Tech

iPhone 5 potwierdza moją teorię o sile lidera

162 interakcji
dołącz do dyskusji

Nie znam się na telefonach komórkowych tak dobrze jak na przykład Mateusz Nowak (szczęśliwym zbiegiem okoliczności gramy w tej samej drużynie, zawsze mogę poprosić go o korepetycje), a fanowska wojna Apple kontra reszta świata trywialnie mówiąc „ani mnie ziębi, ani grzeje”. Cieszę się jednak, że iPhone 5 medialnie okazał się wielkim rozczarowaniem, ponieważ w końcu coś potwierdza moją tezę, którą skonstruowałem po kilku latach oficjalnej emerytury Billa Gatesa.

Teoria ta brzmi następująco: Wielkie firmy świata IT powstały dzięki geniuszowi swoich liderów i to ten geniusz wyniósł je na wyżyny. Pozbawione swoich wizjonerów często nie są już w stanie osiągać tak spektakularnych wyników. 

Przeglądam Twittera i Wasze komentarze na Spider’s Web. Produkty Apple zawsze budziły kontrowersje, ale trudno mi sobie przypomnieć, żeby którykolwiek model iPhone’a już na starcie spotykał się z tak krytycznym przyjęciem, satysfakcją antyfanów i – zjawiskiem najrzadziej spotykanym – pełnymi zawodu jękami niektórych wiernych fanów. A i na takie można natrafić w sieci, co w przypadku Apple oznacza jedno: coś się dzieje. Nie podejmę się jednak oceny iPhone’a 5. Weźcie proszę pod uwagę, że cały czas mam na myśli jedynie otoczkę.

Microsoft swoje najlepsze lata ma za sobą. Po kapitalnych latach 90′ XX wieku, w pewnym momencie okazało się, że system operacyjny to dopiero początek i firma musiała wejść na nowe terytoria. Ekspansja poszła w różnych kierunkach, często zresztą z sukcesami. Wielkim okazał się na przykład pakiet Office. Ludzie dziwili się czemu firma chce produkować konsole, ale również dwa kolejne Xboksy pokazały, że Microsoft to nie byle kto i jeśli się uprze, to na rynku może sporo namieszać. W 2008 roku Bill Gates, niegdyś genialny nastolatek, który zaczytywał się w Forbesie w czasie studiów, odchodzi na wczesną, ale zasłużoną emeryturę. W Microsofcie zostają wszyscy jego dawni przyjaciele, uczniowie, naśladowcy, a politykę firmy realizuje dalej bliski mu Steve Ballmer.

Ballmer to nie Gates, nie zmienia w złoto (prawie) wszystkiego, czego się dotknie. Wprawdzie udaje mu się wypuścić na rynek Windowsa 7, a także unowocześnić system mobilny z ciekawym kafelkowym interfejsem, ale firma przestaje być już tak celna i skuteczna w swoich poczynaniach. Na rynku mobilności nie idzie jej za dobrze, autorskie telefony to  gigantyczna klapa, system Windows zostaje zepchnięty na margines przez młodszego iOSa, Androida czy BlackBerry, inwestycje firmy są mocno niepewne (np. Skype), Facebook jest niechętny do bycia przejętym, Bing szuka tylko w Stanach (i to bez rewelacji), a strategiczne sojusze (choćby z Nokią) też nie porywają perspektywami. Microsoft zarabia, Microsoft jest gigantem, ale nie robi tego tak spektakularnie, jak w dobie Billa Gatesa. Na dodatek niepodzielną niegdyś władzą musi dzielić się z Apple, Google i Facebookiem. I naprawdę zastanawia jak wyglądałaby firma, gdyby dowodził nią pierwotny twórca, milioner, filantrop, legenda.

To właśnie obserwując poczynania Microsoftu po odejściu charyzmatycznego lidera skonstruowałem swoją odważną tezę. Brakowało mi tylko kolejnych przykładów. Kilka nazwisk (m.in. z Polakiem Jackiem Tramielem na czele) świtało mi w głowie, cały czas brakowało w tym jednak aż tak klarownego ciągu przyczynowo-skutkowego.

I gdy teraz patrzę na poczynania Apple, doskonale wiem, że Steve Jobs to kolejny wielki, który potwierdzi moją regułę. Dwukrotnie.

Steve Jobs był w Apple człowiekiem od wszystkiego swoją firmą zarządzał od podszewki wymyślając rozwiązania, a ostatecznie sprzedając je na słynnych już konferencjach. To on dyktował firmie nad czym ma myśleć, a potem sam zastanawiał się jak to społeczeństwu sprzedać. Władca absolutny, bawiący się momentami w totalny one man show. Nie da się jednak ukryć, że za czasów Steve’a Jobsa Apple przeżywało najlepsze lata w swojej karierze stając się naczelną firmą świata IT, wytyczając trendy nie tylko dla siebie, ale nawet dla konkurencji (o czym lubi powtarzać, ostatnio nawet trochę do przesady).

Mało kto wie, ale historia Steve’a Jobsa jest jeszcze bardziej efektowna niż w przypadku Billa Gatesa. A wszystko dlatego, że Jobs Apple założył raz, został zwolniony w naprawdę dobrym czasie dla firmy, by póżniej zbudować jej potęgę. Jobs moją odważną tezę nie tyle potwierdza, co czyni wręcz z niej jedno z praw rządzących światem IT.

Kilkanaście miesięcy temu Steve Jobs okrutnie osierocił swoją rodzinę Apple. Firma straciła lidera, który stanowił jej fundament, co nie jest wcale standardem w opartym na pełnych biurokracji korporacjach świecie. Od tamtego czasu Tim Cook i jego pracownicy prezentowali nowego iPada, kilka nowych notebooków czy wreszcie wczoraj pokazali światu iPhone’a 5. Za każdym razem jednak przyjęcie było – jak na Apple – nad wyraz sceptyczne.

Nie potrafię powiedzieć czy Steve Jobs był geniuszem technologicznym. Wiem na pewno, że był geniuszem marketingu. Przede wszystkim jednak był liderem Apple. Niezależnie od dalszych poczynań różnych korporacji, między założycielami Microsoftu i Apple, a ich firmami, wypadałoby powoli już stawiać znak równości.

Jak sądzicie, wielu jest na świecie szefów wielkich korporacji, których brak mógłby wywrzeć na firmach tak duże piętno? Mark Zuckerberg? Sergey Brin? Larry Page? Larry Ellison? Czy oni wszyscy grają w lidze geniuszu Jobsa i Gatesa? Bo to jest geniusz, nawet jeśli w Polsce jesteśmy wobec takich zjawisk sceptyczni i im niechętni.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst