie się składać z trzech aktów. Akt II rozpoczyna się już 4 sierpnia 2020 r. Darmowa aktualizacja dla wszystkich graczy wprowadza nową czempionkę. Killjoy to pochodząca z Niemiec hakerka, której rozpoznawczą umiejętnością jest wieżyczka strzelająca do przeciwników. Do tego dochodzi mina-pułapka, granat z rojem nanobotów, a także pole energetyczne spowalniające przeciwników. W kuluarach mówi się, że Killjoy będzie wręcz zbyt potężna.

Mnie najbardziej intryguje wprowadzenie klasycznego trybu Deathmatch. Moduł każdy-na-każdego w taktycznej drużynowej strzelaninie to szalony pomysł i już nie mogę się doczekać, żeby przetestować go w praktyce. Dziesięciu graczy dostanie portfele pełne nieskończonej waluty, za którą kupią dowolne bronie i umiejętności. Wygra ten, kto pierwszy zaliczy 30 fragów. Podoba mi się takie eksperymentowanie.

Akt II to także nowe skórki dla broni, stroje dla bohaterów, emblematy i pozostałe przedmioty kosmetyczne. Twórcy zmienią także podejście do przyznawania rang. Od teraz w podsumowaniu kariery będziemy widzieć naszą maksymalną rangę sezonową, a nie tylko tę aktualną. Dzięki temu gracze nie będą się bali u utratę statusu, rezygnując przez to z dalszej rozgrywki. Bardzo dobra, przyjazna użytkownikom zmiana, która wpłynie pozytywnie na matchmaking i okres oczekiwania w lobby.

Zainteresowani? Jeśli chcecie poznać Akt II w Valorant, grę pobierzecie bezpłatnie z tego miejsca.

Nie przegap nowych tekstów. Obserwuj Spider's Web w Google News.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst