Tech  / Felieton

Czy można żyć bez Google’a?

291 interakcji
dołącz do dyskusji

Pewien dziennikarz postanowił na dobre porzucić Google’a. Czytając o jego zmaganiach czułem podziw, ale i strach. Bo sam nie potrafiłbym się na coś takiego zdecydować.

Google rządzi i dzieli. Czy nam się to podoba, czy nie, niegdysiejszy wyszukiwarkowy gigant stał się po prostu hegemonem. Synonimicznym wręcz z Internetem.

To Google decyduje, co zobaczymy, wpisując zapytanie w wyszukiwarkę. To Google podsuwa nam większość reklam, jakie widzimy w sieci. To Google (w przytłaczającej większości) napędza smartfony w naszych kieszeniach. To Google wkrótce znajdzie się w większości domów zachodniej cywilizacji za sprawą asystentów głosowych, inteligentnych telewizorów i urządzeń IoT.

Google na przestrzeni ostatniej dekady przeniknął do absolutnie każdego zakamarka naszego cyfrowego życia, a my oddaliśmy mu bezprecedensową ilość informacji na swój temat, w zamian za serwowaną przezeń wygodę. Co – w perspektywie – może doprowadzić do katastrofy rodem z najmroczniejszych dystopijnych powieści Sci-Fi.

To sprawia, że wiele osób próbuje się wyrwać z macek giganta. Nie jest to łatwe, ale nie niemożliwe, o czym przekonuje Nithin Coca, dziennikarz polityczny i działacz na rzecz ochrony praw człowieka.

Przeczytałem jego opowieść o porzuceniu usług i programów Google’a i… zdębiałem. Ta historia dobitnie pokazuje, że aby na dobre odzyskać swoją prywatność w 2018 roku, w zasadzie musimy się skazać na skrajną niewygodę i korzystanie z narzędzi, których z przyjemnością mogą używać tylko nerdy w maminych piwnicach.

Coca swoje odejście od Google’a wyniósł jednak do totalnego ekstremum, decydując się na rozwiązania nienależące do żadnego innego giganta rynku tech (żeby przypadkiem nie wpaść z deszczu pod rynnę). Zacząłem się więc zastanawiać, jak by to było, gdybym sam chciał dziś porzucić Google’a, ale w nieco mniej radykalny sposób.

Życie bez Google’a? Zacznijmy od przeglądu tego, co trzeba zastąpić.

Posłużę się własnym przykładem. Na potrzeby prywatne i zawodowe wykorzystuję cały przekrój dobrodziejstw oferowanych przez giganta z Mountain View:

  • Przeglądarka: Google Chrome. Zarówno na smartfonie, jak i w komputerze.
  • Zdjęcia: Zdjęcia Google. Wszystkie fotografie wykonane każdym z używanych smartfonów są automatycznie zapisywane na serwerach Google’a.
  • Wyszukiwarka: Google. A jakżeby inaczej.
  • Poczta: Gmail/Inbox.
  • Smartfon: Android. Z zainstalowaną większością usług Google’a.
  • Nawigacja: Google Maps.
  • Praca: Google Docs, jeśli pisząc muszę współpracować z innymi. Czyli bardzo często.
  • Rozrywka: YouTube.
  • Informacje: Google News.

Jak się nad tym zastanowić, większość mojego (i pewnie wielu czytelników) cyfrowego życia to Google. Dwa lata temu pisałem, że uzależnienie od Google’a jest jak syndrom sztokholmski. Zdajemy sobie sprawę z niewoli, ale i tak ją kochamy, bo daje nam wygodę. I z roku na rok ta wygoda jest coraz większa.

Wszystkie dane, jakie trzymam na smartfonie, zapisuję w chmurze, by móc je potem łatwo przywrócić na innych urządzeniach. Google pamięta wiele moich haseł, bo podoba mi się, że dzięki smart lockowi nie muszę ich wpisywać ani w przeglądarce, ani w telefonie. Lokalizacja jest zawsze włączona, bo lubię to, że mój telefon pamięta, gdzie zaparkowałem samochód.

Nader wszystko uwielbiam YouTube’a i ogrom wiedzy oraz rozrywki, jaką oferuje. I nie wyobrażam już sobie, aby odbierać pocztę w czymkolwiek innym niż Gmail/Inbox, bo uwielbiam sposób, w jaki poczta Google’a inteligentnie grupuje informacje, szczególnie gdy gdzieś wyjeżdżam.

Załóżmy jednak, że decyduję się to wszystko porzucić, bo uznaję, że autorytarne zapędy Google’a zaszły za daleko. Co robić?

Cóż, najprostszym sposobem byłaby po prostu przesiadka na ekosystem Apple’a. Taka całościowa, począwszy od komputera i telefonu, aż po pocztę i pęk kluczy z hasłami. Potem wystarczy już zmienić narzędzie wyszukiwania na Bing-a i voila, żegnaj Google’u.

Takie rozwiązanie wydaje się być najprostsze i najlepsze. Apple jako korporacja, pomimo swojego majątku, nie zdradza żadnych zapędów autorytarnych (prędzej teokratyczne…), więc mógłbym spać spokojny o swoją prywatność. Apple wykorzystuje dane użytkowników tylko po to, by sprzedać im więcej własnych produktów. Można z tym żyć.

Sęk w tym, że całościowe przejście na ekosystem Apple’a równa się dobrowolnemu zamknięciu w złotej klatce, z której wyjść byłoby pewnie jeszcze trudniej niż z objęć Google’a.

Co więc zostaje?

Jeśli nie chcemy – wzorem Nithina Coki – skazywać się na korzystanie z brzydkich i niewygodnych narzędzi firm, o których nikt nie słyszał i które pewnie za kilka lat znikną z rynku, zostaje nam w zasadzie tylko mieszanka produktów i usług innych gigantów technologicznych.

Gdybym sam musiał dziś zmienić używane usługi i sprzęty, pewnie postawiłbym na taki zestaw:

  • Przeglądarka: Microsoft Edge. To naprawdę dobre narzędzie, z którego już teraz coraz chętniej korzystam i gdyby nie problemy z odtwarzaniem wideo na YouTubie, pewnie stosowałbym Edge’a jako główną przeglądarkę.
  • Zdjęcia: Zapis rolki aparatu do OneDrive’a lub Dropboksa. Co prawda straciłbym wszystkie inteligentne funkcje grupowania fotek (no i musiał płacić za ich przechowywanie), ale to byłaby najmniej bolesna zmiana.
  • Wyszukiwarka: Bing. Innej sensownej alternatywy nie ma, choć w zestawieniu z potęgą Google’a, Bing również jest co najmniej lekko upośledzony.
  • Poczta: Outlook. Zmiana dostawcy maila również nie nastręczałaby większych problemów. Gorzej byłoby z podmianą maila we wszystkich serwisach, w których jego podanie jest wymagane. To tak rzadka zmiana, że niektóre usługi w ogóle jej nie przewidują w ustawieniach konta.
  • Smartfon: iPhone. Czy nam się to podoba, czy nie, na rynku smartfonów panuje duopol. Jeśli chcemy odciąć się od Google’a, wielkiego wyboru nie mamy.
  • Nawigacja: NaviExpert. Przejechałem ostatnio z tym programem całą Polskę i kawałek Słowacji, i prawdę mówiąc wolę ją od Map Google’a. Choć jest to płatna nawigacja i nie ma wszystkich dodatkowych „bajerów” jak Google Maps. Z mapami pieszymi miałbym problem, bo nigdy nie szukałem alternatywy, ale podobno Here We Go jest w porządku, więc jakoś bym sobie poradził.
  • Praca: Office 365. Już dziś to pakiet Microsoftu jest moim głównym narzędziem pracy. Pozostałoby mi tylko przekonanie reszty redakcji, żeby zamiast Google Docsów odpalili Worda Online. Da się zrobić.
  • Rozrywka: Płacz i zgrzytanie zębów. Dla YouTube’a niestety nie ma alternatywy i nie zanosi się, by takowa powstała. Na szczęście większość twórców coraz aktywniej wykorzystuje inne usługi, Facebooka, Instagrama, IG TV… może nie byłoby dramatu. W najgorszym przypadku musiałbym znaleźć sobie inne źródło darmowej rozrywki.
  • Informacje: Feedly/Microsoft News. Na froncie serwowania wiadomości ze świata na szczęście jest w czym wybierać.

Nie taki diabeł straszny?

Jeśli pogodzimy się z faktem, że porzucając Google’a musimy oddać cząstkę swojej prywatności w ręce innych wielkich korporacji, takie rozstanie zdaje się być wykonalne i nawet niezbyt bolesne.

Nadal jednak czuję, że nie byłbym gotów przeprowadzić na sobie takiego eksperymentu. Rezygnacja z Google’a jest równoznaczna z rezygnacją z wielu wygód, których nikt poza wszechwiedzącego G nie potrafi zaoferować, bo po prostu nie ma ku temu narzędzi.

To też dobrowolne skazywanie się na swoiste cyfrowe wygnanie. Może jednak to wygnanie nie byłoby takie złe, skoro alternatywą jest pozostanie w świecie, w którym to Google decyduje o wszystkim, a my oddajemy mu coraz więcej kontroli w imię wygody?

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst