Tech  / Felieton

Jak widać, przedstawicielom pewnych profesji "nie wypada" odnosić sukcesów...

118 interakcji
dołącz do dyskusji

Jak wywołać zamęt w polskim Internecie? Wystarczy odnosić sukcesy, zarabiać więcej od innych, a do tego jeszcze mieć "czelność" się z tym obnosić. Zwłaszcza pracując w zawodzie, gdzie najwyraźniej, zdaniem niektórych, nie wypada dobrze zarabiać, bo to godzi w etos. Nowym ambasadorem Mercedesa został pisarz - Szczepan Twardoch. I tym samym pokazał, że co niektórzy powinni otworzyć oczy.

Pisarz to taka dziwna profesja. Z jednej strony w dzisiejszych czasach znaczenie tego słowa nieco się zatarło, bo "pisarzem" może zostać każdy, kto ma odpowiednio dużo pieniędzy, odpowiednio duży dekolt, czy odpowiednio często pojawia się w telewizji/na blogu/gdziekolwiek. Albo trenuje fitness. "Uwielbiamy" trenować fitness.

Z drugiej zaś strony, prawdziwi kowale słowa to nadal - przynajmniej w moim odczuciu - elita. Ludzie, którym zawdzięczam setki, tysiące cudownie spędzonych godzin. Których darzę szacunkiem nawet większym niż księży i lekarzy. Momentami nawet fanbojskim podziwem.

Niestety, po drugiej stronie barykady nie jest już tak różowo. Osoby śledzące polską scenę literacką pamiętają na pewno głośny tekst Kai Malanowskiej, odnośnie zarobków pisarzy. On też wywołał lawinę nieprzychylnych komentarzy, które jednak ujawniły, że aby być pisarzem, zwłaszcza u nas, trzeba pisać dużo, często i wszędzie. Nie tylko książki.

Nadal są jednak pisarze, którzy potrafią odnieść sukces komercyjny, nie porzucając tym samym walorów literackich swoich dzieł. I jednym z takich pisarzy jest Szczepan Twardoch, który dziś, ze słuszną dumą, ogłosił, że został ambasadorem marki Mercedes.

Ale jak to? Pisarzowi? Samochód za darmo?

Zdjęcie Szczepana Twardocha stojącego przy nowiutkim CLS400 4MATIC wywołało lawinę komentarzy, zarówno pod postem na Facebooku, jak i w szeroko pojętych internetach. Na szczęście większość jest pozytywnych, ale te negatywne, które się pojawiają, zakrawają po prostu o absurd.

Szczególnie odcina się głos krytyka literackiego i wydawcy, Pawła Dunina-Wąsowicza, który otwarcie w komentarzach obwieszcza autorowi, że "nie może go już traktować poważnie jako pisarza".
Na szczęście Twardoch, jak sam odpowiedział, "nie zamierza się z tego powodu rzucać pod pociąg".

Gdy czytam takie komentarze, z jednej strony ogarnia mnie pusty śmiech, a z drugiej zwyczajna furia. OK, panie Wąsowicz, pan może nie mieć prawa jazdy i jeździć rowerem. Ale czy to znaczy, że każdy musi? Ta wymiana zdań między pisarzem a krytykiem to po prostu polska mentalność w pigułce. I nie przykrywajmy tego, bardzo proszę, argumentacją, że "pisarzowi nie wypada być celebrytą". Niby dlaczego nie wypada?

Oprócz książek, Szczepana Twardocha kojarzę głównie z niezwykle mądrych wywiadów, błyskotliwych wypowiedzi w programach telewizyjnych i ogólnie - godnego reprezentowania swojego fachu. To nie jest kolejna pseudo-gwiazdka, która pokazała cycki i trafiła na okładkę Bravo. To jest człowiek, który dobrze sobie zdaję sprawę z realiów współczesnej kultury i wcale się tego nie wstydzi. Jak sam mówi, ślubów ubóstwa również nie składał.

Szczepan Twardoch zbiera niesłuszne baty. Te należą się rodakom - wtórnym analfabetom

Pisarze są w dzisiejszych czasach zmuszeni do działań, których wcześniej nikt tej profesji nie przypisywał. Dziś pisarz musi być aktywny w mediach społecznościowych. Musi pokazywać się gdzie tylko może. Docierać do ludzi, nieustannie przedstawiać się światu. Dlaczego? Bo wtórny analfabetyzm sprawił, że coraz rzadziej zaglądamy do księgarni.

Książka jest też produktem, w dodatku na rynku, gdzie trwa nieustanny przesyt i niesłabnąca konkurencja. Aby odpowiednio sprzedać ten produkt, trzeba się promować. A skoro można to robić w najnowszym Mercedesie? Do tego będąc fanem motoryzacji? Po angielsku mówi się na to win-win. Każdy wygrywa. Może oprócz malkontentów, którzy zrobią wszystko, aby każdego, kto odniesie sukces, ściągnąć na ziemię. Po co przyznać, że "zazdroszczę, bo ja nie mam". Lepiej powiedzieć, że "pisarzowi nie wypada", "straciłem do ciebie szacunek", "sprzedałeś się".

To ŚWIETNIE, że się "sprzedał". To naprawdę dobrze, że przedstawiciel literatury otwarcie mówi o tym, że wspiera i jest wspierany przez luksusową markę samochodów. Jest to bardzo zabawne, że nikt się nie dziwi, kiedy znany aktor promuje jakąś markę i do tego świetnie zarabia. Wystarczy jednak, że na scenie pojawia się pisarz i nagle okazuje się, że jemu "nie wypada" świetnie zarabiać. Jakoś nie słychać głosów sprzeciwu wobec ambasadorstwa Anny Muchy czy Michała Żebrowskiego, którzy również reprezentują Mercedesa w Polsce.

Dlatego bardzo proszę krytyków, zarówno literackich, jak i Internetowych - zastanówcie się nad sobą.

Ja wiem, że to leży głęboko w polskiej naturze, taka zawiść do osób zarabiających więcej, robiących cokolwiek lepiej i nie daj Boże, mających jakiekolwiek przywileje z tego powodu. Ale piętnowanie pisarza za to, że nie jest - w myśl kompletnie fałszywego etosu - biedny, głodny i zagubiony, jest po prostu idiotyczne.

Osobiście serdecznie gratuluję, panie Twardoch. Życzę tysięcy pokonywanych z przyjemnością kilometrów w nowym CLSie. I oby tylko kolejna książka nie była ani odrobinę słabsza od "Dracha" i "Morfiny", bo krytycy od razu powiedzą, że to przez te wszystkie Mercedesy.

Chciałbym też zobaczyć więcej takich ambasadorstw. Może jakiś Lexus dla Zygmunta Miłoszewskiego?

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst