REKLAMA

6 rzeczy, którymi polskie studia różnią się od singapurskich

Singapurskie uczelnie chcą być perfekcyjne w każdym calu, aby wylądować jak najwyżej w rankingach i przyciągnąć najlepszych studentów i profesorów. Jaka jest recepta na sukces uczelni, której w sierpniu przekroczyłem progi?

6 rzeczy, którymi polskie studia różnią się od singapurskich
REKLAMA

Singapurskie uczelnie chcą być perfekcyjne w każdym calu, aby wylądować jak najwyżej w rankingach i przyciągnąć najlepszych studentów i profesorów. Jaka jest recepta na sukces uczelni, której w sierpniu przekroczyłem progi?

REKLAMA

Nie ma auli, są sale seminaryjne.

Singapore Management University posiada jedną większą aulę. Jedną! Nawet ona jest stosunkowo mała, gdyż pomieścić może tylko ok. 200 osób, a samych studentów z wymiany jest dwa razy więcej. Nie ma tu mowy o siedzeniu na fejsie w ostatnich rzędach wiejącej pustkami auli. Sale są małe, na 40 studentów,  eliptyczne ułożenie ławek sprawia, że prowadzenie dyskusji z profesorem jako mentorem i moderatorem jest bardzo naturalne.

Interaktywny sposób prowadzenia zajęć.

Tak, wiem, że to wyrażenie jest powtarzane niemal jak mantra przez innowatorów polskiej edukacji, ale u nas wprowadza się je przede wszystkim na najniższych stopniach edukacji, podczas gdy na uczelniach wyższych wciąż panuje zasada spisujemy co prowadzący maże na tablicy.

REKLAMA

Szczególnie ciekawe były zaś jedne z moich zajęć Business Capstone, gdzie zajmujemy się głównie analizą modeli biznesowych. Otóż prowadzący odpalił na początku zajęć wideo z amerykańskiej startuperskiej konferencji, które było zapisem tworzenia zalążka projektu i prototypowania. Dał nam z nim popracować w parach przez godzinę, stworzyć z przyniesionych przez niego materiałów (balonów, plasteliny, kartek, taśmy, mazaków), coś namacalnego, nad czym później wspólnie debatowaliśmy. Odkrywaliśmy mocne i słabe strony naszych pomysłów.

Takie właśnie zajęcia, nie odbywają się już w salach seminaryjnych, a w normalnych klasach, gdzie można połączyć stoły do zajęć grupowych.

REKLAMA

3 godziny zamiast 1,5

Na SGH zajęcia przeważnie toczyły się w formie 2×45 min, rzadziej – gdy przedmiot był wagi ciężkiej – 3×45 min. Na SMU jest inaczej. Tu, dzień podzielony jest na 4 interwały – od 8.15 do 22.15. Sprawia to, że wraz z 15-minutowa przerwą na dojście do kolejnej sali, studenci na jednych zajęciach spędzają 3 godziny!

REKLAMA

W podstawówce myślałem że 45 minut to jak stąd do wieczności. Chyba, że był to WF – wtedy trafiłem do świata równoległego, gdzie ku mojemu nieszczęściu czas płynął zdecydowania szybciej. Na studiach nawet 1,5 godz. stało się czasem optymalnym, aby opracować jakieś zagadnienie, ale już dłuższe siedzenie w jednym miejscu naprawdę potrafiło dać w kość. Ogonową.

REKLAMA

Tymczasem na SMU nawet te 3 godz. nie są jakimś błędem Chronosa, który na chwilę odwrócił wzrok w innym kierunku. Wszystko dlatego, że przez cały czas oparte są na dyskusji i…

Działanie w grupach

Coś, czego Polakom zdecydowanie brakuje. Indywidualnie potrafimy się wznieść na wyżyny, ale jako kolektyw coś w naszej maszynie szwankuje. W Singapurze natomiast każdy z przedmiotów opiera się na pracy grupowej. Moje zajęcia są tego doskonałym, na zakończenie semestru mam tylko jeden egzamin. Pozostałe składowe oceny otrzymam z projektu, który realizuję wspólnie z Singapurką, Chińczykiem i Wietnamką. Musimy znaleźć odpowiednią firmę, przeanalizować jej model biznesowy, a następnie zaproponować poprawki.

REKLAMA

Współzawodnictwo / Wyścig Szczurów

Mimo, że w Polsce to SGH uchodzi za szkołę, gdzie studenci ponoć prześcigają się w zdobywaniu punktów za aktywność i jak najwcześniejszym rozpoczynaniu kariery zawodowej, to do Singapuru im jeszcze bardzo daleko.

REKLAMA

Tu, kiedy tylko profesor zada pytanie, to w górze wisi już las rąk, wyrastający w mgnieniu oka. Nie ważne czy ktoś rzeczywiście zna odpowiedź, często wystarczy, że będzie pewien siebie w czasie wypowiedzi. Wszystko to odbywa się pod okiem asystenta – studenta, który kurs odbył w zeszłym semestrze i wykazał się dużymi umiejętnościami, tak, że teraz pełni rolę bufora pomiędzy profesorem, a studentami. Oprócz tego przyznaje punkty za aktywność, które na niektórych zajęciach składają się nawet na połowę oceny.

Funkcja pomocnika profesora jest bardzo ciekawym patentem, który z chęcią zobaczyłbym na polskich uczelniach. Zwłaszcza w kontekście kontaktów z prowadzącymi, którzy sprawdzenie skrzynki pocztowej traktują jako zło konieczne, które trzeba tolerować jedynie raz na pół roku. Taki singapurski pomocnik pracuje przeciętnie 8 godzin tygodniowo i za ten czas spędzony w klasie i podczas odpowiadania na maile jest odpowiednio opłacany? Ile dostaje pieniędzy? „Wystarczająco na drobne wydatki i stołówkę”.

REKLAMA

Studenci także bardzo szybko rozpoczynają staże, moi rówieśnicy mają już dla przykładu zrobione po 3, 4-miesięczne praktyki w największych na świecie bankach, firmach marketingowych czy rachunkowych.

Wysokie pozycje w rankingach

Jaki jest tego wszystkiego efekt? Otóż NUS (odpowiednik naszego Uniwersytetu Warszawskiego) jest najlepszą uczelnią w całej Azji, a NTU (odpowiednik Politechniki) zajmuje najniższe miejsce na podium. Jeśli zaś chodzi o uczelnie biznesowe to SMU ustępuje na kontynencie miejsca tylko jednej przeciwniczce z Hong-Kongu.

REKLAMA

Jest dobrze, ale na azjatyckim podwórku. Jeśli zaś weźmiemy pod uwagę ranking ARWU (najbardziej prestiżowy), to w pierwszej 500-setce znajdzie tylko NUS… NTU wypadło z rankingu w tym roku.https://web.archive.org/web/20141012000258if_/http://www.facebook.com/plugins/post.php?app_id=&channel=http%3A%2F%2Fstatic.ak.facebook.com%2Fconnect%2Fxd_arbiter%2FKFZn1BJ0LYk.js%3Fversion%3D41%23cb%3Df28d4988be78f1%26domain%3Dwww.spidersweb.pl%26origin%3Dhttp%253A%252F%252Fwww.spidersweb.pl%252Ffb71eb120cc84e%26relation%3Dparent.parent&href=https%3A%2F%2Fwww.facebook.com%2Fkarolfanpage%2Fposts%2F1542695319297151&locale=en_US&sdk=joey&width=466

SMU chciało się stać szkołą jedyną w swoim rodzaju. Uczelnia miała przeszczepiać amerykańskie wzorce na singapurskim terenie i stworzyć wybuchową mieszankę wraz z rosnącą w siłę Azją. SMU miało być pierwszym w tej części świata przystankiem na drodze do stworzenia nowego systemu edukacji, który wyznaczałby ramy rozwoju świata duopolu – USA – Chiny. Czy się udało? Po 12 latach można zaryzykować stwierdzenie, że tak. SMU jest wysoko w rankingach, a kadra profesorska to miks pomiędzy Amerykanami, a Wietnamczykami, Malezyjczykami i Tajami. Tworzy to ciekawy misz-masz, który mimo starań trudno jest ustandaryzować. Różne kryteria oceniania, różne zaangażowanie w prowadzone zajęcia i w końcu różna charyzma, a czasami jej brak, powodują, że SMU nie różni się tak bardzo od innych, przodujących w Azji szkół – chińskich, tajwańskich, czy koreańskich. Choć biznesowe nastawienie cały czas jest tym dominującym, to SMU krok po kroku upodabnia się do uniwersytetów, jakich Ci w Azji dostatek. Sam przecież uczęszczam na zajęcia kreatywnego pisania, które kierują uwagę studentów nieco bardziej na ludzką stronę biznesu, odwracając ją od Excela.

REKLAMA
Karol Kopańko
Redaktor
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA