Tech  / Felieton

Wystarczyło kilka dni i już wiem, że do abonamentu nie wrócę. Nie ma mowy

287 interakcji
dołącz do dyskusji

Planowałem, planowałem, aż w końcu podjąłem ostateczną decyzję. Na kilka tygodni przed końcem umowy złożyłem u operatora wniosek o nie przedłużanie umowy i przeniesienie mojego numeru do oferty prepaid. Od tego czasu minęło zaledwie kilka dni, a ja już wiem, że więcej abonamentowego błędu nie popełnię.

Decyzję, przynajmniej tak mi się wydawało, podjąłem już wprawdzie wcześniej, ale – jak to często bywa w moim przypadku – zanim przyszło co do czego, zmieniałem ją wielokrotnie. A to jakaś ciekawa promocja, a to jakiś telefon w okazyjnej cenie. Przecież musi być coś dobrego w abonamencie! Tym bardziej, że zawsze przy okazji przedłużania umowy chodzi mi o jedno – nie o usługi, a o tani telefon. Tani, tzn. taki, za który niewiele trzeba zapłacić na start, a potem niech się dzieje co chce. I tym razem mogło być podobnie.

Problem pojawił się dopiero w momencie, kiedy zacząłem analizować po pierwsze, czy to się w ogóle opłaca (nie, nawet w promocji nie wychodzi się na plus), a po drugie, czy telefon faktycznie wystarczy mi na dwa lata. Nie czy zestarzeje się wcześniej na tyle, że będzie nieużywalny, ale czy przypadkiem mi się nie znudzi.

Mając przez kilka dobrych miesięcy iPhone’a wydawało mi się, że ten dylemat jest za mną. Kolejny będzie też iPhone i skoro 4s służył mi dzielnie, to 6 czy 6s posłuży jeszcze lepiej i jeszcze dłużej. Ale oczywiście nie wytrzymałem, przesiadłem się z nudów na Androida, a teraz próbuję szczęścia z… Windows Phone. Może go polubię, może rzucę w diabły po 2-3 miesiącach. Nie wiem, ale wiem jedno – teraz telefonu z innym systemem nie kupię (bez sensu), ani tym bardziej nie kupię telefonu z Windows Phone’em (w końcu nie wiem, czy przekona mnie do siebie). W ten sposób z gadżeciarskiej choroby wyszedł całkiem logiczny i „zdrowy” wniosek.

Koniec umowy. Co dalej? Ciekawostki!

Przyznaję się – dałem trochę ciała. Koniec umowy był dla mnie zawsze tak odległym terminem, że nie zdążyłem (bo zapomniałem) na czas złożyć wniosku o przeniesienie numeru. W niedzielę rano zostałem więc z czystym kontem, bez możliwości dzwonienia, wysyłania SMS czy korzystania z Internetu.

Musiałem więc znaleźć jakieś rozwiązanie tymczasowe i zacząłem przeglądać, co tam zmieniło się w prepaidzie od czasów, kiedy ostatnio korzystałem z tego typu ofert. Czyli, jakby nie patrzeć, gdzieś w okolicach… gimnazjum.

Przy okazji dałem jeszcze abonamentowi jedną szansę. Sam nie wiem dlaczego – może po prostu się do niego przyzwyczaiłem. Umowa bez telefonu, czas trwania – jak najkrótszy, przy czym przeglądałem tylko ofertę mojego dotychczasowego operatora. I żeby było śmiesznie, propozycja z jego strony była w tej kwestii… gorsza niż dla użytkowników prepaid!

smartfon-smartfony-telefon-notebook-laptop-praca-biurko

Tak, to nie jest żart. Za 39,99 zł miesięcznie w ramach abonamentu na 12 miesięcy otrzymywałbym regularnie nielimitowane połączenia do wszystkich sieci (ale już nie na stacjonarne – to tylko przez miesiąc, a potem płatne 10 zł), nielimitowane SMS i 1 GB internetu. W tym samym czasie za ofertę prepaid, z której skorzystałem na czas przygotowania do przenosin, zapłaciłem 35 zł, gdzie do wszystkich (w tym i stacjonarnych) mogę dzwonić bez limitów, SMS-y również mam bez ograniczeń, a do tego transferu otrzymałem… 2 GB.

Jak to się stało? Nie wiem, ale tak właśnie jest. Taniej w prepaidzie.

Co miałoby mnie przekonać do tego, żeby skorzystać z oferty abonamentowej?

Szukałem, szukałem i… nic nie znalazłem. Zacząłem więc próbować sobie przypomnieć, dlaczego w ogóle zrezygnowałem z ofert prepaid na rzecz abonamentu.

Pierwszy argument w tamtych czasach był prosty – nigdy nie wiesz, kiedy skończą ci się środki na koncie, a w rezultacie nie będziesz mógł dzwonić. Już teraz widzę, że nie ma to żadnego odniesienia do czasów współczesnych – w końcu za te 35 zł (a planuję jeszcze taniej) mam rozmowy bez limitu. Do wszystkich. Kiedy więc mają mi się nagle skończyć te środki i zostanę z bezużytecznym kawałkiem elektroniki w ręce?

Kiedyś mówiło się także o tym, że abonament jest po prostu wygodniejszy, szczególnie jeśli brać pod uwagę „stałość” naszej oferty i wszystkich dodatków. W przypadku prepaida niektóre pakiety trzeba było co miesiąc aktywować ręcznie, bo inaczej ryzykowaliśmy, że np. 10 minutami wygadamy równowartość miesięcznego pakietu na 200 minut. Tak właśnie było. Teraz? Pakiet można aktywować jednorazowo albo cyklicznie, więc w tym drugim przypadku problem nie istnieje.

Irytujące było też kiedyś samo doładowywanie telefonu, choć trzeba przyznać – dziś wspominam zakup zdrapek i całą tę procedurę z sentymentem. Dziś jednak nie chciałbym być zmuszonym do jeżdżenia do sklepu tylko po to, żeby móc zadzwonić albo wysłać maila. I nie muszę – doładowanie robię albo przez Internet, albo z poziomu aplikacji, a dodatkowo otrzymujęe przypomnienie dotyczące kończącego się okresu ważności środków na koncie i mojego podstawowego pakietu.

Nie ma więc problemów z doładowaniem, nie ma faktycznej różnicy w tym, co możemy otrzymać w ramach umowy (szczególnie przy wszechobecnych bezlimitach i wielkich paczkach internetowych). Gdybym faktycznie zdecydował się w takiej sytuacji na abonament, musiałaby to być kwestia tylko i wyłącznie mojego, niczym nie uzasadnionego, widzimisię. Nic, absolutnie nic, co można znaleźć w ofercie abonamentowej, w żaden sposób do mnie nie przemówiło.

Może, gdybym koniecznie potrzebował nowego telefonu, dałbym się znowu wciągnąć w dwuletnią umowę. Tyle tylko, że biorąc pod uwagę różnicę w moim obecnym „karcianym abonamencie” a faktycznym abonamentem, w którym można dostać telefon w atrakcyjnej cenie, dużo bardziej opłaca mi się go kupić za gotówkę albo na raty. Szczególnie, że zsumowany koszt raty i opłaty za kartę wynosi często dużo, dużo mniej, niż koszt zakupu telefonu w „promocji” u operatora.

O tym, że jeśli za miesiąc czy dwa, a może nawet za kilka dni, któryś z operatorów wprowadzi na rynek lepszą ofertę niż ta, z której obecnie korzystam (przez zasiedzenie), to będę mógł się na nią bez żalu i problemów przenieść, nawet nie wspominam. Głównie dlatego, że już taki mały transfer mam w planach. Cóż, nawet różnica kilku złotych miesięcznie w ciągu 2 lat może się przełożyć na całkiem spore oszczędności.

A o samym abonamencie już w ogóle nie myślę. Nie mam pojęcia, co musiałoby się stać i co musiałby zaoferować którykolwiek z operatorów, żebym chociaż przez kilka minut rozważył rezygnację z oszczędności i tej odrobiny wolności, składając podpis pod kilkunasto- czy nawet kilkudziesięciomiesięczną umową.

Nie, po prostu nie.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst