Wróciłem z Szanghaju i nie wiem jak żyć. Polska jest głośna i śmierdząca
W Chinach przeżyłem właśnie największy szok w swoim życiu. Pojechałem do 25-milionowego miasta, spodziewałem się hałasu, smrodu i wszystkiego, co najgorsze. Okazało się, że metropolia może wyglądać nowocześnie i jednocześnie z poszanowaniem przyrody.

Szanghaj ma 25 milionów mieszkańców, zajmuje 6340 km2 powierzchni, czyli 10 razy więcej niż Warszawa. To miasto, w którym znajduje się jedno z największych skupisk wieżowców na świecie, do tego posiada największy port przeładunkowy. Oprócz mieszkańców do miasta codziennie wjeżdża kolejny milion pracowników z okolicznych miast i miasteczek.
Spodziewałem się, że zobaczę korki, poczuję smród spalin i produkcji przemysłowej, a na koniec zginę pod kołami rozpędzonych aut, bo w samym Szanghaju jest ponad 6 milionów zarejestrowanych samochodów. Wjechałem i moja szczęka opadła.

Chińczycy pokazują, jak się projektuje miasta. Powinniśmy się uczyć
Mieszkam w Lublinie, bardzo często jeżdżę do Warszawy i w obu miastach mam ten sam problem. Jest głośno, śmierdzi spalinami, a przyroda jest największym wrogiem włodarzy miasta i deweloperów. Widok drzewa działa drażniąco na urzędników, którzy aż palą się do jego wycięcia. Z roku na rok jest coraz gorzej, a sytuacji nie poprawiają miejskie parki.
Ulice zamieniają się w patelnię, a najgorszym co może być, to remont ze środków europejskich. Wtedy droga wygląda jakby przebiegała przez jakiś Dubaj, gdzie nie ma roślinności. Tymczasem w Szanghaju na ulicach widziałem kwiaty, trawy, drzewa i wszystko, co może poprawić komfort człowieka.

Zaskoczyło mnie morze zieleni. Na każdej ulicy posadzono kwiaty, drzewa są na każdym kroku. Zobaczcie na kilka ujęć:













Powiecie, że to reżyserowane, że tak nie ma, ale specjalnie wjechałem na trzeci najwyższy budynek świata, żeby sprawdzić, czy widać więcej zieleni. Byłem w szoku.









Polski deweloper popłakałby się na widok ilości zmarnowanego miejsca. Przecież tu można wstawić kilka osiedli. Tymczasem w Chinach zieleń jest ważna.
Popytałem trochę moich chińskich znajomych i dowiedziałem się, że od wielu lat istnieją normy i przepisy, które określają minimalne pokrycie zielenią na terenie danej inwestycji. Wynosi od kilkunastu do kilkudziesięciu procent. Dlaczego? Bo tam wiedza o negatywnych skutkach betonozy - nie dość, że temperatura jest wyższa, to w trakcie opadów zwiększa się ryzyko powodzi. Zieleń pochłania wodę, pomaga tworzyć tymczasowe zbiorniki retencyjne.
Wycinasz drzewo, bo budujesz blok? Musisz posadzić co najmniej jedno w jego miejsce. Ta działalność ma sens. Po raz pierwszy widziałem metropolię, w której chciałbym żyć, bo jest czysto, cicho i przede wszystkim powietrze jest cudowne.
Stoisz na ruchliwym skrzyżowaniu w Chinach i zamiast smrodu diesla albo innego LPG czujesz zapach okolicznych kwiatów. Ptaki w mieście dają koncerty, fontanny szumią, w parkach są tłumy ludzi, bo aż chce się w nich przebywać. Siedziałem tam tydzień i mam wrażenie, że moje płuca nigdy nie miały się lepiej.
Ale najlepsze jest coś innego. Cisza i czyste powietrze
Ponad 6 milionów aut, a ja wychodzę do centrum i słyszę szum drzew, śpiew ptaków, hałas dobiegający z fontanny. Jedyne co mąci ciszę, to delikatny szum opon z samochodów i klaksony jednośladów, które psują wrażenia.
Tak, to najlepszy efekt przejścia na samochody elektryczne. Wrażenie jest niesamowite. Byłem wcześniej w Chinach, ale w miastach, gdzie była mniejsza adaptacja samochodów elektrycznych. W Szanghaju efekt jest porażający. Cisza. To jest niesamowite. Szum opon jest delikatny, nie mąci niczego. Rozmawiam z kolegami normalnym tonem głosu, nikt nie krzyczy, żeby dało się go usłyszeć.
Znam liczne wady samochodów elektrycznych, ale ta cisza jest obezwładniająca, uzależniająca. Gdy wróciłem do Warszawy, a później do Lublina, to myślałem, że oszaleję od hałasu. Owszem, co jakiś czas zdarzy się w Szanghaju usłyszeć samochód spalinowy, ale jest to wręcz zaskakujące, zdaje się nie pasować do otoczenia.
Po takim doświadczeniu aż chce się promować samochody elektryczne i wprowadzić chińskie przepisy dotyczące zieleni w naszym kraju. U nas deweloper wycina drzewo i udaje, że nigdy nie rosło. A jak ma pecha i musi odtworzyć zieleń, to sadzi jakiś rachityczny krzak, który i tak zaraz uschnie. Taki jest koszt nowoczesności w naszym wydaniu.



















