Początki są zwykle zupełnie niewinne. Przyszli rodzice otrzymują pierwsze czarno-białe zdjęcie z badania USG i chcą radosną nowiną podzielić się ze światem. Klikają publikuj i natychmiast zostają zalani gratulacjami, lajkami i serduszkami. A potem już leci.
Zanim dziecko nauczy się wiązać buty, świat zna już każdy szczegół jego prywatności, ponieważ cyfrowy ślad tworzony przez rodziców towarzyszy mu od poczęcia aż po dorosłość
Statystyki są w tej kwestii bezlitosne. Aż 40 procent rodziców publikuje w platformach społecznoścowych zdjęcia i nagrania dokumentujące życie swoich dzieci. Każdy z nich zamieszcza średnio około 72 takich materiałów rocznie. To nie są tylko suche liczby, lecz dziesiątki momentów każdego roku, w których zamiast patrzeć dziecku prosto w oczy, patrzymy na nie przez obiektyw smartfona, sprawiając, że chwile, które powinny trafić do prywatnego albumu, stają się własnością algorytmów.
Sharenting to praktyka, u której podstaw leży duma i potrzeba wspólnoty, jednak w rzeczywistości jest to wystawianie wizerunku dziecka na widok publiczny bez jego zgody.
Dominika Bartoszak w swojej pogłębionej analizie ukazuje, że to, co dla rodzica jest tylko uroczym postem, dla dziecka może stać się realnym zagrożeniem dla bezpieczeństwa i ogromnym ciężarem w budowaniu własnej tożsamości. Autorka rzuca światło na konsekwencje dla rozwoju i funkcjonowania najmłodszych, oferując jednocześnie praktyczne rekomendacje i kompletny program profilaktyczny.
Wskazuje też, że prawdziwa bliskość dzieje się poza zasięgiem Wi-Fi, dlatego warto zatrzymać się i pomyśleć o przyszłości własnego dziecka, zanim kolejny fragment jego intymności trafi do sieci. Bo może współcześnie największym prezentem, jaki można dać drugiemu człowiekowi, jest prawo do prywatności i możliwość napisania własnej historii od zera.
Rozmowa z dr Dominiką Bartoszak, psycholożką i seksuolożką kliniczną oraz autorką książki "Sharenting a seksualizacja dzieci i młodzieży. Psychospołeczne zagrożenia w erze mediów społecznościowych".
Dominika Bartoszak, autorka książki "Sharenting a seksualizacja dzieci i młodzieży" fot. archiwum prywatne
Gdyby po radę przyszedł młody rodzic i zapytał, czy publikować zdjęcia i wideo swoich dzieci w mediach społecznościowych, to co mu Pani odpowiedziała?
Gdyby przyszedł i żądał jednoznacznej krótkiej odpowiedzi, to powiedziałabym: nie publikuj!
Ale gdybym miała więcej czasu, to zadałabym mu kilka pytań.
Jakich?
Po pierwsze, dlaczego chcesz to robić?Jaka potrzeba się za tym krye? Po drugie, powiedziałabym: tak wiem, że jesteś dumny ze swojego dziecka, więc chcesz się nim pochwalić. Ale czy robisz to dla siebie czy dla niego? Kto na tym zyska? Po trzecie: co będzie na tym zdjęciu? Jaki będzie jego kontekst? Jak będzie wyglądało twoje dziecko? Czy będzie widać całą jego sylwetkę? Czy będzie można je po nim zidentyfikować? Kto po publikacji będzie czuł się komfortowo: ty czy twoje dziecko?
To wszystko?
Nie. Jeszcze najważniejsze: czy dziecko wyraziło świadomą zgodę na publikację? Nie zgodę, tylko świadomą zgodę.
No, ale chwileczkę. Jak bobas, który dopiero się urodził, ma wyrazić zgodę, do tego świadomą? Skoro nawet nie mówi.
Dokładnie! Dlatego to tak ważne kryterium. Czy osoba, która jest po drugiej stronie obiektywu rozumie z czym może wiązać się publikacja. Oczywiście im młodsze dziecko, tym jest to mniej możliwe.
Z pani książki wiem, że połowa rodziców publikuje zdjęcia i wideo dzieci, chociaż jest świadoma zagrożeń i aż 80 procent ocenia takie działanie pozytywnie. To, co zawodzi ich intuicja? Nie wiedzą, co dobre dla ich dziecka?
To niesamowity paradoks, który pojawia się w wielu badaniach. Mianowicie, że z jednej strony mamy świadomość pewnych zagrożeń a mimo to dalej publikujemy.
Dlaczego?
Z innych jeszcze badań wynika, że bezpiecznikiem związanym z tym, czy publikuję zdjęcia dzieci czy tego wcale nie robię nie jest to, czy jestem świadomy zagrożeń, tylko jak postrzegam swoje dziecko. Jak postrzegam jego podmiotowość.
Proszę wyjaśnić.
Chodzi o to, czy widzimy w swoim dziecku osobę, która jest człowiekiem mającym swoje prawa. Czy rozumiemy, że za chwilę będzie chciała samodzielnie tworzyć narrację o sobie, sama opowiadać historię własnego życia, tworzyć samodzielne swoją tożsamość, będzie podejmować indywidualne decyzje.
Im bardziej to rozumiemy, tym większe prawdopodobieństwo, że się powstrzymamy z opublikowaniem tych zdjęć i filmów, bo robiąc to bez zgody dziecka, odbieramy mu podmiotowość. Wybieramy własną, tymczasową korzyść nadto co przyniesie przyszłość dzieciom.
Fot. Okładka książki "Sharenting a seksualizacja dzieci i młodzieży". Ilustracja: Wydawnictwo Naukowe PWN
Przyszłość i zagrożenia zawsze wydają się odległe a dopaminowa nagroda jest tu i teraz. W książce pokazuje pani, że ta nagroda, motywacje rodziców do publikowania, potrafią być różne.
Najwięcej rodziców kieruje motywacja dość niewinna. Traktują oni publikowanie zdjęć w mediach społecznościowych jako pewnego rodzaju album, archiwizowanie wspomnień. Nie mają absolutnie złych intencji, choć bywa im to przypisywane.
To, że robią to, aby dostać lajki, poczuć się lepiej, dowartościować?
Te motywacje się oczywiście na siebie nakładają. Ta, o której mowa teraz, pokazuje, że osoba rodzica funkcjonuje w otoczeniu, gdzie tego typu zdjęcia się publikuje, inni to robią. A skoro to robią, to dlaczego ja miałbym postępować inaczej? Jest to norma, bo wiele osób tak robi. Natomiast oddzielną kwestią jest to, co taka publikacja robi z naszym układem dopaminowym.
Co robi?
Kiedy publikujemy zdjęcie dziecka, to otrzymujemy wzmocnienia społeczne. Reakcje, lajki, serduszka, pozytywne komentarze, np. "O jaka ta córeczka piękna" albo "jak już wiele potrafi". Sprawia nam to przyjemność, czujemy się lepiej jako rodzice, bo "dowozimy". Jesteśmy skuteczni. Potwierdzamy nasze kompetencje jako mama czy tata, choć częściej dotyczy to kobiet, co wzmacnia naszą tożsamość rodzica. Wszyscy widzą, że nasze dziecko jest szczęśliwe, więc powtarzamy nasze działania, dzięki którym czujemy się dobrze.
Platformy takie jak Facebook czy Instagram o tej słabości naszego mózgu doskonale wiedzą. Dopingują nas, abyśmy zrobili coś, żeby znów dostać dopaminową nagrodę.
Absolutnie. Widzimy, to choćby po tym, że algorytm promuje treści angażujące, zatrzymujące użytkownika. System platform mediów społecznościowych zachęca nas, abyśmy publikowali regularnie i więcej.
Dlaczego jeszcze rodzice "to" robią?
Jedną z powszechniejszych motywacji jest też chęć podtrzymania relacji z bliskimi, z którymi nie mamy regularnego kontaktu poza światem cyfrowym, bo mieszkają daleko albo widujemy się rzadko. Wrzucamy więc zdjęcia, aby nasi znajomi czy rodzina wiedzieli co u nas, a więc przy okazji co u naszych dzieci. Co robią, jak się rozwijają, jak wygląda ich codzienność. W ten sposób utrzymujemy te relacje, choć oczywiście bywa, że jest to tylko proteza, pozór dający poczucie, że nie staliśmy się jeszcze dla siebie zupełnie obcymi ludźmi. Bo przecież do prawdziwych więzi potrzebne są rozmowy twarzą w twarz, a nie tylko oglądanie zdjęć. Szczególnie, gdy nie prowadzą one do spotkań.
Kiedy publikujemy zdjęcie dziecka, to otrzymujemy wzmocnienia społeczne. Reakcje, lajki, serduszka, pozytywne komentarze Fot. Ilustracja wygenerowana za pomocą Gemini.
W książce pisze Pani też o motywacji ekonomicznej. Rodzice publikują zdjęcia z nadzieją na zarobek.
Platformy mediów społecznościowych stworzyły zawód influencera. To osoby, które monetyzująswoje życie, talenty, umiejętności, wiedzę, wpływając na grupę obserwujących ją odbiorców. Często widzimy, że influencerzy wiodą bliskie ideału i bogate życie i chcemy tego samego dla siebie. Zastanawiamy się, czy ja mógłbym tak zarabiać? Zaczynamy budować profil z nadzieją, że tak się stanie w przyszłości.
A że mamy pod ręką dziecko, to?
To angażujemy do pracy nad tym profilem. Budujemy profil np. matki influencerki, publikujemy treści związane ze swoim życiem, opowiadamy o macierzyństwie, jego blaskach i cieniach, ale oczywiście także o dzieciach. A nierzadko bywa, że profil jest oparty wyłącznie na dziecku – jego życiu, wizerunku, osobowości.
A rodzice stają się szefami, managerami biznesu. Załatwiają bartery, współpraca reklamowe, administrują całym biznesem, czerpiąc z niego finansowe frukty. Ale rodzice to nie jedyni dorośli, którzy korzystają na sharentingu. Są to jeszcze choćby instytucje publiczne: szkoły, przedszkola, które dzieci, ich wizerunku używają do reklamy.
To jest część tego problemu. Choć widać już na tym polu pewną wyraźną zmianę, bo część rodziców odmawia zgody na publikowanie wizerunków swoich dzieci, a dyrekcje niektórych placówek bardzo tego pilnują. To wciąż w wielu przypadkach twarz dziecka staje się walutą.
Niedawno było głośno o prywatnej szkole, która reklamowała się, że czesne będzie kilka tysięcy złotych niższe, jeśli rodzice zgodzą się na użycie wizerunków dzieci. Niezła promocja, co?
Stawianie rodzica przed takim dylematem, niezręcznej sytuacji jest etycznie niewłaściwe. Trudno takie działanie ocenić inaczej niż negatywnie. Bo wiem, że dla wielu rodziców taka zniżka będzie czymś pożądanym. Stają oni przed wyborem: przehandlować wizerunek swojego dziecka i być może umożliwić mu naukę w wymarzonej szkole, czy zajęciach dodatkowych czy też nie i dziecko z nich wykluczyć. Nie tak to powinno wyglądać, bo to jest zupełnie przedmiotowe traktowanie dziecka.
W książce podobało mi się zdanie, że rodzicom, dorosłym, instytucjom sharenting daje wiele korzyści, a dzieciom, które są przecież bohaterami publikowanych treści, dostarcza głównie zagrożeń.
Właśnie dlatego powtarzam, ocena sharentingu zależy od tego, z czyjej perspektywy na niego patrzymy. Jedna grupa, do której zaliczamy dorosłych, rodziców, na nim korzysta. Ale jest też druga: dzieci. Z ich perspektywy to wygląda zupełnie inaczej. Dzieci ze względu na sharenting doświadczają przede wszystkim ryzyka, co przechyla szalę ku ocenie negatywnej
Jakie to ryzyka?
Jest ich wiele: od tych związanych z łamaniem prawa, przemocą, w tym narażeniem na wykorzystanie seksualne, przez kwestie związane z prywatnością dzieci, budowaniem przez nie własnej tożsamości, aż po ryzyka psychologiczne, w tym te związane z zaburzeniami rozwoju.
Rodzice stają się szefami, managerami biznesu. Załatwiają bartery, współpraca reklamowe, administrują całym biznesem, czerpiąc z niego finansowe frukty. Fot. Ilustracja wygenerowana za pomocą Gemini.
Co dla rozwoju dziecka oznacza to, że jest od najmłodszych lat wystawiane na publiczny widok w mediach społecznościowych?
Publikując zdjęcia dzieci od najmłodszych lat modeluje się w nich pewne zachowania. Normalizuję obecność w mediach społecznościowych, pokazuje im, że jest ona pożądana, że ocenianie innych, czy mojego wyglądu jest w porządku. To, co robimy z wizerunkiem własnym czy swojego dziecka jest dla nich ważnym komunikatem. Zawsze powtarzam rodzicom: zrobić coś to jest tysiąc razy powiedzieć.
Dzieci słabo słuchają, ale wspaniale naśladują.
Dokładnie. Dzieci uczą się od rodziców, obserwując ich zachowania. Kiedy więc publikujemy zdjęcie, którego główną wartością jest wygląd naszego ciała, to wysyłamy im wiadomość, że nasza atrakcyjność fizyczna jest czymś, co można poddawać ocenie, że ludzie mają do tego prawo. A więc muszę dbać o to, aby inni reagowali na mój wygląd pozytywnie.
To krok po kroku prowadzi do?
Może prowadzić do samouprzedmiotowienia. Dziecko zaczyna postrzegać siebie i swoją wartość głównie przez pryzmat wyglądu zewnętrznego oraz tego, jak widzą je inni, zamiast skupiać się na swoich umiejętnościach, emocjach czy potrzebach. Filtry, lajki i kultura "selfie" w mediach społecznościowych uczą dzieci, że ich obraz jest ważniejszy niż ich przeżycia. Może prowadzić to do obniżenia samooceny, zaburzeń odżywiania, stanów lękowych, depresyjnych.
To już konsekwencje psychologiczne?
Tak, ale nie jedyne. To choćby te dotyczące wątków tożsamościowych. Jednocześnie nie chciałabym, aby ktoś kto przeczyta naszą rozmowę uznał, że demonizuje platformy społecznościowe. Mogą być w końcu wartościowym narzędziem, które można wykorzystać także do budowania relacji, zdobywania wiedzy na różne tematy.
Ale mogą też odebrać wiele rzeczy. Trudno to pomijać. Na przykład wspomniane prawo do budowania własnej tożsamości.
Tak, to bardzo ważna kwestia. W czasach naszej młodości dzieci mogły same o tym decydować. Sprawdzać, co jest moje, do czego mi blisko, a co nie. Próbować robić różne rzeczy, popełniać błędy. I na podstawie tego budować to kim są. Własną tożsamość.
Dziś dzieci boją się popełniać błędy w obawie przed tym, że ktoś ich nagran i opublikuje w sieci, aby ośmieszyć.
Do tego nierzadko muszą funkcjonować w rzeczywistości, w której ktoś np. rodzic już zbudował za nich ich tożsamość, nie dając im wyboru ani nie pytając o zdanie. Jeśli ktoś relacjonuje w sieci życie swojego dziecka od niemowlęctwa, a czasem jeszcze wcześniej, to przez lata opowieść o nim jest już napisana. Mało tego, nieco starsze dzieci mogą już przecież o sobie przeczytać w internecie. Dostają informację zwrotną. Z jednej strony pozytywne komunikaty mogą ich uzależnić. Z drugiej negatywne mogą wpłynąć na wycofanie, zdecydować o trudnościach rozwojowych, np. wcześniej wspomnianych zaburzeniach lękowych.
A sharenting wpływa na ambicje, naukę w szkole?
Tak, choć zdecydowanie bardziej dotyczy to dziewczynek niż chłopców, a wiąże się z koncentrowaniem się na wyglądzie. Buduje u nich przekonanie, że atrakcyjność jest czymś, co jest najbardziej pożądane i nagradzane. Stwarza poczucie, że ta moja cecha: wygląd jest wystarczający (lub nie) do osiągnięcia w życiu sukcesu. A w efekcie motywacja do innych osiągnięć spada.
To znaczy? Przestaje im zależeć na nauce, dobrych ocenach?
Dziecko, które martwi się tym, jak wygląda, zaczyna myśleć w innych kategoriach. Przestaje się określać, że jestem inteligentna, bystra, kreatywna, a zaczyna w kategoriach atrakcyjności, a wraz z dorastaniem również seksualności. A potem te atuty zaczyna podkreślać, o nie dbać. Nie ma już przestrzeni i zasobów na kreatywną zabawę, czytanie ze zrozumieniem, rozwiązywaniem problemów matematycznych. W efekcie dziewczęta, które częściej są poddane procesowi uprzedmiotowienia, rzadziej angażują się w naukę, szczególnie na kierunkach ścisłych. Uznają po prostu, że nie jest im to potrzebne, bo sobie poradzą inaczej, skoro ich wartość leży gdzie indziej.
To może dobrze, że ostatnio głośno, także w Polsce mówi się o zakazie mediów społecznościowych dla dzieci? Może dobrze, że nie zostawiamy tego tylko rodzicom?
Chciałabym, żeby to wybrzmiało: rodzice i tak zawsze będą pierwszą flanką. To na nich będzie leżała główna odpowiedzialność a więc i brzmię. Ale możemy im tę ochronę dzieci systemowo ułatwić albo utrudnić.
To jak im to ułatwić? Bo rodzice i tak nie mają łatwo.
Bardzo podoba mi się na przykład to, co zrobiono w Australii, gdzie zakazano używania platform mediów społecznościowych dzieciom poniżej 16 roku życia.
Tamtejsze prawo nie jest jednak doskonałe i już znaleziono luki.
Oczywiście część dzieci to ograniczenie obejdzie, ale już samo to, że poruszamy ten problem publicznie, mówimy o nim sprawia, że dla wielu rodziców dostaje komunikat: to nie jest miejsce dla mojego dziecka, staje się świadomych. Mało tego, dostaje potężną oręż w walce, bo skoro ograniczenie dotyczy wszystkich, to nagle przestaję być osobą, który w swoim otoczeniu jako jedyna zakazuje coś swojemu dziecku.
Pojawiają się ruchy mówiące o potrzebie regulacji i większej ochrony wizerunku dzieci. Fot. Ilustracja wygenerowana za pomocą Gemini.
Inne kraje też sporo robią. We Francji uchwalono prawo chroniące wizerunek dziecka w sferze cyfrowej. W części stanów w Stanach Zjednoczonych dzieci muszą dostawać pieniądze za monetyzowanie ich wizerunku, nawet jeśli zrobili to rodzice. To oczywiście kwestie ekonomiczne, ale pokazują, że zmiana myślenia postępuje wielowymiarowo. A w Polsce?
Pojawiają się ruchy mówiące o potrzebie regulacji i większej ochrony wizerunku dzieci. Dużo mówi się też ogółem o korzystaniu przez dzieci ze smartfonów czy platform społecznościowych.
Temat niby się przebija, ale mówimy i piszemy o tym od lat. A przepisy stoją w miejscu.
Może to kwestia tego, że w innych krajach pojawiły się osoby, które doświadczyły sharentingu i zaczęły walczyć o zmianę prawa, aby inne dzieci tego nie doświadczać nie musiały. Kiedy jakaś sprawa ma… czyjąś twarz, historię, za którą stoi realny człowiek, który doznał jakiejś krzywdy, to silniej działa to na wyobraźnię.
To, co zmieniłaby Pani w pierwszej kolejności?
Chciałabym, aby prawo stawało po stronie dzieci, a nie tylko rodziców. Życzyłabym sobie, aby powstało prawo, które bezpośrednio będzie chroniło wizerunek dzieci i dążyło do tego, aby ostatecznie ograniczyć możliwość publikowania takich zdjęć. Chociaż jednocześnie nie wierzę, aby zakazy stanowiły remedium.
Przeciwko takim zakazom niektórzy już protestują. Influencerka Aniela Woźniakowska, szerzej znana jako Lil Masti, założyła fundację "Dzieci są z nami". Uważa ona, że rodzice powinni mieć prawo do dzielenia się swoim życiem rodzinnym w sieci. Przekonuje, że skoro dzieci są naturalnym elementem otoczenia, to właściwie dlaczego mielibyśmy kasować ich obecność w internecie.
Chciałbym, abyśmy zaczęli od czegoś zupełnie innego. Zamiast wkładać dzieci do internetu, w przestrzeni zupełnie dla nich nienaturalnej, zaczęli walczyć i dbać o prawo do obecności w świecie rzeczywistym np. w restauracji, hotelu, w parku.
Nie mam przekonania, że w przestrzeni publicznej dziecku czy rodzicowi wszystko wolno, ale wolałabym, aby ta fundacja normalizować i promowała obecność dzieci przede wszystkim w środowisku dla nich naturalnym a nie cyfrowym.
Ilustracje wygenerowano za pomocą Gemini.
Najnowsze
Aktualizacja: 2026-05-13T10:14:40+02:00
Aktualizacja: 2026-05-13T09:45:18+02:00
Aktualizacja: 2026-05-13T08:57:15+02:00
Aktualizacja: 2026-05-13T08:14:42+02:00
Aktualizacja: 2026-05-13T07:37:23+02:00
Aktualizacja: 2026-05-13T06:45:00+02:00
Aktualizacja: 2026-05-13T06:34:00+02:00
Aktualizacja: 2026-05-13T06:23:00+02:00
Aktualizacja: 2026-05-13T06:12:00+02:00
Aktualizacja: 2026-05-13T06:01:00+02:00
Aktualizacja: 2026-05-12T21:06:36+02:00
Aktualizacja: 2026-05-12T21:03:49+02:00
Aktualizacja: 2026-05-12T19:54:06+02:00
Aktualizacja: 2026-05-12T19:27:29+02:00
Aktualizacja: 2026-05-12T19:02:33+02:00
Aktualizacja: 2026-05-12T19:02:15+02:00
Aktualizacja: 2026-05-12T17:57:46+02:00
Aktualizacja: 2026-05-12T17:55:11+02:00
Aktualizacja: 2026-05-12T17:04:37+02:00
Aktualizacja: 2026-05-12T16:33:35+02:00
Aktualizacja: 2026-05-12T15:26:50+02:00
Aktualizacja: 2026-05-12T15:18:48+02:00
Aktualizacja: 2026-05-12T15:16:37+02:00
Aktualizacja: 2026-05-12T15:11:38+02:00
Aktualizacja: 2026-05-12T15:05:23+02:00
Aktualizacja: 2026-05-12T14:15:00+02:00
Aktualizacja: 2026-05-12T12:58:32+02:00
Aktualizacja: 2026-05-12T12:31:46+02:00
Aktualizacja: 2026-05-12T12:03:07+02:00
Aktualizacja: 2026-05-12T11:23:57+02:00
Aktualizacja: 2026-05-12T11:11:22+02:00
Aktualizacja: 2026-05-12T10:38:53+02:00
Aktualizacja: 2026-05-12T10:22:06+02:00
Aktualizacja: 2026-05-12T10:00:41+02:00
Aktualizacja: 2026-05-12T09:58:59+02:00
Aktualizacja: 2026-05-12T09:26:29+02:00
Aktualizacja: 2026-05-12T08:59:06+02:00
Aktualizacja: 2026-05-12T08:45:33+02:00
Aktualizacja: 2026-05-12T07:57:19+02:00
Aktualizacja: 2026-05-12T07:00:00+02:00