Tech

A najgorsze jest to, że Zuckerberg ma rację

E-mail zmienił świat w równym stopniu co sam internet. Dziś słowo e-mail jest częściej synonimem „poczty” niż sama instytucja poczty. Świat biznesu, relacje międzyludzkie oraz kontakty z instytucjami i urzędami opierają się dziś w głównej mierze na e-mailu. Niestety, szef Facebooka Mark Zuckerberg ma rację sugerując, że jego dni są policzone. Istnieje bowiem szereg przesłanek za tym przemawiających; Zuckerberg widzi je głównie u siebie na Facebooku. Niestety, bo ja życia bez e-maila sobie nie wyobrażam. To znak czasów – starzeję się.

Czasów przed e-mailowych w środowisku biznesowym nie pamiętam. Kiedy zaczynałem pracować zawodowo w 1999 r., w pierwszej pracy dali mi adres e-mailowy i całość korespondencji biznesowej do dziś prowadzę via e-mail. Organizuje mi pracę i pozwala zarządzać projektami. Ale bliski kolega z działu marketingu – Grześ – pamięta pracę bez e-maila w wielkiej polskiej firmie z branży FMCG co to od zawsze marketingiem stała. Wspomina z ironią w głosie, że był to swoisty koszmar – projekty graficzne, briefy, teksty czy kolorystykę uzgadniało się? za pomocą telefonu i faksu. Do śmiesznych sytuacji często to prowadziło, a i przy okazji nie sprzyjało szybkiej realizacji projektów. Potem przyszedł e-mail i zmienił charakter wykonywanej pracy bezpowrotnie.

Na początku była to ekskluzywna i droga usługa; później Microsoft oraz Yahoo! uczyniły go darmowym i czymś powszechnym. BlackBerry wprowadził go do świata mobilnego. Gmail zdjął ograniczenia związane z przechowywaniem danych na kontach pocztowych. Teraz Facebook ogłasza jego powolną śmierć, bo zamienia go na swoje statusy, szybkie wiadomości i chaty.

To tak jak z przejściem z ery peceta do ery urządzeń mobilnych. Nie nastąpi to z dnia na dzień, ale kierunek zmian jest jednokierunkowy i bezsprzeczny, co widać choćby po tym, że wiodący „stacjonarny” system operacyjny Mac OS X zmierza w kierunku unifikacji z mobilnym systemem operacyjnym iOS (a nie odwrotnie). Tak samo kończy się era e-maila (choć ma zaledwie kilkanaście lat), a zaczyna era zunifikowanej społecznej skrzynki odbiorczej skupiającej wszystkie możliwe źródła: chat, wiadomości, powiadomienia, streaming wiadomości i inne. Nie oznacza to, że jutro czy pojutrze ludzie przestaną używać e-maila. Jego znaczenie będzie jednak maleć, tak jak znaczenie pecetów na rynku komputerów.

Wdałem się w ostatnio w off-line’ową dyskusję z dwoma osobnikami, którzy nie mają konta na Facebooku i nawet nie zamierzają mieć. Poza standardowymi zarzutami o „braku prywatności” i „stracie czasu” rzucili na stół jeden argument, który dał mi sporo do myślenia – ta młodzież, która dziś nie może żyć bez Facebooka, musi go mieć nawet w telefonie by zawsze i wszędzie być online i na dodatek stale udostępnia swoją lokalizację, to taka pusta i zepsuta jest.

Nic bardziej mylnego! Młodzież jest zawsze taka sama; zmieniają się tylko czasy i otoczenie w jakim się młodzi ludzie chowają. Za moich czasów siedziało się na ławkach, czasem popijając co nie co. Plotki, kłótnie, miłosne czaty były takie same jak dzisiaj – tylko, że zamiast na Facebooku, to na ławkach. Wtedy też mówiono o nas „co to za młodzież w tych czasach, do czego to prowadzi”, bo tamtejsi 40, 50-latkowie wspominali swoją młodość, kiedy ukrywali się przed reżimem na schadzkach w mieszkaniu. Plotki, kłótnie, miłosne czaty były takie same jak dzisiaj – tylko, że zamiast na ławkach, to w prywatnym mieszkaniu.

Staram się spojrzeć na to, co pokazał wczoraj Zuckerberg właśnie przez własny pryzmat tego, że sam – mimo, iż to w centrum moich zainteresowań stoją nowe technologie – do komunikacji używam głównie e-maila. E-mail to e-mail – coś twardego, prawie jak dokument, zostawia za sobą ślad. Czat to zwykła rozmowa, w której padają różne słowa (w moim przypadku głównie przekleństwa, których w e-mailu nie zdarza mi się używać), które albo się zapamiętuje lub nie.

Zmienia się jednak bezpowrotnie główny kanał komunikacji w internecie. Dzisiejsi nastolatkowie puszczają po kilkaset wiadomości SMS za pomocą telefonu dziennie, publikują po kilkaset statusów w mediach społecznościowych dziennie i wymieniają się krótkimi jednozdaniowymi komentarzami z kilkudziesięcioma osobami dziennie.

Infoholizm ? stan, który kilka lat temu opisywany był przez psychologów jako nieuchronny wynik zmian w sposobie komunikacji pomiędzy ludźmi, dzisiaj już nikogo nie dziwi. I po raz kolejny nie roztrząsając, czy to dobrze, czy źle, należy zrozumieć, że to po prostu fakt – pisałem w styczniu 2010 r.

Dla tak żyjących nastolatków e-mail to skostniałe i zinstytucjonalizowane narzędzie, prawie jak dla nas wypełnianie druczków listu poleconego na poczcie (nie wiem, czy macie tak samo, ale nawet wypełnienie jednego takiego druczku powoduje u mnie nie tylko złość, ale i ból ręki).

Największą siłą pomysłu Zuckerberga jest nowy algorytm, który sam zadecyduje jaki format kontaktu będzie w danym momencie optymalny – chat, skrzynka bezpośrednich wiadomości, czy skrzynka na wiadomości ze streamingu. Pewnie, że na początku będą problemy, spektakularne protesty, pomyłki algorytmu, który nagabywanie koleżanki na wieczorną schadzkę puści w eter streamingu i zrobi jej obciach przed znajomymi. A najgorsze jest to, że Zuckerberg ma rację – na dłuższą metę taki inteligentny algorytm sam decydujący o formie kontaktu wydaje się być świetnym pomysłem.

I tak sobie myślę, że to zapewne w tym kierunku zunifikują w niedalekiej przyszłości swoje produkty Google, Microsoft, Yahoo!, a może nawet Apple. Jeśli więc nie chcemy być za chwilę zgryźliwymi starcami, którzy narzekają na to, jaka ta dzisiejsza młodzież jest dziś pusta, uczmy się już dziś jak korzystać ze „społecznościowej skrzynki” Facebooka. Za chwilę to to będzie standard. Nie e-mail.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst