Social media  / Felieton

Twitter praktycznie zabił Twittera. 280 znaków na tweeta to jedna wielka porażka

131 interakcji
dołącz do dyskusji

Jakiś mądrala na Twitterze napisał swoim obserwującym, że jak sobie raz w życiu przeczytają jakąś dłuższą formę (280 znaków), to korona im z głowy nie spadnie. 

Na Twitterze obserwuję 200 osób. Dajmy więc, że średnio każdy z nich publikuje na Twitterze dziennie 30 tweetów, a jeśli wyłączymy z tego grona @asegPL, to i tak każdy z nich średnio publikuje dziennie 2 tweety. To już jest 400 tweetów, razy - a, dajmy na to, że 200 znaków, bo nie każdy wyczerpuje limit - 80 000 literek i cyferek na jeden dzień.

Wziąłem sobie zatem "Lorem Ipsum", przekleiłem do Worda i wyszło mi, że będzie to troszkę ponad 25 stron w Wordzie w standardowych ustawieniach tekstu. Więc nie, nie uważam, że nic się nie stanie, jeśli przeczytam sobie każdego dnia taką dłuższą formę. Zwłaszcza, gdy wezmę pod uwagę, że nie jestem właścicielem Twittera i marnując czas udzielam się tam czysto hobbystycznie, biorąc jedynie udział w ogólnonarodowym konkursie na najfajniejszą ripostę.

Jestem twitterowiczem nonszalanckim. Podobnie zresztą na Facebooku.

Jeśli zajrzę akurat na serwis i coś pojawi mi się na topie, to przeczytam. Ale moja ciekawość świata przeważnie kończy się tam, gdzie zaczyna się jakieś bardziej ambitne niż typowe scrollu scrollu przewijanie. Znam jednak historie ludzi, to znajomi moich redakcyjnych kolegów, którzy Twittera czytają od deski do deski, a taki jeden ancymon, co po urlopie wziął dodatkowy dzień wolnego w celu nadrobienia Twittera, to stał się już nawet legendą.

Kiedyś wydawało mi się, że 140 znaków to za mało. Że przecież trudno jest wyrazić coś sensownego przy takim limicie, zwłaszcza z moim fetyszem budowania kwiecistych zdań wielokrotnie złożonych ("Zdanie z mniej niż trzema przecinkami, to nie zdanie, niezależnie od tego czy wstawiamy je z zasadami sztuki, czy tak, jak robi to Beata, Pawlikowska" - J. Kralka).

Sam pomysł nie jest kompletnie nietrafiony i byłbym go w stanie zaakceptować w takiej formule, że każdy może wysłać tweeta bez limitu znaków w ogóle. Ale raz w miesiącu. I wtedy od razu byłoby wiadomo, że to trzeba przeczytać. Że to coś ważnego.

Okazuje się jednak, że 280 znaków na Twitterze niesie za sobą same katastrofalne skutki.

Po pierwsze - przybyło nam moralizatorów, których na swój prywatny użytek nazywam "saramonowiczami" (wszelkie skojarzenia z A. Saramonowiczem, którego dobrego filmu dotąd nie widziałem, ale na Facebooku jest sędzią naszych sumień i królem naszych serc - przypadkowe).

Po drugie - kurczę - nie chce mi się tego czytać. 140 znaków jest jak jedno słowo - patrzysz, widzisz, rozumiesz, lecisz dalej. Przy 280 znakach trzeba już troszkę przeczytać. Rezultat jest taki, że kiedyś czytałem całą wypowiedź każdej z obserwowanych osób - do 140 znaków. Teraz przy większości tych, którzy się rozpisali, urywam w okolicy 30 znaku wiedząc, że już nic z tego nie będzie. A może ktoś jest królem puenty i nigdy się o tym nie dowiem?

Ktoś kiedyś pięknie powiedział, że Facebook to miejsce, w którym zbierasz ludzi, których znasz. A Twitter - tych, których chciałbyś poznać. Co zatem mogło pójść nie tak, jeśli pozwolimy im powiedzieć trochę więcej i na temat?

Cóż - okazuje się, że jednak jest z tym problem, bo są dwa czynniki dobrego serwisu - ludzki i techniczny. Twitter poza społecznością, miał też bardzo ciekawą formułę paska informacyjnego z rzetelnej telewizji. A teraz ten pasek - że tak to metaforycznie ujmę - przesłania pół ekranu. I ani sobie dobrze nie pooglądasz, ani sobie tego z przyjemnością nie poczytasz.

#LessIsMore, oddajcie 140 znaków!

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst