Rój dronów ma myśleć. Nie trzeba będzie sterować każdym dronem z osobna
Pentagon chce przejść od pojedynczych dronów sterowanych przez ludzi do zespołów maszyn, które potrafią współpracować, reagować i wykonywać zadania z dużo mniejszym udziałem operatora. Stawką są nie tylko nowe roboty, ale też gigantyczne pieniądze.

Systemy bezzałogowe wcale nie są tak bezzałogowe, jak mogłoby nam się wydawać. Każdy większy system dronowy wymaga operatorów, analityków, techników, ludzi od łączności, planowania misji, utrzymania sprzętu i obróbki danych. Jeśli armia chce wysłać nie 10, ale 1000 lub 10 tys. robotów, to zaczyna się robić problem.
To widać było już przy starszych dronach rozpoznawczo-uderzeniowych. Utrzymanie stałego dyżuru takiej maszyny nad jednym obszarem wymagało ogromnego zaplecza ludzkiego. Największym ograniczeniem często nie była liczba maszyn bezzałogowych, lecz liczba wyszkolonych ludzi i organizacja pozwalająca ich sensownie wykorzystać.
Pentagon próbuje rozwiązać problem tej skali. Nie chodzi tylko o to, by kupić więcej dronów. Chodzi o to, by 1 operator lub niewielki zespół mógł nadzorować znacznie większą grupę maszyn, a nie prowadzić każdą z nich za rączkę krok po kroku.
DARPA chce, żeby roboty mniej pytały człowieka
Właśnie temu mają służyć dwie nowe inicjatywy DARPA. Pierwsza dotyczy tzw. fizycznego przetwarzania danych w robotach działających bez stałego połączenia z zapleczem. Robot ma reagować szybciej i mądrzej na miejscu, bez ciągłego wysyłania danych do centrum obliczeniowego i czekania na odpowiedź.
Dziś nawet zaawansowane drony bardzo często muszą przetwarzać ogromne ilości danych z kamer, czujników i systemów nawigacyjnych. To zużywa energię, obciąża łączność i wprowadza opóźnienia. Na polu walki opóźnienie jest często piętą achillesową wojska. Jeśli dron leci nisko, traci sygnał, wpada w strefę zakłóceń albo musi ominąć przeszkodę, decyzja podjęta zbyt późno może oznaczać utratę maszyny.
Nowe podejście zakłada przesunięcie części inteligencji bliżej samej konstrukcji robota: do materiałów, komponentów, sensorów i układów sterowania. Chodzi o maszyny, które nie będą tylko zbiorem silników, przewodów i kamer, ale systemem zdolnym do szybkiej reakcji w zmiennym otoczeniu.
Druga inicjatywa jest jeszcze bliższa temu, co zwykle nazywa się rojem dronów. Chodzi o zdecentralizowaną sztuczną inteligencję, dzięki której maszyny mają tworzyć zespoły, dzielić się zadaniami i współpracować bez stałego prowadzenia z jednego centrum dowodzenia.
Klasyczny system działa jak grupa narzędzi podpiętych do człowieka. Operator wydaje polecenia, maszyny je wykonują, a kolejne decyzje wracają do człowieka. W modelu zdecentralizowanym roboty mają komunikować się między sobą i dynamicznie dobierać sposób działania do sytuacji.
W takiej koncepcji część dronów może rozpoznawać teren, część przenosić ładunek, część pełnić funkcję przekaźników łączności, a część imitować cele albo osłaniać pozostałe maszyny. Jeśli jeden dron zostanie zniszczony lub straci łączność, reszta zespołu powinna przebudować plan bez czekania na szczegółowe polecenia z zewnątrz.
To nie jest magiczne AI, tylko po prostu wojskowa konieczność
Pentagon nie szuka autonomii dlatego, że to teraz modne. Szuka jej, bo współczesne pole walki robi się po prostu zbyt szybkie, zbyt zatłoczone i zbyt silnie zakłócane, by każdy ruch każdej maszyny przechodził przez człowieka. Drony muszą działać w środowisku, w którym przeciwnik zagłusza GPS, atakuje łączność, podaje się za sygnały, niszczy stacje kontroli i próbuje odciąć maszyny od operatorów.
Właśnie dlatego zdolność do działania bez stałego połączenia staje się jedną z najważniejszych cech przyszłych systemów. Dron, który potrzebuje nieprzerwanej komunikacji z centrum danych, jest wrażliwy. Dron, który potrafi wykonać część zadań lokalnie, ma większą szansę przeżyć i dokończyć misję.
To samo dotyczy roju. Jeśli wszystkie decyzje podejmuje jeden punkt dowodzenia, przeciwnik może próbować uderzyć właśnie w ten punkt. Jeżeli zespół maszyn potrafi rozproszyć decyzyjność, trudniej go sparaliżować jednym zakłóceniem albo jednym trafieniem.
Budżet jest ogromny, ale te pieniądze i tak nie wystarczą
Największe wrażenie robi tutaj skala pieniędzy. Defense Autonomous Warfare Group, czyli struktura mająca porządkować wysiłki Pentagonu w obszarze autonomicznej wojny, w projekcie budżetu na 2027 r. ma dostać niemal 54 mld dol. To skok z poziomu ok. 226 mln dol. w obecnym roku fiskalnym.
Taki wzrost pokazuje, że drony i systemy autonomiczne przestały być dodatkiem do klasycznych sił zbrojnych. Stają się jednym z głównych kierunków inwestycji. Tu jednak pojawia się ryzyko, bo sama fala pieniędzy nie stworzy automatycznie sensownej doktryny, dobrego szkolenia i sprawnego systemu utrzymania.
Przeczytaj także:
Amerykanie dobrze wiedzą jednak, że można kupić technologię szybciej, niż armia nauczy się jej używać. Jeśli nie będzie jasne, kto odpowiada za zakup, szkolenie, serwis, magazynowanie, wymianę części, cyberbezpieczeństwo i procedury użycia, nowy dron pozostanie sprzętem na papierze. Będzie widniał w budżecie, ale niekoniecznie zmieni rzeczywiste zdolności jednostek.



















