Gry / Relacja

Krew, rozczłonkowania i dekapitacje. Graliśmy w Assassin’s Creed Valhalla i jest brutalne - pierwsze wrażenia

Assassin’s Creed Valhalla jest mroczniejsze, brutalniejsze, brudniejsze i bardziej krwawe od poprzednich odsłon. Średniowieczna Anglia wygląda jak pogorzeliska w Dzikim Gonie. Pod tą nową maską skrywa się jednak doskonale znana mechanika rozgrywki, choć z pewnymi zmianami.

Wypisz wymaluj Wiedźmin 3: Dziki Gon - rzuciłem do redakcyjnego kolegi, jadąc na koniu przez angielskie ziemie. W porównaniu do słonecznych odsłon Odyssey oraz Origins, świat w Valhalli jest przygnębiający. Brud, szaruga i błoto zdominowały krajobraz. Głównym zmartwieniem ludzi napotkanych w wioskach jest bieda i zdobycie pożywienia. Zdziwiłem się widząc tak liczne dzieci, bawiące się w łachmanach. Uprzedzam pytania: nie wiem, czy można zrobić im krzywdę, nie przyszło mi do głowy spróbować. Oby nie.

Krzywdę zrobił mi za to troll, napotkany na pełnych mgły moczarach.

Nie był to jednak fantastyczny potwór z baśni i legend, jak w przypadku mitologicznych przeciwników z Odyssey. Trollem była tak naprawdę egzotycznie obleczona szamanka, wyrównująca szanse w walce za pomocą trucizn, kadzideł i proszków. Wielu przeciwników napotkanych w dzikich ostępach pałało się alchemią; rzucali we mnie czymś wybuchowym, od czego mój wiking kaszlał i dusił się.

Anglia w Assassin’s Creed Valhalla to dwa światy w jednym. W wioskach i miasteczkach mamy klasycznych rycerzy, walczących przy użyciu mieczy, tarcz i tak dalej. Wystarczy jednak zjechać ze szlaku i zanurzyć się w gęsty las, aby zetknąć się z tą dziką, nieprzewidywalną, egzotyczną Anglią. Pozbawioną krzyży, za to będącą znacznie bliżej animalizmu i okultyzmu. Świetny ruch. Bałem się, że na tle Egiptu czy Grecji Anglia będzie zwyczajnie nudna. Ta, w której spędziłem prawie cztery godziny, na pewno taka nie była.

Wielkie znaczenie dla poruszania się w Valhalli ma nie tylko koń, ale również łódź.

To pierwsza odsłona Assassin’s Creed, w której tak wielką rolę odgrywają rzeki. Oczywiście seria już wcześniej pozwalała na żeglugę. Całe Black Flag zostało skonstruowane wokół prowadzenia swojej łajby. W Valhalli łodzie mają jednak znacznie bardziej śródlądowy charakter. Poruszamy się nimi w dół lub w górę strumienia, uważnie śledząc, co dzieje się na obu brzegach. Jako, że większość wiosek i mieścin wyrasta właśnie przy rzekach, zawsze znajdziemy coś ciekawego do odkrycia.

Co ważne, gracz nie zawsze pływa sam. W zasadzie od samego początku przygody główny bohater (lub bohaterka!) ma pod swoim dowództwem klan wikingów. Wspólnie podróżujemy przez Anglię, wspólnie walczymy i wspólnie mieszkamy po drugiej stronie morza. Wystarczy zadąć w róg, a banda rosłych wojów przeprowadzi atak na pobliską warownię, z krzykiem rzucając się w stronę bram.

Najazdy na wioski i warownie to nowy, udany element Valhalli.

Pamiętacie monotonne bitwy między Spartą i Atenami w Odyssey? Ubisoft dopracował i zróżnicował tę formułę w postaci wspólnych ataków na zamki i miasteczka. Gracz może wziąć udział we frontalnej szarży, ramię w ramię z innymi wojami przełamując kolejne pierścienie defensywy: mury i bramę, plac lub rynek, wnętrze warowni. Twórcy postarali się, abyśmy mieli więcej do roboty niż tylko machanie toporami. Jeśli chcemy, możemy np. chwycić za taran, razem z kilkoma osobami ciągnąc go w kierunku bramy. Detale, ale właśnie one różnicują jeden najazd od drugiego.

Co świetne, jeśli nie chcemy, wcale nie musimy brać udziału w otwartym konflikcie. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby nałożyć na głowę kaptur i wejść po cichu za linie wroga. Sabotujemy wtedy obrońców, uszczuplamy ich zapasy albo otwieramy bramy od wewnątrz. Gracze, którzy narzekali, że w poprzednich dwóch odsłonach jest zbyt wiele walki, a za mało skradania, odczują delikatny powrót do korzeni. To wciąż nie jest ten skradany Asasyn co pierwsza i druga odsłona, ale tym razem przynajmniej czuć, że twórcy dają nam alternatywę. W przypadku wojen Sparty i Aten zbyt często jej nie mieliśmy.

Nie ukrywam jednak, że to nowości dotyczące walki spodobały mi się najbardziej.

Bardzo, bardzo mnie zdziwiło, że Assasin’s Creed Valhalla jest odczuwalnie bardziej brutalne od poprzednich odsłon. Do gry zawitała krwawa walka kontaktowa. Taka z odrąbywaniem kończyn i dekapitacjami. Byłem w niemałym szoku, gdy po raz pierwszy skorzystałem z potężnego ataku na osłabionym przeciwniku, a mój wiking bez ceregieli odrąbał mu rękę. Moje brwi od razu się uniosły. Czegoś takiego w serii Assassin’s Creed wcześniej nie widziałem. Brutalniejsze walki to tylko i wyłącznie kosmetyka, ale pasująca do klimatu przygnębiającej Anglii oraz brutalnych wikingów.

Pozostając w temacie walk, przynoszę dobre wieści: z gry zniknęły poziomy doświadczenia przeciwników. Co prawda w dalszym ciągu rozwijamy bohatera, a bronie mają swoje cyfrowe parametry, ale cała ta nakładka cRPG nie jest już tak silna jak w Odyssey. Nie spotkałem się z sytuacją, w której nie mogę zabić cherlawego strażnika tylko z tego powodu, że twórcy dali mu dziesięć poziomów więcej od mojego czempiona. Dzięki niech będą Odynowi, tego typu sztucznych barier nie zaobserwowałem w Valhalli.

Czuć, że twórcy próbują dać graczom jak najwięcej swobody. Ta wolność jest świetnie wyrażona za pośrednictwem ekwipunku. Nasz wiking może dzierżyć w obu dłoniach dowolne bronie. Dwa topory? Żaden problem. Miecz i tarcza? Proszę bardzo. Topór i bicz? Jasna sprawa. Dwie tarcze? Trochę szalone, ale okej, jak sobie chcesz. Bohater(ka) Assassin’s Creed Valhalla potrafi walczyć w zasadzie wszystkim, zarówno w jedno- jak i oburęcznej kombinacji.

Mimo nowych mechanizmów czułem, jak gdybym wciąż grał w Odyssey i Origins. Trzecia odsłona trylogii.

Gdybym miał komuś zrelacjonować moją przygodę z Valhallą w jednym zdaniu, byłoby ono następujące: takie Origins i Odyssey, tylko mroczniejsze i brudniejsze. Podobna walka, podobne animacje, podobna eksploracja, podobne umiejętności specjalne - w grze nie znajdziecie niczego, co pozwalałoby sądzić, że memy do czynienia z jakimkolwiek nowym rozdaniem. Z wejściem serii w nową erę. Valhalla to po prostu więcej tego samego. Jeśli podobało się wam Origins i Odyssey, ta odsłona również przypadnie wam do gustu. Jeśli uważaliście, że twórcy poszli w złym kierunku, będziecie tak sądzić w dalszym ciągu.

Origins, Odyssey i Valhalla to nieformalna trylogia bardzo podobnych do siebie tytułów. Niestety, unikanie wyraźnych zmian dotknęło również silnika graficznego. Najnowszy Assassin’s Creed wygląda co najwyżej poprawnie. Sam świat może się podobać, ale już modele postaci, fryzury, mimika - wszystko to wygląda dzisiaj nieco archaicznie. Gdy pomyślę, że Valhalla będzie działać na PS5 i XSX w zaledwie 30 klatkach, nie widzę dla tego logicznego uzasadnienia.

Osobiście jestem zdecydowanie na tak. Należę jednak do tych osób, które spędziły z Odyssey i Origins po kilkadziesiąt godzin, doskonale się bawiąc. Nie mogę się doczekać, kiedy wrócę na angielskie moczary i wyrównam rachunki z trollem. Jeżeli jednak czekacie na powrót serii do korzeni… cóż, nie tym razem. Chociaż skradania jest nieco więcej, to wciąż zupełnie inna seria, niż zapamiętali ją najbardziej sentymentalni gracze.

nie mobile
przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst