Ludzkość może skurczyć się o połowę. To nie przepowiednia, to matematyka
Ludzkość nie musi czekać setek lat na demograficzny zwrot. To nie przepowiednia końca świata, ale wyniki mogą i tak szokować.

Nowy model matematyczny wskazuje rok 2064 jako potencjalny punkt krytyczny. W skrajnym scenariuszu populacja globalna mogłaby ulec redukcji o połowę. Nie jest to projekcja demograficzna sensu stricto, lecz ostrzeżenie ilustrujące wrażliwość ludzkości na gwałtowne załamanie warunków środowiskowych i zasobowych.
Skrajny scenariusz prowadzi do 2064 r.
Gdyby pojemność środowiskowa Ziemi nagle spadła do ok. 2 mld ludzi, to nasza populacja mogłaby zmniejszyć się o połowę w okolicy 2064 r. Oznaczałoby to spadek z poziomu rzędu 8-10 mld ludzi do ok. 4-5 mld w ciągu mniej więcej 4 dekad.
To scenariusz może i ekstremalny, ale nie jest on zupełnie abstrakcyjny. Autorzy analizy, Alessio Zaccone z University of Milan i Kostya Trachenko z Queen Mary University of London wskazują na sytuacje, które mogłyby dramatycznie zmienić warunki naszego życia: bardzo głęboki kryzys klimatyczny, wielką pandemię, wojnę nuklearną, załamanie zasobów, długotrwałe konflikty albo kilka kryzysów naraz.
Model nie mówi oczywiście, że taki zestaw wydarzeń nastąpi. Pokazuje, jak szybko populacja mogłaby reagować, gdyby ograniczenia środowiskowe i społeczne nagle stały się znacznie ostrzejsze.
Ludzkość uniknęła już jednej matematycznej pułapki
Nowa praca nawiązuje do słynnego scenariusza z 1960 r., przygotowanego przez Heinza von Foerstera i współpracowników. Tamten model sugerował, że jeśli populacja świata będzie rosła według trendu obserwowanego przez wcześniejsze 2 tys. lat, matematycznie zbliży się do osobliwości około 2026 r.
Osobliwość w takim modelu nie oznacza dosłownie nieskończonej liczby ludzi stojących na Ziemi. Oznacza punkt, w którym równanie przestaje mieć sens fizyczny, bo tempo wzrostu wymyka się ograniczeniom. Innymi słowy, matematyka pokazuje, że stary trend nie może trwać bez końca.
Tamten scenariusz się jednak na szczęście nie spełnił, bo światowa dzietność zaczęła spadać. W wielu krajach liczba dzieci przypadających na kobietę obniżyła się poniżej poziomu zastępowalności pokoleń, a światowy wzrost populacji wyraźnie zwolnił. To jedna z największych zmian demograficznych ostatniego stulecia.
Model nie przepowiada końca świata
Autorzy pracy nie twierdzą, że ludzkość na pewno zacznie gwałtownie wymierać za kilkadziesiąt lat. Ich praca ma na celu zbudować prosty model matematyczny, który potrafi opisać różne etapy wzrostu populacji w ciągu ostatnich 12 tys. lat i sprawdzić, jak zachowałby się w sytuacjach granicznych.
Dla równowagi trzeba pamiętać, że główny nurt prognoz demograficznych wygląda całkowicie inaczej. Według aktualnych projekcji ONZ populacja świata ma jeszcze rosnąć przez kilkadziesiąt lat, osiągnąć szczyt w okolicach 10,3 mld ludzi w połowie lat 80. XXI w., a potem zacząć powoli spadać. To nie jest wizja gwałtownego załamania, lecz długiego hamowania wzrostu.
W wielu krajach ten proces już trwa. Europa, Japonia, Korea Południowa, Chiny i część państw wysoko rozwiniętych mierzą się z niską dzietnością, starzeniem się społeczeństw i kurczeniem zasobów pracy. Z kolei część Afryki i Azji nadal będzie szybko rosnąć demograficznie. Świat nie idzie więc jednym równym krokiem. Jedne regiony będą się starzeć i kurczyć, inne jeszcze długo będą dodawały miliony mieszkańców.
Przeczytaj także:
To właśnie odróżnia klasyczną prognozę demograficzną od modelu katastroficznego. Prognozy śledzą dzietność, śmiertelność, migracje, wiek populacji i trendy społeczne. Model Zacconego i Trachenki pyta o to, co stanie się z populacją, gdy system nagle napotka twardą granicę.
*Źródło zdjęcia wprowadzającego: axelbueckert, Canva Pro



















