Chce ratować stary kiosk, zderza się z machiną. Tęsknię za tymi budami
Próba uratowania starego kiosku przypomniała mi, że i ja mam bardzo mało czasu. To już naprawdę ostatnie chwile.

Ciekawe, kiedy w końcu będę pluł sobie w brodę i miał do siebie pretensje, że nie zdążyłem. Ten dzień prędzej czy później nadejdzie i właśnie wtedy zacznę żałować tych licznych niewykorzystanych okazji. Będę pamiętał każdy przejazd, w trakcie którego do znudzenia powtarzałem, że muszę w końcu zrobić zdjęcie, bo może być za późno. Wyrzucę sobie wszystkie momenty, w których zapominałem o tym przyrzeczeniu.
A może właśnie ten kiosk jest wyjątkowy i przetrwa wszystko, skoro tak sobie stoi od kilku lat. Od dawna nieczynny, podupadający, ale jeszcze nie tak, żeby coś z tym zrobić. Nikomu w sumie nie wadzi. Dookoła zmieniło się niemal wszystko, jak na wielu wsiach. Są nowe chodniki, wyremontowany stadion, siłownia na powietrzu, duży sieciowy dyskont, a nawet kasa samoobsługowa w mniejszej sieciówce.
No i ten kiosk, który w tym nowoczesnym obrazie polskiej zmieniającej się wsi trochę nie pasuje. Choć ja będę się upierał, że właśnie przez to pasuje bardzo.
Nie mam z nim zbyt wielu wspomnień. Nie miałem założonej w nim teczki, jak w wielu innych, to nie tutaj kupiłem jedną z edycji gry o skokach narciarskich z Adamem Małyszem na okładce - tak bardzo cieszyłem się z tego zakupu, że pamiętam drogę do kiosku do dziś.
Ten to co najwyżej kilka numerów CD-Action czy Piłki Nożnej, które kupowałem podczas wakacji. Wszystkie dałoby się zapewne policzyć na palcach jednej ręki. Później, gdy już zamieszkaliśmy w okolicy, gazety kupowałem w gminnej sieciówce. Może dlatego tak nie spieszę się do tych zdjęć. "Co, teraz fotografujesz, ale kiedy istniałem, to jakoś nie dołożyłeś kilku złotych, abym przetrwał" - tak mógłby powiedzieć właściciel biznesu, wyłaniając się nagle zza pleców. A ja bym się nie odezwał, wiedząc, że przecież ma rację.
Ale kiosk jeszcze jakoś stoi. Pamiątka po dawnych czasach. Inne takiego szczęścia nie mają. "Zniknął ostatni stary kiosk" - pisano w marcu 2026 r. na stronach Gliwic. Raczej bez sentymentu, a z radością, że "porządkuje się przestrzeń'. Dzięki temu, że pozbyto się pomazanego obiektu - grafficiarze nie zdołali jednak dosięgnąć reklamy karty telegrosik, obiecującej prosty sposób na tanie rozmowy - tworzy się miasto "bardziej uporządkowane, zielone i dostosowane do współczesnych potrzeb mieszkańców". Uczciwie dodajmy, że tamten kiosk też dbał o potrzeby korzystających, czego dowodem był uroczy, zaokrąglony daszek, dający schronienie w deszczowe dni.
- Od lat, w ramach porządkowania przestrzeni publicznej, wskazywaliśmy takie obiekty na terenie miasta, które nie świadczyły już usług dla mieszkańców. Z ulic sukcesywnie znikały nieczynne kioski i pawilony, które od dawna nie pełniły swojej funkcji. Ich usunięcie to kolejny krok w stronę poprawy estetyki miasta i przywracania przestrzeni pieszym. W wielu miejscach te niewielkie obiekty stały puste przez długi czas - zniszczone, z zamkniętymi oknami i odrapaną blachą, często stawały się miejscem gromadzenia śmieci czy nielegalnych ogłoszeń. Ustąpiły miejsca nowym rozwiązaniom: zieleni miejskiej, ławkom, stojakom rowerowym czy po prostu przestrzeni dla pieszych – tłumaczyła Jadwiga Jagiełło-Stiborska, rzecznik prasowy Zarządu Dróg Miejskich w Gliwicach.
Trudno się z tym nie zgodzić, nawet widząc ten uroczy daszek. Muszę skapitulować i przyznać rację bardzo silnym argumentom. Choć z bólem serca, bojąc się, że podobne hasła użyte zostaną np. przeciwko malutkiemu domkowi, który często mijam i któremu - w odróżnieniu od kiosku na wsi - regularnie robię zdjęcia. Ewidentnie się sypie i już ledwo widoczny jest napis na szybie: "pozłotnictwo, rok zał. 1898". Historia może nie wystarczyć, kiedy alternatywą będą nowe rozwiązania, z których pewnie skorzystają lokatorzy budującego się tuż obok wielkiego apartamentowca.
Zniszczonego kiosku nie chcą też mieszkańcy Szczecina, o czym informował "Kurier Szczeciński". I też mogę ich zrozumieć, no bo faktycznie co tu bronić, czym się zachwycać. Tak, i tu (jeszcze) jest uroczy daszek i reklama bagażowego taxi, kolejnej wypartej usługi. Jest co najwyżej wspomnienie za miejscem, z którego korzystała lokalna społeczność, wszyscy się znali, sprzedawca miał potrzebną rzecz na każdą sytuację. Było, minęło.
Nie wszyscy jednak godzą się z odejściem kiosków
"Jeden z radnych Młodzieżowej Rady Miejskiej w Tarnowie zaproponował, aby puste kioski na Starówce zamienić na sklep z pamiątkami lub małe muzeum" - informuje portal tarnow.naszemiasto.pl.
- Przechodząc koło kiosku na rogu ulic Wałowej i Brodzińskiego zrobiło mi się przykro, że tyle lat służył mieszkańcom, a teraz stoi pusty i niszczeje. Pomyślałam, że można wykorzystać opuszczone kioski w mieście i stworzyć tam miejsce z pamiątkami z Tarnowa - mówi Jakub Głowacz.
Innym pomysłem jest mini-muzeum, w którym można byłoby wystawiać atrapy produktów dawniej dostępnych w kioskach.
W podobny sposób przestrzeń kiosku zaadaptowano w Lublinie, tworząc w 2024 r. "Kiosk Sztuki". Trafiło do niego ponad 700 magnetofonowych kaset. Z kolei w Krakowie na Rynku Podgórskim funkcjonuje kiosk-"mikrogaleria, mikroscena i miejsce spotkań mieszkańców".
To nadal kiosk jako obiekt, ale zmieniliśmy jego funkcję społeczną. Chcieliśmy dać mu drugie życie, zachowując jego pierwotny charakter miejsca spotkań i wymiany informacji. (...) Ludzie często zatrzymują się przypadkiem, kiedy przygotowujemy wydarzenia. Zawsze kilka osób podejdzie, zapyta, co się dzieje. Sąsiedzi zaglądają regularnie, ktoś pożyczy stolik, ktoś pomoże z wodą do sprzątania. To naprawdę działa jak lokalna społeczność - mówiła w Radiu Kraków Marta Donhefner.
W Tarnowie zwracają jednak uwagę, że takie przedsięwzięcia są zwyczajnie za drogie i już nie opłacają. "Nie wyobrażam, sobie, żeby ktoś mógł zarabiać na samych pamiątkach" - stwierdza Marcin Pałach, dyrektor Tarnowskiego Centrum Informacji.
Nie inaczej jest z kioskami i produktami, które były w nich sprzedawane. W Olsztynie swoją działalność po 30 latach kończy więc jeden z ostatnich takich punktów w mieście. Jest ich też coraz mniej w Trójmieście.
Kiedy byłem w Porto uderzyło mnie, że wciąż działa wielu szewców, krawców, natknąć można się na liczne pasmanterie. W okolicy zdominowanej przez turystów jak gdyby nigdy nic pracował zakład z miotłami, przypominając, że to miejsce przede wszystkim dla lokalnych mieszkańców, a nie tłumów spragnionych wrażeń.

Jeszcze kilka lat temu było to normą także w Polsce, ale potem okazało się, że rzemieślnicy są niepotrzebni. Po co naprawiać, cerować, poprawiać, skoro można wyrzucić i kupić nowe. Dopiero teraz okazuje się, że i takie usługi dalej mają wartość, są wręcz na wagę złota. Nie ma za to już fachowców, a ich ich zadania próbują przejąć sieciówki. Szczycą się, że wprowadzają ekologiczne i modne rozwiązania. A że najpierw wyparły stare usługi, działające na ulicach przez lata?
W Porto zachwycić można się wieloma rzeczami, ale mnie urzekło także to, że na ulicach wciąż widoczne są budki telefoniczne. Nie mam pojęcia, czy działają, ale wcale nie muszą. To, że są, wystarczy, by służyły za atrakcję. Ludzie podchodzą, fotografują.

Chcę wierzyć, że uznano, że nie powinno usuwać się czegoś, co było istotnym elementem miasta przez tak długi czas. Charakterystyczne budki mogą się przecież jeszcze przydać. Ktoś się zatrzyma, uśmiechnie, powspomina. To bardzo duża wartość.
Jeśli faktycznie tak było, to zazdroszczę podejścia. Może po prostu nie jesteśmy aż tak sentymentalni, mamy bardziej praktyczną duszę i dlatego działamy tak stanowczo z reliktami przeszłości.
I właśnie dlatego muszę pospieszyć się ze zdjęciem tego kiosku. Ciekawe, czy zdążę.
Zdjęcie główne wygenerowane przy pomocy SI.



















