Smartfon to antykoncepcja XXI wieku. Jest nas mniej na całej planecie
Świat przestał mieć dzieci. I nikt nie wie, jak go do tego na nowo zmusić. Nowoczesna technologia zmieniła nasze wzorce zachowań - na aspołeczne i kompletnie nienaturalne.

Jeszcze dekadę temu spadek dzietności był tematem dla demografów, ekonomistów i paru polityków, którzy lubili straszyć „kryzysem emerytalnym”. Dziś to globalny fenomen, który - jak zauważa Financial Times - dzieje się absolutnie wszędzie. W bogatych i biednych krajach. W Azji, Europie, Ameryce Południowej. W metropoliach i w małych miasteczkach. Wśród ludzi wykształconych i tych, którzy ledwo kończą szkołę średnią.
I co najdziwniejsze: nikt nie potrafi wskazać jednego winnego. A może raczej - winnych jest zbyt wielu. Naprawdę nieznacznie upraszczając omawiany problem: świat stracił ochotę na rozmnażanie się. Przyczyn jest wiele, w zależności od badanej próby statystycznej. Jedna jednak powtarza się w każdym z przypadków.

Czytaj też:
Telefon komórkowy jako antykoncepcja XXI wieku
Odkąd dzieci i nastolatki dostały do ręki telefony ich mózgi zaczęły się zmieniać. Spadają wyniki w nauce, koncentracja, kreatywność, a nawet IQ. Trudno nie zauważyć, że coś jest na rzeczy: 97 proc. nastolatków ma telefon, a większość spędza na nim godziny dziennie.

Social media nie tylko „psują dzieci”, ale też niszczą fundamenty społeczeństwa. Mniej kontaktów twarzą w twarz oznacza mniej randek. Mniej randek - mniej seksu. Mniej seksu - mniej dzieci. Prosta, choć brutalna logika.
W Australii, gdzie wprowadzono zakaz social mediów dla osób poniżej 16. roku życia usunięto już prawie 5 mln kont nieletnich. 61 proc. rodziców twierdzi, że widzi poprawę zachowania swoich dzieci. To nie jest dowód, ale to jest sygnał.
Globalny spadek dzietności: szybciej, niż ktokolwiek przewidywał
Ekonomista Jesús Fernández-Villaverde w rozmowie z Derekiem Thompsonem twierdzi, że świat osiągnął „peak child” około 2012 r. Od tego czasu liczba dzieci na planecie spada. A rok 2023 był pierwszym w historii ludzkości, w którym globalna dzietność spadła poniżej poziomu zastępowalności pokoleń.
To wydarzenie bez precedensu. W 200 tys. lat historii Homo sapiens - nigdy wcześniej nie byliśmy w takiej sytuacji.
Najbardziej szokujące są jednak dane z poszczególnych krajów. ONZ przewidywało, że w Korei Południowej w 2023 r. urodzi się 350 tys. dzieci. Urodziło się… 230 tys. Jeszcze bardziej niepokojące są dane z Chin. Odsetek młodych Chinek deklarujących „zero chęci posiadania dzieci” wzrósł z 5 proc. w 2012 r. do 47 proc. w 2023. To nie jest trend. To jest rewolucja kulturowa.
Fernández-Villaverde wskazuje cztery główne przyczyny, które - co ważne - działają globalnie.
- Internet i social media zglobalizowały zachodni styl życia i zachodni feminizm. Młode kobiety w Ameryce Łacińskiej, Afryce czy Azji widzą, jak żyją ich rówieśniczki w Nowym Jorku czy Berlinie - i nie chcą wracać do roli „matki na pełen etat”.
- W świecie, w którym praca fizyczna nie jest już normą, kobiety mają więcej możliwości zawodowych. A to oznacza, że mają też więcej do stracenia decydując się na dzieci.
- W wielu krajach, zwłaszcza w Azji, wychowanie dziecka to projekt na 20 lat, wymagający ogromnych nakładów czasu i pieniędzy. Efekt? Rodzice wolą mieć jedno dziecko - albo żadnego.
- Ceny mieszkań. W Polsce nie trzeba tego tłumaczyć nikomu.
Jeśli ktoś myśli, że spadek dzietności to problem bogatych krajów, to jest w błędzie. Najszybszy spadek obserwuje się dziś w Ameryce Łacińskiej. Gwatemala miała w 2006 r. współczynnik dzietności na poziomie 3,9. Dziś ma około 1,9. Spadek o połowę w 20 lat. To tempo, którego nie przewidział żaden model demograficzny. Podobnie jest w Maroku, Tunezji czy Egipcie. Bliski Wschód, który jeszcze niedawno kojarzył się z dużymi rodzinami, dziś ma dzietność niższą niż wiele krajów europejskich.
Co to oznacza dla przyszłości?
Tu zaczyna się robić naprawdę ciekawie - i naprawdę niepokojąco. Fernández-Villaverde podaje przykład Tajlandii. Jeśli kraj utrzyma dzisiejszą dzietność na poziomie 0,8 przez 200 lat to jego populacja spadnie z 63 mln do… 2 mln. To nie jest błąd. To matematyka.
Dwa miliony ludzi to mniej więcej tyle, ile ma dziś Warszawa. Wyobraźmy sobie kraj wielkości Polski, który kurczy się do rozmiaru stolicy. Co zrobić z resztą infrastruktury? Z miastami? Z drogami? Z systemem ochrony zdrowia? To nie jest problem demograficzny. To jest problem cywilizacyjny.
W świecie technologii lubimy wierzyć, że AI rozwiąże wszystko. Ale sztuczna inteligencja może pomóc gospodarce, ale nie zastąpi ludzi w tym, co ludzkie. Robot nie otworzy pubu w angielskiej wiosce, który zamknięto z powodu braku mieszkańców. Nie stworzy społeczności. Nie zapełni szkół. Nie sprawi, że ludzie będą chcieli mieć dzieci. AI może pomóc nam zarządzać starzejącym się społeczeństwem. Ale nie sprawi, że to społeczeństwo przestanie się starzeć.
A Polska?
Nie trzeba być demografem by zauważyć, że w Polsce mamy aktualnie przekichane. Dzietność 1,17. Rekordowo niska liczba urodzeń. Coraz późniejsze decyzje o zakładaniu rodziny. Coraz wyższe koszty życia. Coraz większa presja edukacyjna. I coraz więcej ekranów w życiu dzieci i dorosłych. Czy da się to zatrzymać?
Można wprowadzać programy socjalne. Można budować żłobki. Można dopłacać do mieszkań. Można zakazywać social mediów dla nieletnich. Można nawet - jak Korea Południowa - płacić kobietom za urodzenie dziecka. Ale jeśli młode pokolenie naprawdę nie chce mieć dzieci, to żadna polityka tego nie zmieni. I to jest chyba najbardziej niepokojący wniosek.



















