Tech  / Felieton

Ja nie mam wątpliwości - to Twitter wygrał wybory, a telewizja je przegrała

259 interakcji
dołącz do dyskusji

Od kilku dni chodzi za mną tekst, w którym miałbym odtrąbić, jak to internet przejął od telewizji kontrolę nad wielkim widowiskiem, jakim są wybory parlamentarne, ale dziś trochę mnie przystopowała informacja, że Piotr VaGla Waglowski, „internetowy” kandydat na senatora, uzyskał jedynie 22 tys. głosów, no i oczywiście z kretesem przegrał. Jak to więc jest z tym internetem?

Ja nie mam najmniejszej wątpliwości, że najpierw w wyborach prezydenckich, a teraz w wyborach parlamentarnych, PiS wygrał głównie dzięki internetowi. Albo inaczej - Platforma Obywatelska przegrała je przez internet, oddając kompletnie bez walki pole swojemu głównemu rywalowi, myśląc, że telewizja załatwi wszystko.

Cofnijmy się o rok.

Prezydent Komorowski cieszy się ponad 70-proc. zaufaniem społecznym i jest takim pewniakiem do reelekcji, że opozycyjne partie decydują się wystawić drugi, a nawet trzeci garnitur kontrkandydatów w wyborach, bo wydaje im się, że nie ma realnych szans na zwycięstwo. Z kolei Platforma, mimo kolejnych skandali, w tym afery taśmowej, bez większego szwanku wciąż prowadzi w sondażach. W telewizji trwa sielanka, którą napędzają platformowi ‚evergreeni’ mądrzący się po programach typu „Kawa na ławę”.

PiS, nie mając realnej szansy na przebicie się w telewizji, musi ‚zejść’ do internetu. Zresztą to bardzo naturalne dla tej partii medialne miejsce, bo to tu od kilku lat za pieniądze blisko oscylujące wokół PiS-u, prężnie rozwijają się prawicowe nowe media, które nie silą się na ukrywanie swoich preferencji światopoglądowych.

Wokół tych mediów gromadzi się cała społeczność: „niepokorni” publicyści, nawiedzeni trybuni, nowe gwiazdki politycznego dziennikarstwa i oczywiście ich czytelnicy, którzy składają się prawie wyłącznie z fanatycznych wyznawców PiS-u, którzy do telewizji - no, może oprócz marginalnej TV Republika - nie mają wjazdu.

Tymczasem druga strona politycznej sceny wciąż woli brylować w TVN24 odpuszczając kompletnie nowe media i społeczności w internecie. Nawet naTemat, które startowało jako medium z ambicjami powalczenia z Gazeta.pl o bycie głosem tej części Polski, która uważała, że nie jest w ruinie, szybko skręca w stronę buzzfeedowego lol-contentu i staje się łatwym celem dla popleczników PiS-u przy ośmieszaniu lemingów.

Życie z kolei tętni na Twitterze, który szybko i bezboleśnie przejmuje od TVN24 pozycję codziennego głównego forum politycznego.

Tyle że tu, tak na serio obecna jest tylko ta część politycznego sporu, która skupiona jest wokół PiS-u.

To tu z jednej strony mamy pozytywistów typu Samuel Pereira, który każdego dnia, każdej godziny, nieustannie i bez przerwy będzie tłumaczył „rzeczywistość” na pisowską modłę. To tu okopią się też medialni PiS-owscy krzykacze, którzy z jednej strony napiętnują do granic zdrowego rozsądku każdą wpadkę, a z drugiej strony ośmieszą każdy jeden sukces politycznych konkurentów.

Akurat trafi to wszystko na czas, gdy w Polsce Twitter wreszcie zaczyna być popularnym medium społecznościowym. I nie chodzi tylko o to, że korzysta z niego coraz więcej osób, ale także o to, że to Twitter staje się inkubatorem memów, komentarzy i myśli, którymi żyją później inne media, w tym telewizja.

I tak niepostrzeżenie machina, która wpędzona została w ruch przez prawicowe nowe media i nabrała niesamowitej prędkości na Twitterze, zaczyna wciągać w swoją orbitę miliony osób. Przynajmniej tyle co telewizja.

Gdy w PO to zrozumiano, próbowano „zrobić coś z tym internetem i Twitterem”. Tyle że wyszło to nieudolnie i komicznie, bo po pierwsze, Twitter to miejsce mocno hermetyczne, gdzie reputację buduje się miesiącami, o ile nie latami i każda próba sztucznego sterowania dyskursem zostanie natychmiast wychwycona i ośmieszona, a po drugie, obóz rządzący nie wykształcił w ogóle zaplecza w postaci zwykłych odbiorców, fanów, popleczników i klakierów.

Rezultat jest taki, że w ciągu kilku miesięcy spada zaufanie do prezydenta Komorowskiego, który przegrywa wybory z kandydatem, którego rok wcześniej kojarzyło może z 10 proc. społeczeństwa. Potem wszystko leci lawinowo, bo na wskroś prawicowy internet z Twitterem na czele, kości z pyska wyrwać już sobie nie da.

Debaty i wybory.

I nie ma najmniejszego znaczenia, że w debacie telewizyjnej prezydent Komorowski zmiażdżył wręcz (wtedy) europosła Dudę na argumenty i retorykę. I nie ma najmniejszego znaczenia, że w telewizji to Ewa Kopacz wyglądała na tę ciężej pracującą w kampanii od Beaty Szydło. Internet wytłumaczył to wszystko po swojemu, inaczej.

Zresztą nie chodzi tylko o to, że internet wygrał z telewizją walkę o „rząd dusz”. Internet odebrał też telewizji wyłączność na zasięgowe debaty i wieczory wyborcze.

„Wieczór wyborczy zorganizowany przez redakcję Onetu, Newsweeka i Forbesa oraz poranek wyborczy na Onet.pl śledziło na żywo ponad 2 mln użytkowników” - chwalił się ostatnio RASP. Swoje wieczory, a wcześniej debaty organizowały także m.in. Gazeta.pl i Wirtualna Polska. Przypuszczam, że nie były one znacznie mniej popularne, niż te na Onecie. Zasięgi na poziomie 5 - 6 mln są już porównywalne z tymi telewizyjnymi, a że debaty w internecie mają to do siebie, że można je komentować i omawiać w czasie rzeczywistym, to prawicowy i opiniotwórczy zarazem Twitter miał używanie.

Powtórzę więc raz jeszcze tezę ze wstępu do niniejszego tekstu - nie mam najmniejszych wątpliwości, że to internet (a nie telewizja) wygrał dla PiS-u władzę absolutną w dwóch ostatnich wyborach.

I tylko porażka VaGli jakoś mi do tego obrazu nie pasuje. Piotr VaGla Waglowski - człowiek internetu, prawnik, którego spektakularne akcje wyniosły na pozycję trybuna internetowego ludu - przegrał z kretesem swoje wybory do Senatu.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst