Tech  / Recenzja

Mobilne dzieło sztuki. Lenovo Yoga S940 – recenzja

Lenovo Yoga S940 ma już rok na karku, ale jakoś nigdy nie było okazji, żeby ją porządnie przetestować. Teraz w końcu laptop trafił do mnie na testy i muszę powiedzieć, że w 2020 r. wciąż jest sporo powodów, by się na niego zdecydować.

Podchodziłem do tego testu nieco zapobiegawczo, bo w świecie technologii rok to jednak szmat czasu. Od premiery Lenovo Yoga S940 rynkowi przybyło kilka naprawdę dobrych laptopów z tego segmentu – MacBook Air, MacBook Pro, Dell XPS 13 9300… konkurencja zrobiła się dość gęsta.

Tymczasem Yoga S940 nie zmieniła się ani odrobinkę – dostała jedynie odświeżone procesory 10. generacji. Mój egzemplarz testowy nadal pracował pod kontrolą procesora Intel Core i7 8 gen., ale w praktycznym zastosowaniu różnica nie jest przesadnie istotna. Od obecnej wersji możemy spodziewać się co najwyżej kapkę dłuższego czasu pracy i marginalnie wyższej wydajności.

Czasem jednak brak zmian to dobra decyzja. I choć Lenovo Yoga S940 ma już swoje miesiące na karku, tak nadal jest bardzo ciekawym sprzętem, który zdecydowanie może się podobać.

Lenovo Yoga S940 to mobilne dzieło sztuki.

W moich oczach Yoga S940 to zdecydowany szczyt designu Lenovo. Ten laptop prezentuje się po prostu prześlicznie, niezależnie od tego, pod jakim kątem na niego spojrzeć.

Piękno konstrukcji to jednak połowa historii. Druga połowa to niezwykły stosunek wielkości ekranu do wymiarów urządzenia.

Komputer mierzy sobie 319,3 x 197,4 x 12,2 mm i waży ledwie 1,2 kg. Jest naprawdę malutki, bez trudu wcisnąłem go do torby fotograficznej, która nie zmieściłaby MacBooka Pro 13.

Tymczasem Lenovo Yoga S940 w tych niewielkich ramach mieści wyświetlacz o przekątnej aż 13,9”.

Panel IPS LCD okalają cieniutkie ramki, a nad nim znajdziemy kamerę do szybkiego logowania Windows Hello, która działa znakomicie.

Szkoda mi było, że w moim egzemplarzu był niedotykowy panel Full HD, ale prawdę mówiąc… on i tak jest świetny. Kolory, kąty widzenia, wierność odwzorowania barw – wszystko na najwyższym poziomie. Dla poszukujących jeszcze lepszych wrażeń wizualnych dostępny jest także dotykowy panel o rozdzielczości 3840 x 2160 px, obsługą HDR i jasnością na poziomie 500 nitów.

Pewnym kompromisem zastosowania tak dużego wyświetlacza w tak małej obudowie są jego proporcje. Podczas gdy kluczowi rywale oferują proporcje 16:10 lub 3:2, Lenovo obstaje przy 16:9. Nie dla każdego będzie to jednak wadą. Osobiście pracuję dużo z tekstem, więc o wiele chętniej zobaczyłbym więcej treści w pionie niż poziomie, ale w innych zastosowaniach 16:9 może sprawdzić się lepiej.

Obiektywnie mogę tylko ponarzekać na odblaski na ekranie. Błyszcząca powłoka matrycy odbija wszystko, a w pełnym słońcu może niemal służyć za lustro, a nie za ekran laptopa.

Na swój sposób Lenovo Yoga S940 przypomina mi zapomnianego już MacBooka Air 11. Jest smukła, malutka, mieści się w każdej torbie. Zobaczcie tylko, jak wygląda położona na ThinkBooku 14, który również ma 14–calowy wyświetlacz:

Dziełem sztuki jest w tym laptopie także klawiatura. Żyję z pisania, wystukuję dziennie tysiące słów na klawiszach i jeśli chodzi o laptopy, jakie przewinęły się przez moje biurko w ostatnich miesiącach, Yoga S940 ma najlepsze klawisze.

Skok jest króciutki, znacznie krótszy niż w MacBooku Pro 16 czy Surface Booku 3, ale mimo tego klawisze są niebywale responsywne, stabilne i dobrze tłumione. Pisanie na tej klawiaturze to przyjemność, choć osoby z większymi dłońmi mogą mieć problem, by zmieścić je w całości na węższym niż zwykle pulpicie roboczym.

Zaskakująco dobre są też głośniki. Nie jest to liga MacBooka Pro 16, ale MacBooka Pro 13 – jak najbardziej. Są głośne, szczegółowe, grają naprawdę czysto i oferują zaskakująco wiele basu jak na tak małą obudowę.

Lenovo Yoga S940 na co dzień.

Nawet najpiękniejszy hardware nic nie znaczy, jeśli nie przekłada się on na przyjemność korzystania z urządzenia. Tutaj na szczęście przyjemności jest mnóstwo.

Mój testowy egzemplarz pracował pod kontrolą procesora Intel Core i7–8565U, 16 GB RAM–u i oferował 1 TB miejsca na dane.

Na co dzień przekładało się to na kompletnie bezproblemową pracę z typowym zestawem narzędzi: przeglądarką, edytorem tekstu, okazjonalną obróbką zdjęć w Lightroomie.

Celowo piszę „okazjonalną”, bo niestety z racji swoich gabarytów Yoga S940 nie sprawdzi się w roli woła roboczego, pracującego non stop na najwyższych obrotach. Niewielka obudowa oznacza też niewiele miejsca na chłodzenie, więc po kilkunastu minutach intensywnego obciążenia na scenę wkracza thermal throttling i znacząco spowalnia pracę.

Wynika to również w dużej mierze z faktu, że Yoga S940 faworyzuje ciszę nad temperaturę. Przez 90 proc. czasu ten laptop jest zupełnie bezgłośny, a nawet gdy wiatraki w końcu się uruchomią, są ledwo słyszalne.

Coś za coś.

W normalnych zastosowaniach Yoga S940 spisuje się za to fantastycznie, szczególnie w pracy polegającej przede wszystkim na wprowadzaniu tekstu.

Jedynym „ale”, przynajmniej w początkowej fazie korzystania z laptopa, jest oprogramowanie.

Lenovo Yoga S940 pracuje pod kontrolą Windowsa 10 Home, co niestety oznacza też odrobinę śmieciowego oprogramowania. Pakiet McAfee Live Safe najlepiej od razu wyrzucić z komputera, bo nie tylko spowalnia on jego działanie, ale też atakuje użytkownika pop–upami zajmującymi 1/6 ekranu.

Nie mniej intruzywne jest oprogramowanie Lenovo Vantage, które uporczywie atakuje powiadomieniami. Na szczęście można to wyłączyć i cieszyć się względnie niezakłóconą pracą.

Dla wielu osób, które przesiadłyby się na S940 ze starszego laptopa, problemem mogą być też dostępne złącza.

Mamy tu wyłącznie porty USB–C – dwa obsługujące Thunderbolt 3 i jeden USB 3.1 do ładowania. Potencjalnego nabywcę czeka więc życie z przejściówkami, albo wymiana wszystkich akcesoriów na nowe.

Na pewno nikt nie będzie jednak narzekał na czas pracy urządzenia. Wariant z ekranem UHD nie rozpieszcza w tej materii, ale testowany przeze mnie egzemplarz z wyświetlaczem Full HD bez trudu wyciągał ponad 8 godzin z dala od gniazdka.

Szkoda tylko, że Lenovo nadal dorzuca do swoich laptopów dwuczęściowy, relatywnie duży zasilacz, który trudno schować do plecaka. Najwyższy czas, by wraz z laptopami Lenovo klient dostawał jednoczęściową, poręczną ładowarkę, z gatunku tych, jakie oferuje Apple czy Asus.

Lenovo Yoga S940 – ile yogi w Yodze?

Mogę przeboleć, że Yoga S940 niezbyt nadaje się do wymagających zadań – nadrabia ten brak urodą i możliwościami multimedialnymi. Nie mogę jednak przeboleć tego, że… nie jest Yogą.

Nowe nazewnictwo laptopów Lenovo to jakaś kosmiczna pomyłka działu sprzedaży. Marka Yoga od początku swojego istnienia oznaczała nie tyle sprzęty premium, co sprzęty, których ekran obracał się o 360 stopni.

W Yodze S940 ekran możemy odchylić maksymalnie do tego poziomu:

Yoga S940 nie jest hybrydą, a Lenovo uznało, że nazewnictwo pozostawi bez zmian. To decyzja moim zdaniem nielogiczna i błędna.

Drugi problem z Yogą S940 to jej dostępność na rynku.

W chwili pisania tego tekstu egzemplarz o specyfikacji takiej jak moja wersja testowa jest już niedostępny, zaś model z nowym procesorem jest jeszcze niedostępny.

Kupimy jedynie wariant z procesorem Intel Core i5–1034G, 8 GB RAM i 512 GB SSD, i przyjdzie nam za niego zapłacić 6199 zł, co jest dość wysoką ceną jak na laptop o takich parametrach.

Tym niemniej Yoga S940 pozostaje bardzo ciekawym wyborem i wysoce urodziwą alternatywą dla innych popularnych ultrabooków.

Sama kombinacja niezwykle smukłej i poręcznej obudowy oraz fenomenalnej klawiatury sprawia, że nawet rok od premiery wciąż warto się nią zainteresować.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst