Przez lata byłem za pełną wolnością słowa w internecie. Byłem głupi
Przyznam się do zmiany zdania, choć każdy kto mnie zna wie, że nie jest to dla mnie łatwe. Robię to świadomie i bez wstydu, bo zmiana pod wpływem zatrważających dowodów to nie słabość. To logiczne myślenie.

Przez lata byłem zwolennikiem radykalnej wolności słowa w internecie. Każda regulacja, filtr, każde ograniczenie natychmiast uruchamiały we mnie odruch sprzeciwu. Cenzura. Orwell. Totalitaryzm - pisałem i argumentowałem tutaj na Spider's Web.
Dziś myślę inaczej. Jeśli chcesz wiedzieć dlaczego - zapraszam.
Wolność słowa nie oznacza wolności od konsekwencji. Nigdy nie oznaczała.
Zacznijmy od podstaw, bo w tej debacie zaskakująco często się o nich zapomina. Wolność słowa - ta prawdziwa, zachodnia, demokratyczna, która jest dla nas wszystkich ogromną wartością - nigdy nie była absolutna. Nie możesz przecież krzyczeć "pożar" w kinie pełnym ludzi, gdy go nie ma. Nie możesz publicznie wzywać do zabijania ludzi. Nie możesz komuś zrobić kupy na wycieraczce przed domem. Nie możesz zniesławiać kogoś świadomie nieprawdziwymi faktami. Są na to odpowiednie zapisy w obowiązującym nasze społeczeństwa prawie.
Czytaj także:
W każdym cywilizowanym systemie prawnym twoja wolność ekspresji kończy się dokładnie tam, gdzie zaczyna się moja realna szkoda.
Internet jakoś zapomniał o tej drugiej części zdania. I przez 30 lat udawaliśmy, że zasady obowiązujące w świecie fizycznym nie obowiązują w świecie cyfrowym. Że anonimowy hejter może zniszczyć komuś życie i karierę, bo "wolność słowa". Że dezinformacja może kosztować kogoś zdrowie albo majątek, bo "nie można cenzurować internetu".
Czas skończyć z tym udawaniem. Platforma to nie jest rura. To wydawca
Facebook, YouTube, TikTok i inni giganci Big Techa latami chroniły się za statusem "neutralnego pośrednika". - My tylko udostępniamy platformę - mówili. - Treści tworzą użytkownicy. My jesteśmy jak rura wodociągowa - nie odpowiadamy za to, co przez nas płynie. Co za bulszit.
To kłamstwo kosztowało miliony ludzi zdrowie, często nawet życie, pieniądze i godność.
29 kwietnia 2026 r. Sąd Apelacyjny w Warszawie wydał wyrok, który rozsadza tę narrację od środka. W sprawie wytoczonej przez Rafała Brzoskę i Omenę Mensah - których wizerunki były przez lata wykorzystywane w deepfake'owych reklamach scamowych na Facebooku i Instagramie - sąd orzekł wprost: Meta nie jest biernym pośrednikiem. Platforma aktywnie decyduje, które reklamy są publikowane, weryfikuje je przed emisją, targetuje odbiorców algorytmami i zarabia na każdym wyświetleniu. Taka rola wyklucza możliwość zasłaniania się statusem "bezpiecznej przystani". To zdanie powinno trafić do każdego regulatora w Europie i Stanach Zjednoczonych.
Czytaj także:
Brzoska przytoczył w swoim oświadczeniu dane Reutersa oparte na wewnętrznych dokumentach Mety: platforma zarabia od 7 do 16 mld dol. rocznie na reklamach kwalifikowanych wewnętrznie jako ryzyko scamu. Nawet 16 miliardów dolarów! Rocznie! Na reklamach, które sami klasyfikują jako potencjalne oszustwo.
To nie neutralna rura. To świadomy uczestnik przestępstwa
Skoro zarabiasz miliardy, bierzesz pełną odpowiedzialność. Bez wyjątków. I to mój postulat, który wiem, że wielu zdenerwuje, bo brzmi radykalnie. Bardzo dobrze - tak ma brzmieć.
Platformy powinny ponosić pełną odpowiedzialność prawną za treści, które monetyzują. Nie częściową. Nie "w miarę możliwości technicznych". Pełną.
Jeśli Facebook zarabia na reklamie - odpowiada za tę reklamę. Jeśli YouTube monetyzuje wideo - odpowiada za to wideo. Jeśli TikTok promuje post algorytmem - odpowiada za ten post.
-Ale to niemożliwe technicznie, jest za dużo treści" - usłyszę w odpowiedzi. I odpowiem - to wasze problemy, nie moje. Jeśli twój model biznesowy generuje miliardy przychodu i jednocześnie jest niemożliwy do bezpiecznego prowadzenia bez szkody dla użytkowników, to twój model biznesowy jest wadliwy. Napraw go, zmień albo spadaj w ogóle.
Czytaj także:
Tak jest w każdej innej branży, która generuje szkody - musi je naprawiać niezależnie od kosztów. Przemysł samochodowy musiał zainstalować pasy bezpieczeństwa i poduszki powietrzne. Musi też regularnie wzywać użytkowników samochodów do warsztatu, gdy znajduje się jakąś wadę, która potencjalnie może mieć wpływ na funkcjonowanie swoich produktów. Przemysł tytoniowy musiał umieścić ostrzeżenia na paczkach; zabroniono także ich reklamowania. Przemysł farmaceutyczny odpowiada za skutki uboczne leków. A BigTech jakoś przez 30 lat uchodził z założenia, że cyfrowe szkody są mniej realne niż fizyczne. Otóż nie są.
Krytyka to nie jest hejt. I ta różnica powinna być prawnie zdefiniowana
Jest jedno rozróżnienie, które w tej debacie gubi się całkowicie, a które jest absolutnie kluczowe. Krytyka - nawet ostra, nawet nieprzyjemna, nawet taka, która realnie boli - jest fundamentem demokracji. Piszę to jako wydawca mediów, który sam jest regularnie krytykowany, często naprawdę brutalnie. Krytyka jest zdrowa. Powinna być chroniona. Nawet gdy jest niesprawiedliwa.
Hejt to co innego. Hejt to systematyczne nękanie. Treści obliczone na wyrządzenie szkody psychologicznej konkretnej osobie. Koordynowane akcje "cancellowania" oparte na kłamstwach. Deepfake'owe materiały poniżające kogoś bez jego zgody. Fałszywe reklamy używające cudzego wizerunku do wyłudzania pieniędzy.
To nie jest wolność słowa. To przemoc - tyle że cyfrowa. I ta przemoc powinna być ścigana z pełną surowością prawa - tak samo jak ścigana jest przemoc fizyczna. Różnica między nimi z perspektywy ofiary jest przecież coraz mniejsza.
Władza polityczna nie może mieć kluczy do internetu. Nigdy
Tu jest granica, którą stawiam na twardo i której przekroczenie byłoby gorsze niż obecna wolna amerykanka.
Regulacja internetu nie może być w rękach polityków. Żadnych polityków. Ani Trumpa, ani Tuska czy Kaczyńskiego, ani Macrona, ani nikogo innego. Historia jest bowiem pełna przykładów na to, jak "walka z dezinformacją" zamienia się w "walka z opozycją", a "ochrona przed hejtem" staje się "ochroną władzy przed krytyką".
Potrzebujemy niezależnych, międzynarodowych instytucji na wzór sądów arbitrażowych, trybunałów praw człowieka, banków centralnych, które nie odpowiadają przed żadnym rządem. Które mają jasno zdefiniowane kompetencje, transparentne procedury i odwołania do sądów powszechnych. Które ustalają standardy na poziomie globalnym i egzekwują je od platform niezależnie od tego, gdzie te platformy mają siedzibę. To trudne do zbudowania. Wiem. Ale alternatywa jest gorsza.
Czytaj także:
Koniec wolnej amerykanki. Najwyższy czas
Pamiętam internet z lat 90. ubiegłego wieku i wczesnych dwutysięcznych. Pisałem zresztą o tym niedawno. To był inny internet - pełen entuzjastów, pasjonatów, ludzi którzy chcieli budować coś razem. Wolność słowa w tamtym środowisku miała sens, bo uczestnikami były osoby, które rozumiały co z nią robić.
Dziś internet jest dla wszystkich. I "wszyscy" oznacza często zorganizowane grupy przestępcze wyłudzające pieniądze przez deepfake'owe reklamy. Boty produkujące dezinformację na masową skalę. Trole koordynowane przez autorytarne rządy. Platformy zarabiające miliardy na tym burdelu i udające, że to nie ich problem.
Europejscy użytkownicy wyświetlili w mediach społecznościowych w 2025 r. niemal bilion reklam typu scam - średnio 190 takich komunikatów miesięcznie na każdego użytkownika. To nie jest cena wolności słowa. To cena braku odpowiedzialności.
Brzoska wygrał z Metą w polskim sądzie i pokazał, że można. Teraz potrzebujemy czegoś więcej niż jednego wyroku w jednym kraju. Potrzebujemy międzynarodowego systemu, który sprawi, że zarabianie na ludzkich szkodach przestanie być możliwe.
Twoja wolność ekspresji kończy się tam, gdzie zaczyna się moja realna szkoda - to zdanie powinno wisieć nad każdą salą konferencyjną w Menlo Park, Mountain View i Seattle.
I powinno mieć moc prawną.



















