Sprzęt  / Lokowanie produktu

Wszystko, co chciałeś wiedzieć o robotach koszących

A właściwie wszystko, co ja chciałem wiedzieć. I poszukałem odpowiedzi w najprostszy możliwy sposób - zainstalowałem jednego w swoim ogrodzie.

Oczywiście zrobiłem to w sposób bezpieczny - wypożyczając na redakcyjne testy jeden z ciekawszych i najbardziej zaawansowanych na rynku sprzętów tego typu, czyli Husqvarna Automower 315X. Przy czym już teraz mogę stwierdzić jedno - nawet gdyby to nie były tylko testy, a po prostu spontanicznie kupiłbym takie urządzenie, absolutnie bym nie żałował.

Ale o tym w innym tekście. Teraz zajmijmy się tym, co ten robot u mnie robi, jak to robi, gdzie robi, skąd wie, co, gdzie i jak robić, jak szybko pojawiają się efekty i od czego w ogóle zacząć.

Od czego zacząć, czyli jak dużo mam do skoszenia?

W sumie moja cała działka ma ok. 900 m2. Całości nie stanowi jednak trawnik - z szybkich obliczeń wynika, że do regularnego koszenia jest ok. 400 m2.

Automower 315X, który trafił do mnie na testy, jest więc solidnie przewymiarowany. Jego wydajność robocza to bowiem aż 1600 m2 (+/- 20 proc.), przy czym z tego, co dowiedziałem się od instalatora, nie jest to żaden problem. Dużo większym problemem może być dobieranie robota koszącego na styk. Poradzono mi przy tym, że gdybym do mojego ogrodu chciał po testach sprowadzić sobie już własnego robota koszącego Husqvarna (a taki mam plan), spokojnie poradzi sobie z nim model Automower 305.

Zresztą krótka wizyta na stronie producenta szybko pokazała, że nawet jeśli kiedyś przeprowadzę się do domu z dużo większym ogrodem (a taki też mam plan), to nie będę musiał porzucać przyzwyczajenia do automatycznego koszenia trawnika. Modele Automower takie jak 430X oferują wydajność roboczą na poziomie 3200 m2, natomiast 450X czy profesjonalny 550 - nawet 5000 m2.

A jak wygląda sam ogród, czyli jak to działa w trudniejszym terenie?

Przeważnie myśląc o robotach koszących mamy przed oczami obraz ogrodu zbliżonego do pola golfowego. Proste krawędzie, równa powierzchnia, spora szerokość i brak większych przeszkód.

Otóż mój ogród... absolutnie czegoś takiego nie przypomina. Przede wszystkim w jego centralnym punkcie znajduje się dość gęsto obsadzone oczko wodne. Granica trawnika też jest dość płynna - ustalana była lata temu właśnie z myślą o tym, żeby nic nie było od linijki.

Gdyby tego jeszcze było mało, powierzchnia ogrodu jest bardzo nierówna (łącznie z ostrym spadkiem - Automower 315X radzi sobie z nachyleniami do 40 proc., wersje robotów Husqvarna Automower AWD obsłużą i 70 proc.). Jeszcze mało? Kształtem ani trochę nie przypomina prostokąta - raczej literę L, ale to tylko przy założeniu, że za wszelką cenę chcemy przypisać mu jakiś regularny obrys. A, na dodatek na trawniku znajdują się dwa pnie po drzewach, które zostały wycięte, ale nie zostały nigdy wykopane.

Do tego jeszcze dochodzi kilka dość wąskich (maksymalnie 1,5 m, często dużo mniej) przejazdów, a także miejsc, w które po prostu nie chciałem, żeby kosiarka wjeżdżała.

W skrócie - to zdecydowanie nie był łatwy teren. Zresztą z tego powodu nigdy jakoś poważnie nie zabierałem się za zakup robota koszącego. Przecież w takich warunkach nie może sobie dobrze poradzić, prawda?

Byłem w dużym błędzie, ale o tym za chwilę.

Czyli nie trzeba projektować ogrodu od początku, żeby robot miał sens?

Nie, zdecydowanie nie trzeba. Choć oczywiście jest kilka detali, które dużo łatwiej uwzględnić na etapie zakładania ogrodu, a które sprawią, że cały efekt koszenia będzie lepszy.

I ile trwa montaż robota na takim skomplikowanym terenie?

Zaskakująco krótko. Byłem przygotowany na to, że przez cały dzień będę musiał proponować instalatorowi wodę/kawę/herbatę, ale cały proces - od przyjazdu do uruchomienia kosiarki - zajął raptem kilka godzin. I to głównie dlatego, że nie dość, że stałem i patrzyłem, jak wygląda instalacja, to jeszcze w kółko zadawałem masę pytań.

Jak wygląda taki proces instalacji?

Całość polega przede wszystkim na rozmieszczeniu w ogrodzie przewodu ograniczającego - to z tym jest najwięcej zabawy, bo to właśnie on pokazuje robotowi koszącemu, gdzie ma wjeżdżać, a gdzie nie powinien.

Opcje na jego instalację są dwie. Jeśli nie chcemy w żaden sposób naruszać naszego ogrodu, możemy zdecydować się na przewody ułożone na powierzchni ziemi i przytwierdzone do niej. Według producenta już po kilku tygodniach przestają być widoczne.

Sam jednak zdecydowałem się na drugą opcję, czyli na umieszczenie przewodów kilka centymetrów pod powierzchnią ziemi. Powód? Mam dość aktywnego psa i jestem niemal absolutnie pewien, że w pewnym momencie wpadłby na pomysł, żeby coś z takim przewodem zrobić. A tak nie muszę się o nic martwic - w tym i o to, że podczas innych prac ogrodowych będę mógł ten przewód uszkodzić.

Oczywiście montaż przewodu można wykonać we własnym zakresie, ale... no właśnie - wymaga to jednak sporej wiedzy, a także doświadczenia, szczególnie w przypadku bardziej skomplikowanych ogrodów. Przykładowo przewodu nie możemy zagiąć tak, żeby jego dwa fragmenty znajdowały się blisko siebie, bo spowoduje to, że kosiarka nie będzie widziała takiej granicy. Powinniśmy też pamiętać o tym, w jakim zakresie robot koszący może kosić poza wyznaczoną granicą (w moim przypadku do 35 cm, opcja do zmiany z poziomu aplikacji), żeby zoptymalizować proces koszenia i tym samym nie skazywać się na konieczność dokaszania granicznych fragmentów.

O ile więc sama procedura jest dość łatwa, o tyle know-how już takie oczywiste nie jest. Gdyby nie to, że mam już w ramach testu rozłożony i zakopany przewód, to po takiej prezentacji pewnie zdecydowałbym się na wizytę eksperta i zlecenie instalacji jemu. Tym bardziej, że ma do tego odpowiednią maszynę - gdybym miał sam zakopywać ręcznie ten przewód, chyba poddałbym się w połowie.

A tak mam wszystko zrobione na gotowo, a po kilku dniach nie byłem już w stanie pokazać zainteresowanemu robotem koszącym sąsiadowi, gdzie w ogóle jest wkopany ten przewód. Nie było po nim ani śladu.

I to jedyny przewód, który znajduje się w ogrodzie?

Nie. Oprócz przewodu ograniczającego jest także przewód lub przewody doprowadzące. Pełnią one - w pewnym uproszczeniu - rolę dodatkowego nawigatora kosiarki, ułatwiając jej m.in. dostanie się w odleglejsze fragmenty ogrodu, żeby tam rozpocząć koszenie, a także powrót do bazy.

Jak to działa? W moim przypadku przewód jest jeden i wychodzi bezpośrednio ze stacji ładowania. Kiedy robot koszący orientuje się, że kończy się jej już zapas energii w akumulatorze, rozpoczyna (to jedna z kilku opcji, o reszcie za chwilę) jazdę w celu poszukiwania przewodu doprowadzającego. Kiedy go znajdzie, przykleja się do niego i bez straty czasu zmierza do bazy. Stąd też istotna jest wiedza o tym, jak zamontować przewód doprowadzający, żeby zminimalizować czas poszukiwania stacji dokującej - w końcu nie chcemy, żeby robot koszący tracił czas przeznaczony na koszenie na poszukiwanie bazy.

O tym, że u mnie przewód zainstalowany jest jak trzeba może świadczyć chociażby fakt, że według statystyk z aplikacji aż 98 proc. czasu działania robot koszący poświęcił właśnie na koszenie, a tylko przez 2 proc. szukał drogi do stacji dokującej.

Do czego jeszcze przydaje się przewód doprowadzający? M.in. do tego, żeby doprowadzić robota w najodleglejsze zakątki ogrodu, aby tam właśnie rozpoczął pracę. Działa to na dość prostej zasadzie - zadajemy mu odległość, jaką ma przejechać po przewodzie, a ten pokonuje tę trasę i rozpoczyna swoje działania. Takich punktów - w przypadku większych i bardziej skomplikowanych ogrodów - możemy zresztą zdefiniować kilka.

Czy ogród trzeba było jakoś przygotować? Coś zapewnić?

Nic wielkiego i nic poważnego. Jeśli chodzi o czynności, które powinienem był wykonać przed instalacją robota, to ograniczały się do posprzątania trawnika z gałązek i kamieni, a także wstępnego skoszenia trawy. To drugie zrobiłem przy tym trochę zbyt wcześnie, w wyniku czego robot musiał na początku walczyć z dość wysoką trawą.

I tutaj dość ważna informacja - tak, robot koszący Husqvarna, przynajmniej testowany przeze mnie Automower 315X, radzi sobie nie tylko z idealnie równie przyciętą trawą, którą musi jedynie minimalnie pielęgnować. Natomiast - o czym zresztą uprzedził mnie instalator - najlepsze efekty będzie widać po kilku dniach, kiedy upora się ze zbyt bujną roślinnością. I to jak najbardziej potwierdzam, chociaż... już pierwsze koszenia wyglądały naprawdę nieźle, a potem było tylko lepiej. Ale trzeba pamiętać, że nie jest to odpowiednik spalinowych kosiarek, które przetną wszystko i wszędzie.

Poza tym, jedynym, co musiałem zapewnić, był dostęp do prądu, czyli najzwyklejsze gniazdko. Duży plus za to, jak przygotowana jest wtyczka - nie muszą martwić ryzykiem, że podczas deszczu warto byłoby odłączyć cały zestaw, bo woda może dostać się do gniazdka.

Wtyczka jest tym tym tylko jedna - nie potrzebujemy osobnego zasilania dla przewodu doprowadzającego i ograniczającego. Oba zasilane są bezpośrednio ze stacji bazowej. Jeśli uruchomimy tryb Eco, zasilanie przewodów zostanie odłączone na czas bezczynności robota koszącego, a następnie uruchomione w momencie startu jego pracy.

No właśnie - ta stacja bazowa. Czym dokładnie jest?

Domkiem dla robota. Przy czym określenie domek nie jest moim pomysłem i przesadnym zdrobnieniem - tak to urządzenie opisane jest m.in. w aplikacji.

Pozostawiając jednak nazwę samą sobie, stacja bazowa jest miejscem, do którego robot wraca na ładowanie w trakcie swojego czasu pracy i w którym pozostaje przez okres, kiedy nie kosi. Nie ma więc obaw, że np. dziecko biegnące po trawniku potknie się o odpoczywającego robota - ten zawsze wraca do swojej bazy.

Jak to robi? Pierwszy sposób był już opisany - to przewód doprowadzający. Robot może jednak wrócić do domu także na dwa inne sposoby. Pierwszym jest sygnał ze stacji bazowej (zasięg do kilku metrów) - kosiarka wyłapuje go i podąża do stacji najprostszą możliwą drogą. Jeśli nie uda się jej natomiast ani trafić na przewód doprowadzający, ani na sygnał stacji bazowej, rozpocznie podróż po przewodzie ograniczającym. Przy czym jest to opcja raczej awaryjna, bo jest to najdłuższa droga i jeszcze nigdy nie widziałem, żeby mój robot wracał w ten sposób. Natomiast większość tanich modeli na rynku korzysta wyłącznie z tej opcji, tym samym tracąc mnóstwo czasu, który mogłyby poświęcić na koszenie.

No dobrze, robot naładowany, zadokowany, jak go uruchomić i co się potem dzieje?

Opcje są trzy - możemy zadać mu harmonogram, w obrębie którego będzie pracował, możemy go uruchomić samodzielnie z poziomu aplikacji, a także możemy go uruchomić ręcznie z poziomu konsoli sterującej, ukrytej pod klapką robota.

Z oczywistych względów zdałem się na ten pierwszy tryb. Ustawiłem na telefonie, żeby koszenie rozpoczynało się każdego dnia tygodnia o piątej rano...

O piątej rano?! Codziennie?!

Tak. I to jest pierwszy gigantyczny plus tego urządzenia - jest niemal całkowicie bezgłośne. Do tego stopnia, że gdy podjeżdża mi o 5 rano pod okno, to... nie wiem o tym. Dowiaduję się o tym dopiero z mapki w aplikacji, kiedy kilka godzin później wstanę.

Nie słyszałem też ani razu żadnej skargi od sąsiadów, a działkę mam dość wąską i gdyby faktycznie byłoby coś słychać - pewnie miałbym już za sobą trudną rozmowę. Zresztą niech o dyskrecji robota Automower 315X najlepiej świadczy fakt, że pewnego dnia wróciłem do domu i postanowiłem zajrzeć, jak wygląda mój trawnik. Moim oczom ukazała się pusta stacja bazowa i w zasięgu wzroku nie było kosiarki. Nie było też żadnego dźwięku, który wskazywałby na to, że ta pracuje. Z niesamowitą ulgą przyjąłem więc jej widok, gdy wyjeżdżała zza pobliskiego drzewa. Zaledwie kilka metrów ode mnie. Tak, prawie całkowicie bezgłośnie.

I kosi tak, jak odkurza automatyczny odkurzacz, prawda?

Nie. I to zresztą było dla mnie największym zaskoczeniem.

Wszyscy mniej więcej wiedzą, jak działa automatyczny odkurzacz - mapuje/skanuje pomieszczenie, a potem zaczyna jeździć przejazd przy przejeździe, żeby jak najdokładniej pokryć całą powierzchnię. Byłem więc przekonany, że skoro w odkurzaczach ma to sens, to ma też sens i tutaj.

Otóż nie - robot koszący jeżdżący codziennie dokładnie taką samą trasę byłby właściwie nie tylko bezużyteczny, ale i szkodliwy dla naszego trawnika. Zostawiałby wyjeżdżone ścieżki, kładł trawę i przycinał ją tylko z jednej strony - to nie wyglądałoby dobrze.

Roboty koszące pracują więc w dużym stopniu losowo, co dla postronnego obserwatora może wyglądać dość komicznie. Robot wjeżdża w jedno miejsce, po czym nie kontynuuje swojej pracy wzdłuż linijki, tylko jedzie gdzie indziej. Potem wraca w okolicę, po zupełnie nie-prostej linii i... znów jedzie w inną część trawnika. Tu trochę się pokręci, tam trochę się pokręci - nic podobnego do tego, co robi odkurzacz. Nic też podobnego do tego, jak jeździ się ręczną kosiarką podczas samodzielnego koszenia.

I choć z pozoru może to wyglądać dziwnie, to już po kilkunastu dniach od instalacji mogę potwierdzić jedno - to działa i to działa szokująco dobrze. Mimo chaotycznej budowy mojego ogrodu i trawnika, na którym zdecydowanie nie rośnie wyłącznie trawa, trudno mi znaleźć miejsca, które byłyby skoszone nierówno. Nie mogę też dopatrzyć się żadnych pominiętych obszarów. Choć więc początkowo mój trawnik przypominał losową, zaniedbaną łąkę, już teraz (!) dużo bliżej mu do efektu dywanu. Zresztą to nie moje słowa, a słowa osób z rodziny, które widziały efekty przed i po. I sąsiada, który ma ten sam problem co ja - nie chce mu się kosić trawnika, ale chce mieć ładny trawnik, wiec gdy tylko zobaczył takiego robota u mnie, przyszedł dopytać się o wszystko, co tylko możliwe.

Testowany przeze mnie model Automower 315X ma przy tym dodatkowe ułatwienie, jeśli chodzi o precyzję koszenia całego ogrodu. Wyposażono go w moduł GPS, dzięki czemu może mapować informacje o tym, które fragmenty ogrodu zostały skoszone, a które jeszcze nie. Przy czym zamierzam w toku testów przestawić się na tryb koszenia bez GPS, żeby zobaczyć, która metoda jest skuteczniejsza.

Co ciekawe, do modelu Automower 305, który planuję kupić, też można dokupić odbiornik GPS - i to już po zakupie, w formie osobnego modułu.

GPS? W robocie koszącym? Na co?

Pierwszy powód już podałem - potencjalnie dokładniejsze koszenie, ale to będę jeszcze testował. Dużo ważniejsze w tym przypadku jest dla mnie drugie zastosowanie tego dodatku.

Plusem sprzętów z serii Automower jest bowiem to, że są niewielkie, mogą pracować na deszczu, mogą zostać na dworze większą część roku i generalnie nie trzeba się nimi przejmować (choć serwis raz na rok jest wskazany - jak ze wszystkim). Rodzi to naturalny minus - taka kosiarka działa nawet wtedy, kiedy nie ma nas w domu. W moim przypadku jest też umieszczona tak, że po dojeździe do stacji bazowej widać ją z poziomu ulicy. A kompaktowe rozmiary mogą skusić kogoś do tego, żeby po prostu podnieść ją, wyrwać stację bazową i ulotnić się.

I tutaj do gry wchodzi szereg systemów zabezpieczających. Po pierwsze - możemy robota skonfigurować tak, żeby jakakolwiek interakcja z nim wymuszała wprowadzenie czterocyfrowego kodu PIN. Zatrzymamy pracę robota? Włączy się alarm (i to naprawdę głośny), a my dostaniemy powiadomienie. Ktoś go podniesie? Również alarm i powiadomienie.

W przypadku modeli z GPS możemy dodatkowo śledzić naszą zgubę, co powinno zdecydowanie ułatwić jej odnalezienie. Choć i tak złodziej nie nacieszy się zbyt długo nowym sprzętem - do uruchomienia jakichkolwiek funkcji niezbędny jest PIN. Można go wprawdzie odzyskać, kontaktując się z centralą firmy Husqvarna, ale bez dowodu zakupu nic nie wskóramy.

A czy alarm działa? Zdecydowanie tak - podczas gdy ja jechałem w góry, żona uznała, że wyłączy robota. Skończyło się to więc podwójnym stresem - najpierw, gdy otrzymałem powiadomienie o takiej czynności, a potem gdy zadzwoniła sama żona, domagając się (przy akompaniamencie syreny alarmowej), żebym podał jej PIN do robota.

Dobra, a jak jest z bezpieczeństwem w trakcie koszenia?

Tutaj można wyróżnić kilka osobnych kwestii.

Pierwszą może być bezpieczeństwo zwierząt i dzieci, przebywających na trawniku w trakcie koszenia. I o ile ktoś lub coś nie będzie leżeć faktycznie na płasko na trawniku, to szanse na jakąkolwiek kontuzję są właściwie zerowe. Ostrza są dokładnie zabudowane i trudno jest przypadkiem się skaleczyć. A jeśli nawet dzieci postanowią podnieść robota, to ten po prostu wyłączy się i nie będzie stanowił zagrożenia.

Przebywałem zresztą godzinami w towarzystwie robota Automower 315X i mojego psa, i nic się nie stało. Początkowo wprawdzie pies obszczekał robota z góry na dół, ale na tym jego zainteresowanie się skończyło.

Zresztą można rozwiązać to w prosty sposób - np. ustawiając koszenie na bardzo wczesną porę, jeśli (tak jak ja) pracujecie z domu i chcecie mieć skoszone na rano. Jeśli ktoś pracuje poza domem, może spokojnie ustawić koszenie w środku dnia. Jazda nocna jest przy tym o tyle efektowniejsza, że robota Automower 315X wyposażono w LED-owe reflektory - oczywiście służą one głównie temu, żeby podczas nocnego wyjścia po ogrodzie przypadkiem nie wejść w pracującego robota, ale wyglądają świetnie.

Osobną sprawą jest natomiast bezpieczeństwo samego robota, ostrzy koszących i trawnika.

W tej pierwszej kwestii możemy spać spokojnie. Robot jest odporny na wodę, nie zalepia się przy koszeniu mokrej trawy, a do tego np. wie, kiedy nie ładować się ze stacji dokującej z powodu zbyt niskiej temperatury (poniżej 3 stopni Celsjusza).

System koszący wyposażono z kolei w zabezpieczenie w postaci mechanizmu chowania się ostrzy, kiedy uderzą w przeszkodę. Zamiast więc tępić się na patykach i kamieniach, po prostu schowają się pod dysk na ten krótki czas. Zresztą duży plus za prostotę wymiany ostrzy - kiedy zobaczymy, że nie tną już tak dobrze, jak na początku, wystarczy nam zestaw naprawczy i śrubokręt.

A sam trawnik? Przede wszystkim robot Automower 315X ma na tyle dobrze zaprojektowane koła, że nawet jeżdżąc po obfitych opadach deszczu nie widziałem najmniejszych zniszczeń. Z drugiej strony, koła są na tyle terenowe, że nie spotkałem się też z sytuacją, kiedy robot zakopałby się w którymkolwiek miejscu ogrodu.

I tak jeździ i jeździ przez te kilka godzin codziennie...

Niekoniecznie! To nie jest tak, że Automower 315X wyjeżdża z bazy i jeździ przez zadany czas dokładnie z taką samą intensywnością, a potem wraca do bazy i kolejnego dnia robi dokładnie to samo.

Po pierwsze mamy tutaj do czynienia z funkcją o nazwie Czujnik pogody. Nie jest to jednak opcja monitorowania tego, czy jest słonecznie czy deszczowo, ale tego, czy trawa w naszym ogrodzie rośnie tak, żeby było sens ją kosić. Jak to działa? Robot monitoruje po prostu moc, która jest potrzebna do koszenia, a następnie - w uproszczeniu - porównuje ją z dotychczasową średnią. Jeśli nowy wynik jest niższy, a więc ostrza młócą po prostu powietrze, po pewnym czasie wraca do bazy, żeby nie marnować prądu i wznawia pracę zgodnie z następną rozpiską harmonogramu.

Jest też przeciwna sytuacja - kiedy robot trafi na miejsce, w którym zużycie energii jest wyjątkowo duże, czyli z jakiegoś powodu jest tam dużo więcej trawy. Rozwiązanie? Tzw. tryb koszenia po spirali, w którym robot, cóż, będzie jeździł po spirali, żeby jak najskuteczniej i najdokładniej skosić to miejsce wyróżniającej się obfitości.

A co potem dzieje się z trawą? Trzeba ją zbierać?

Nie. Absolutnie nie - ona powinna zostać rozsypana na trawniku, żeby dodatkowo użyźnić glebę. Nie ma więc mowy o żadnym grabieniu czy znoszeniu trawy - te ścięte resztki są przy regularnym koszeniu tak drobne, że nawet ich nie widać.

I ostatnie pytanie - z czym to można połączyć?

To oczywiście przede wszystkim pytanie ode mnie, bo jestem zwolennikiem tego, żeby każdy sprzęt domowy był połączony z pozostałymi.

Na szczęście odpowiedź jest dość prosta - roboty koszące Husqvarna, obsługujące Automower Connect, można połączyć z większością najpopularniejszych systemów automatyzacji domowej i zdalnego sterowania. Na liście wspieranych jest m.in. Google Home, IFTTT i Alexa. Z tego co widziałem, są też wtyczki do Fibaro, a także integracja z systemami podlewania. Do tego wszystkiego jest jeszcze otwarte API, więc informacje z kosiarki możemy umieścić w absolutnie dowolnej aplikacji, jeśli mamy na to ochotę.

Ale tematem aplikacji i integracji zajmę się osobno, w kolejnym tekście.

A za jakiś czas podzielę się wrażeniami z dłuższego użytkowania.

Przy czym jedno wiem już na pewno - o ile jeszcze niedawno traktowałem roboty koszące jako kosztowne zabawki, tak teraz nie wyobrażam sobie, żebym po testach mógł zostać bez swojej prywatnej automatycznej kosiarki. Tym bardziej, że mając zawsze skoszoną trawę, mogę bez problemu zająć się innymi, dużo przyjemniejszymi pracami w ogrodzie...

Tekst powstał we współpracy z marką Husqvarna.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst