Choć dezinformacja najczęściej kojarzy się z polityką, platformami anty społecznościowymi albo wojną informacyjną prowadzoną przez państwa, to jest ona obecna i w biznesie. Tam granica między perswazją a manipulacją bywa niejasna, a nawet celowo zacierana.
Polski biznes z jednej strony deklaruje świadomość zagrożeń, z drugiej traktuje dezinformację jako naturalny element gry rynkowej. Coś, co się robi, ale o czym się nie mówi. Coś, co zawsze dotyczy konkurencji, nigdy nas samych. Przyznanie się do bycia ofiarą jest większym wstydem niż bycie sprawcą.
Jak wyjaśnia dr Katarzyna Bąkowicz, ekspertka ds. komunikacji biznesowej i dezinformacji z Uniwersytetu SWPS, autorka książki "Twórcy czy ofiary? Zjawisko dezinformacji w biznesie na przykładzie Polski", prawda opłaca się, ale nie od razu. Dlatego jest nieatrakcyjna. Wizja krótkoterminowego zysku wygrywa z długofalowym budowanie zaufania.
Kultura robienia biznesu przepełniona jest, zdaniem Bąkowicz, przemocą i przyzwoleniem na kombinowanie, także jeśli chodzi o mówienie prawdy. Kto ma lepszy bajer, ten wygrywa. Zdaniem Bąkowicz Polska nie jest wyjątkiem.
Rozmawiamy więc nie tylko o tym, jak firmy kłamią, ale też dlaczego tak chętnie udają, że problemu nie ma. I co się dzieje, gdy opada kurtyna.
Dr Katarzyna Bąkowicz, autorka książki "Twórcy czy ofiary? Zjawisko dezinformacji w biznesie na przykładzie Polski"
Bartosz Kicior: Z Twoich badań wynika, że o ile polski biznes wie o zjawisku dezinformacji, to mało kto przyznaje się, że padł jej ofiarą. Jeszcze gorzej z podejmowaniem konkretnych działań w tym zakresie. Dlaczego tak jest?
Katarzyna Bąkowicz: Jest ogromny rozdźwięk pomiędzy świadomością problemu a praktyczną wiedzą, co z nim robić. To, że ktoś umie zdefiniować pojęcie dezinformacji, nie oznacza, że będzie umiał ją rozpoznać. Zwłaszcza, że ma ona różne, często zawoalowane formy, nie zawsze jest widoczna na pierwszy rzut oka. Mamy też mnóstwo przekazów przysłaniających istotę sprawy.
Dezinformacja kojarzona jest z mediami, z polityką, z wojnami informacyjnymi. Przedstawia się ją często inaczej, niż wygląda w rzeczywistości. Problem bierze się z tego, że biznes nie widzi jej tam, gdzie ona faktycznie jest i na co zwracać uwagę.
W ogóle jako społeczeństwo nie jesteśmy nauczeni wrażliwości informacyjnej, która pozwoliłaby nam identyfikować dezinformację i te braki widać też w przypadku polskich firm.
Czy na pewno nasz biznes umie definiować dezinformację? Czy to bardziej ten słynny chłopski rozum?
Raczej to pierwsze. Co prawda niektórzy interpretują dezinformację jako kłamstwo, co jest akurat błędem, ale wydaje mi się, że większość dobrze potrafi zidentyfikować ją jako formę manipulacji, wpływu, często działania na czyjąś szkodę. Na poziomie teoretycznym w większości polskich firm wiedzą, co to jest.
Skąd w takim razie ten rozjazd pomiędzy teorią a praktyką? Temat nie pojawił się wczoraj a polscy przedsiębiorcy nie są przecież głupi…
Ludzie biznesu bardzo skoncentrowali się na trendach, nowościach, narzędziach i wpadli w paradygmat podkręcania efektywności, nie patrząc na to, co dzieje się dookoła. Wychodzą z założenia, że nie jest im potrzebne analizowanie zjawisk społecznych, tylko konkretne narzędzia do zarządzania komunikacją. Niestety, ale jeśli chodzi o komunikację, to ciągle panuje przekonanie, że najlepiej jest znać techniki manipulacyjne, więc dezinformacja w biznesie postrzegana jest jako jego immanentna część, narzędzie budowania przewagi konkurencyjnej. To element gry.
Biorąc dodatkowo pod uwagę fakt, że biznes zarówno pada ofiarą dezinformacji, jak i nierzadko sam ją tworzy, to dla niektórych jest ona interesującym, kuszącym wręcz zabiegiem.
Tacy gracze naturalnie nie chcą z nią walczyć, bo patrzą tylko na ewentualne korzyści, jakie mogą odnieść z jej stosowania, bez oglądania się na jakiekolwiek straty.
A co, gdy ktoś odczuje to negatywnie na własne skórze?
Sytuacja zmienia się diametralnie, gdy firma rzeczywiście padnie ofiarą dezinformacji. Najczęściej dopiero wtedy - w zależności od tego, jak silny jest to kryzys - podejmuje się jakiekolwiek decyzje. Przychodzi analiza, padają pytania, wdrażane są środki zapobiegawcze. Dopóki ktoś nie doświadczy kryzysu, lekceważy temat. Szczególnie w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw, gdzie najczęściej komunikacją zajmuje się osoba, która jednocześnie odpowiada za marketing, promocję, sprzedaż i jeszcze kilka innych rzeczy, jest to traktowane po macoszemu.
Tam, gdzie są pieniądze na specjalistów, tam jest wyższa świadomość i tam dezinformacji jest mniej, zarówno pod kątem jej tworzenia, jak i padania jej ofiarą. Z tego względem przewaga największych firm czy spółek skarbu państwa na rynku rośnie jeszcze bardziej, bo tam są procedury zabezpieczające i środki na to, by je wdrażać. W sektorze MŚP dominuje postawa bagatelizująca ten temat. Wciąż modne jest podejście rodem z lat 90. - biznesu nie robi się komunikacją ani miękkimi umiejętnościami, tylko Excelem i twardym podejściem. A dzisiaj wiemy, że to nie jest najlepsza droga.
Czyli ten kto ma kasę, ten ma przywilej walki z dezinformacją? A biedacy skazani są na taplanie się w komunikacyjnych pomyjach?
Nie do końca. Odporność na dezinformację nie jest ściśle powiązana z posiadaniem pieniędzy. Żeby być odpornym, nie trzeba dużo inwestować. Duże firmy mają wyższą świadomość, bo w ich przypadku gra toczy się o wyższą stawkę, wiedzą, że straty mogą być dotkliwe. Mają też środki na specjalistów i na szkolenia. Ale firma z sektora MŚP wcale nie potrzebuje dużych zasobów, żeby wzmocnić się przeciwko dezinformacji. Strategie zapobiegania mogą wdrażać osoby zajmujące się komunikacją.
Owszem, można je opracowywać przy wsparciu ekspertów zewnętrznych, ale nie trzeba. Rozmawiając z osobami związanymi z polskim biznesem zauważyłam ogromną przepaść pomiędzy specjalistami od komunikacji a kadrą zarządzającą, właścicielami i prezesami. Ci pierwsi mają generalnie wysoką świadomość na temat dezinformacji, wiedzą, czym ona jest, jak ona wygląda i jakie są jej konsekwencje. Jednocześnie przyznają, że są wręcz zmuszani przez przełożonych do tego, by tworzyć i puszczać w obieg zmanipulowane treści…
Stop. Osoby zajmujące się komunikacją w polskich firmach przyznały w badaniach, że czasem szef, w ramach polecenia służbowego, każe im podawać informacje niezgodne z prawdą?
Tak. I nazywajmy rzeczy po imieniu: szefowie każą im świadomie wprowadzać w błąd odbiorców, partnerów biznesowych, a także faktycznych i potencjalnych klientów. Więc to robią, napędzając problem. Przy okazji część z nich twierdzi, że ich przełożeni są głusi na jakiekolwiek apele o opracowanie procedur mających uchronić przed dezinformacją.
Mało tego, kiedy pytałam o to prezesów czy właścicieli, to niekiedy przyznawali bez ogródek, że tak robią, bo uważają, że to jest naturalna część robienia interesów. Nie wstydzą się i nie ukrywają tego. Uważają takie praktyki za normalne narzędzie komunikacji. Ciekawy jest też pewien dysonans: biznesmeni pytani o to, czy ich zdaniem strategie zapobiegania dezinformacji są potrzebne, odpowiadali głównie twierdząco, ale kiedy padało pytanie o to, czy faktycznie wdrażają je w swoich firmach, przyznawali, że nie.
Skoro barierą nie są pieniądze, to co nią jest? Mental? Kultura? Nie mamy kapitału społecznego, który wyciągnie nas z informacyjnej fuszerki?
Nie mamy. Małe i średnie przedsiębiorstwa nie zmieniły generalnie swojego podejścia w ciągu ostatnich 30 lat. Bierze się to także z szerszego zaplecza społecznego, a konkretnie tego, gdzie i jak uczyliśmy się w Polsce robienia biznesu. W czasach transformacji realia chałupniczych, oddolnych inicjatyw miksowały się z ideami, które przyszły zza oceanu, a miały postać raczej krwiożerczego, wilczego kapitalizmu, aniżeli odpowiedzialnego drugiego sektora. Z tej mieszanki wyrosło to, co dzisiaj nazywamy MŚP.
Odporność na dezinformację nie jest ściśle powiązana z posiadaniem pieniędzy. Żeby być odpornym, nie trzeba dużo inwestować. Fot. Shutterstock
Mamy społeczne przyzwolenie na to, by biznes siał dezinformację?
Taki obraz sektora prywatnego mamy w głowie: priorytetem firmy jest zarabiać bez oglądania się na takie sprawy jak odpowiedzialność. Niedawno przeczytałam w komentarzu pod swoim postem, że biznes musi kierować się przede wszystkim niepohamowaną żądzą zysku, bo po to powstaje Ciągle w wielu firmach czy branżach normą jest wykonywanie dodatkowych zadań i pracy za darmo.
Pokutuje przekonanie, że własność intelektualna to nie jest własność, że człowiek to nie wartość, tylko koszt dla przedsiębiorstwa. I wygrywa ten, kto lepiej kombinuje.
Tymczasem ten świat powoli się zmienia, szczególnie za sprawą młodego pokolenia, które nie godzi się na filozofię pracy w starym stylu, na hasła typu: “nie proś o pieniądze, bo dziesięciu czeka na twoje miejsce”.
No to na czym polega zmiana?
Coraz więcej słyszy się o tym, że opłaca się prowadzić firmę etycznie, w sposób zrównoważony. Są już nawet sklepy, które informują klientów, ile marży z produktu naliczają, bo chcą być fair wobec klientów. To inny rodzaj myślenia. Tak postępują głównie ludzie, którzy nabywali doświadczenia w innych miejscach na świecie czy w Europie. U nas niby się o tym wie i mówi, ale powtarza się wzorce, na których wyrośliśmy. Doskonałym przykładem jest fakt, że nasz biznes ciągle przepełniony jest przemocą. Albo to, że niepłacenie podatków, omijanie obowiązków względem państwa, uprawianie tak zwanej kreatywnej księgowości jest dowodem na to, że ktoś jest sprawnym biznesmenem. Oszukiwanie systemu powinno być powodem do wstydu, a u nas jest walorem.
Kojarzy mi się to z podejściem: kąpiemy się w jednej rzece i wszystkim nam przeszkadza, że woda jest brudna, ale ja będę dalej wylewał do niej swoje ścieki, bo ja akurat muszę. Niech inni przestaną.
Żyjemy w przeświadczeniu, że jako jednostki tak bardzo nie mamy na nic wpływu, że nie ma sensu nic robić, a takimi problemami jak dezinformacja powinni się zająć inni, ale nie ja. Walka z nią mocno opiera się na odpowiedzialności, a u nas wzięcie tej odpowiedzialności na siebie jest trudne. Uciekamy od niej. A dopóki nie poczujemy współodpowiedzialności za ekosystem informacyjny, to on sam z siebie się nie naprawi.
Ale czy dbanie o odpowiedzialną komunikację nie jest dodatkowym obciążeniem dla przedsiębiorcy? Właśnie tą pracą, za którą nie dostaje się wynagrodzenia?
Poruszasz tutaj inną problematyczną kwestię. U nas nie prowadzi się biznesu z perspektywą długofalową, nie buduje się marki na przyszłość. W Polsce często zakładasz firmę i chcesz mieć Ferrari za dwa lata. W związku z tym nie patrzysz na to, ile możesz zarobić na takich rzeczach jak etyczna komunikacja, bo zysk z tego przychodzi dopiero po dłuższym czasie i niełatwo go uchwycić, pokazać w słupku sprzedaży. To wymaga cierpliwości i radzenia sobie z frustracją.
Decyzja o byciu uczciwym wymaga pogodzenia się z tym, że dookoła nas będą ludzie nieuczciwi, nieraz szybciej dorabiający się dużych pieniędzy o wiele szybciej. A my będziemy musieli robić to powoli, skrupulatnie. Dodatkowo być może nigdy nie staniemy się tak bogaci. Jeśli jednak pójdziemy tą drogą, to jest szansa, że stworzymy coś, czemu ludzie ufają. Imperium nawet na pokolenia.
Czyli move fast, brake things and make money, a ten, kto jest uczciwy, to frajer?
To forma kapitalizmu, w którym liczy się tylko produktywność i tempo. Tayloryzm. Idea, która mówi, że pracownicy mają ograniczyć uśmiechanie się, bo to kradnie czas i generuje straty. Dzisiaj doskonale wiemy, że tak jak wartościowego państwa nie buduje PKB tylko poziom szczęścia i zadowolenia z życia jego obywateli, tak siły firmy nie budują wyniki sprzedażowe a zadowoleni, zmotywowani, doceniani ludzie.
Od paru lat w środowisku biznesowym mówi się o tym, że spada lojalność pracowników, że mają oni coraz mniej chęci do wiązania się z firmą, pracy ponad to, co mają zapisane w umowie. A dlaczego mieliby to robić? Na tym polega umowa o pracę. Myślę, że należałoby odczarować ten kult pracy w takim modelu, że najważniejsze są ideały i że należy dla tych ideałów pracować i się poświęcać, nie licząc na to, że dostaniemy za to wynagrodzenie.
To teraz ja nazwę rzecz po imieniu: kult zapierdolu.
Kiedy mówimy o tym, że chcielibyśmy dostać za swoją pracę pieniądze, to jesteśmy wrzucani do takiego worka z napisem “materialista”. W tym świecie można być albo materialistą, albo idealistą. A prawda jest taka, że można postępować zgodnie z wartościami, ale i zarabiać za to pieniądze. Bo za pracę powinno się dostawać odpowiednie wynagrodzenie, kropka.
O czym w takim razie kłamią polskie firmy?
Na przykład o wynikach finansowych, szczególnie wtedy, gdy chcą pozyskać inwestora, starają się umocnić pozycję na rynku albo przygotowują się do sprzedaży. Kłamią też w umowach. Badane przeze mnie osoby często opowiadają o tym, że ich pracodawcy świadomie zawierają w umowach wykluczające się zapisy albo wprowadzają drugą stronę w błąd.
Mamy też cały obszar PR narażony na manipulacje. Ostatnio obserwowany nasilający się trend, który często występuje pod hasłem któregoś z washingów czyli ściem to przedstawianie firmy jako bardziej etycznej, ekologicznej i przyjaznej społeczeństwu niż jest w rzeczywistości. Do tego od dawna korzysta się w Polsce z takich zabiegów jak nieprawdziwe recenzje w internecie.
Ciekawe jest to, że badani przeze mnie ludzie wymieniają je z łatwością, jednym tchem bez zastanowienia. Wiedzą więc bardzo dobrze, jakie nieetyczne techniki komunikacyjne są stosowane. Chociaż oczywiście nikt nigdy nie mówi o sobie. Zawsze opowiada się o tym w kontekście konkurencji.
Firmy nie przyznają się również do tego, że padły ofiarą dezinformacji. Panuje przekonanie, że ten, kogo to doświadczyło, jest słaby, nie radzi sobie, nie był przygotowany.
Bo “praca emocjonalna” to fikcja. HR tak naprawdę nie ma pomagać ludziom, tylko chronić wizerunek firmy. Ale czy nie wracamy tutaj do tej przemocowej atmosfery w biznesie, o której mówiłaś? Że wstydem jest paść ofiarą dezinformacji?
Skoro społeczeństwo hołduje figurze maczo, to biznes tym bardziej. Pozytywnym wzorem dla polskich przedsiębiorców jest główny bohater “Wilka z Wall Street”. Wiele czerpiemy ze Stanów Zjednoczonych, o wiele więcej niż na przykład z Europy Zachodniej, gdzie też powstają wielkie firmy z wielkim kapitałem, ale bardziej w stylu old money niż new money. To ciche bogactwo, kilkupokoleniowe, które trzyma na przykład niemiecką gospodarkę, trzecią gospodarkę świata. Nam się za to bardziej spodobał ten krwiożerczy model amerykański, ostatnio najlepiej widoczny na przykładzie wielkich korporacji technologicznych.
Firmy nie przyznają się również do tego, że padły ofiarą dezinformacji. Panuje przekonanie, że ten, kogo to doświadczyło, jest słaby, nie radzi sobie, nie był przygotowany. Fot. Shutterstock
A czy są jakieś patologiczne wychylenia w drugą stronę? Firmy, które chwalą się, że dbają o czystość komunikacji, podczas gdy tak naprawdę mają to gdzieś?
Takie zabiegi można zaobserwować, choć trudno mówić o konkretach. Nie jest to jednak jakiś wiodący trend. Swoją drogą niesamowite dla mnie jest to, że dożyliśmy czasów, w których można chwalić się i szczycić tym, że mówi się prawdę, że to nie jest coś naturalnego a coś ekstra. Ale koniec końców moim zdaniem dobrze, że tak się dzieje. Bo mali zawsze patrzą na dużych. Mali mają aspirację, a duzi są dla nich wzorem. Jeżeli ci drudzy pokażą, że można działać etycznie, to dadzą przykład reszcie. O ile jest to autentyczne.
Z drugiej strony nie wiem, czy to, co obecnie dzieje się w korporacjach, czyli odejście od promowania ducha DEI i równości, nie zachwieje tą i tak mało stabilną równowagą. Pamiętajmy, że etyka sama w sobie nie kosztuje, ale może obniżać zysk. To jest różnica pomiędzy kapitalizmem bez twarzy a zrównoważoną gospodarką.
Jak to się stało, że praktyka dobrej komunikacji, walka z dezinformacją została w pewnym momencie spięta z agendą polityczną, utożsamiona z DEI czy używając języka populistów, lewactwem? W jaki sposób mówienie prawdy, zgodność z faktami stało się lewackie?
Nastąpiło tu trochę pomieszania z poplątaniem. Był taki moment, kiedy można było robić lepsze reklamy, ładniejsze opakowania, więcej aktywności komunikacyjnej. Była presja na więcej i lepiej. Ale nie da się wiecznie podnosić jakości, tak samo jak nie da się mieć rokrocznie coraz lepszego zysku. To kłamstwo i pułapka kapitalizmu.
W pewnym momencie wzrost się zatrzyma, osiądziemy na jakimś stałym poziomie i ta stałość będzie wartością. Tymczasem, kiedy firma jest na giełdzie, to interesariusze oczekują, że jej wartość będzie wiecznie rosnąć. Dlatego elementem gry o przewagę nad konkurencją stała się etyka. Nie konkurujemy już tylko tym, że mamy dobry produkt, w ładnym opakowaniu i w przystępnej cenie, ale i tym, że jest on wyprodukowany etycznie, a firma kieruje się chociażby wartościami związanymi z poszanowaniem różnorodności pracowników albo odpowiedzialną komunikacją.
No ale nie wszyscy są zainteresowani wdrażaniem takich praktyk, więc starają się jakoś umniejszać ich znaczeniu. A w ideologię, w poglądy polityczne łatwiej uderzyć niż w takie obiektywnie moralnie dobre rzeczy jak etyka.
W jaki sposób zatem etyczna, odpowiedzialna komunikacja się opłaca?
Przede wszystkim przekłada się to na wzrost zaufania. Najbardziej pożądany przez przedsiębiorcę klient, to klient lojalny i ufający, czyli taki, który niezależnie od zawirowań na rynku będzie zawsze wracał. Jest on gwarantem stałego dochodu i może stać się orędownikiem, który zupełnie za darmo będzie przekonywał innych do produktów tej firmy. Taki orędownik jest zasobem bezcennym. Ale stanie się nim tylko ten, kto uwierzy, że jego wartości są spójne z wartościami marki. Można to osiągnąć komunikowaniem tychże na różnych poziomach i udowadnianiem, że faktycznie firmy się nimi kieruje.
Etyczna komunikacja to nie jest projekt na rok. Nie da się zapisać jej w excelu i pokazać, ile zarobiliśmy dzięki niej. Ma ona swoje “egzaminy”, które przychodzą z zewnątrz i który się zdaje bądź nie. Takim “egzaminem” była pandemia.
Mówiliśmy wtedy o tym, że firmy będą upadać, że rynek będzie zrujnowany. Okazało się jednak, że te firmy, który miały zaufanie klientów zyskały, zaczęły bardzo dobrze zarabiać..
A działania pro bono?
Również. Etyczna komunikacja sprawdza się wtedy, gdy firma wychodzi z działaniami na zewnątrz do ludzi. Ale nie uda się to poprzez czcze gadanie czy posadzenie paru drzewek, które uschną za tydzień, tylko trzeba rzeczywiście robić coś i działać. Mam wielkie szczęście znać takich przedsiębiorców i takie firmy. Ich przykłady pokazują, jak można skutecznie budować bazę, na której możemy budować markę. Takie podmioty nie boją się badań czy raportów dotyczących zadowolenia pracowników, bo wiedzą, że załoga ma się dobrze. Nie muszą się przejmować tym, że ktoś napisze coś niemiłego na Goworku, bo będą to jakieś pojedyncze przypadki, które nie wywołają kryzysu.
Chyba że ktoś uruchomi kampanię przeciwko nam i wypisze dziesiątki komentarzy z fejkowych kont.
Niekoniecznie. Biznes, który buduje swoją siłę na odpowiedzialności, rozwija się powoli i konsekwentnie. Agresywni gracze mogą próbować zepsuć wizerunek takiej firmy poprzez nieetyczne działania dezinformacyjne, ale będzie im niezwykle trudne, bo jest on stabilny i ma silne podłoże. Szczególnie zbuduje także społeczność ambasadorów, którzy obronią go w razie potrzeby.
Jak w takim razie robić etyczną komunikację, budować dobry wizerunek, nie schodząc na tę kuszącą, bądź co bądź, ścieżkę ethicwashingu?
Zacząć inwestować w komunikację i uczyć jej od podstaw. Nie na poziomie teoretycznym, ale praktycznym, czyli pokazać ludziom jedną, prostą rzecz: etyczną komunikację perswazyjną, jak etycznie można perswadować i jak zmienia to efektywność komunikacji.
Kiedy pracownicy zobaczą, że można komunikować się jakościowo, sprawnie, poświęcać mniej czasu na spotkania, to będą to robić. To jest tak naprawdę proste i nie wymaga jakiegoś wielkiego wysiłku. Ale musimy się tego sami nauczyć, bo nikt nas tego nie nauczył wcześniej.
Druga rzecz to budowanie poczucia bezpieczeństwa przez zarząd. Bo jeśli góra będzie wywierać presję, to daleko nie zajedziemy. Konieczne jest posiadanie strategii komunikacji oraz ludzi, którzy będą potrafili nią zarządzić. Nie bać się też robienia audytu od czasu do czasu. Nie po to, żeby się nim chwalić albo na jego podstawie ganić załogę, tylko po to, żeby zobaczyć, co u nas działa a co nie.
Jak często pod sztandarem walki z dezinformacją ukrywa się taktyka naklejania plasterka i pozorowane ruchy? Czyli sytuacja, kiedy firma ogłasza szumnie, że wdraża etyczną komunikację, ale w rzeczywistości organizuje jedno czy dwa szkolenia na odwal się i koniec.
W tym aspekcie z radością muszę przyznać, że jest całkiem dobrze. Szkolenia z dezinformacji rzadko kiedy kończą się na samych szkoleniach. Ludzie orientują się, że temat trzeba pociągnąć dalej.
Ludzie, czyli góra czy szeregowi pracownicy?
Pracownicy, którzy idą do kadry i zgłaszają potrzebę realnych zmian i wdrożenia pewnych mechanizmów, bo zauważają, że to ich dotyczy. Działa tu prosta zasada: jeśli ktoś dostaje coś wartościowego, przydatnego, to informuje o tym innych i działa to na zasadzie efektu kuli śnieżnej. W każdej firmie są mniejsze bądź większe budżety szkoleniowe, więc da się to zrobić.
Coś mi tu nie pasuje. Mówisz, że dezinformacja jest w biznesie powszechnym zjawiskiem i mamy prawo regulujące ten problem, ale jakoś nie słyszymy zbyt często o tym, by ta czy inna firma została ukarana za manipulowanie komunikacją.
O większości takich spraw się po prostu nie dowiadujemy. Mamy bezpieczniki i drogi prawne, by penalizować takie działania czy wpływać na sytuację na rynku w kontekście komunikacji. Bardzo sprawnie działa nasz Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który rozpatruje wiele spraw, działa i pomaga. Oczywiście jest potrzebna decyzyjność na szczeblu centralnym i konkretne uregulowanie tego, co firmy mogą, a czego nie mogą.
Popuściliśmy cugle regulacji w latach 90., żeby zachęcić wielki biznes do wejścia do Polski. Ale dzisiaj jesteśmy już atrakcyjnym, dojrzałym rynkiem i nie musimy tego robić. Możemy powoli zacząć wchodzić w rolę partnerów a nie wasali stojących na pozycji służalczej względem wielkich zachodnich korporacji, które wchodzą do nas jak feudalni panowie.
Przede wszystkim jednak powinniśmy zacząć dbać i szanować polskiego konsumenta. Walka z dezinformacją opłaca się nam wszystkim, na wszystkich poziomach. Im silniejsza nasza demokracja, tym silniejszy biznes, to system naczyń połączonych.
Najnowsze
Aktualizacja: 2026-01-06T18:45:00+01:00
Aktualizacja: 2026-01-06T18:30:00+01:00
Aktualizacja: 2026-01-06T17:53:27+01:00
Aktualizacja: 2026-01-06T17:01:48+01:00
Aktualizacja: 2026-01-06T16:30:00+01:00
Aktualizacja: 2026-01-06T16:20:00+01:00
Aktualizacja: 2026-01-06T16:10:00+01:00
Aktualizacja: 2026-01-06T16:00:00+01:00
Aktualizacja: 2026-01-06T13:45:00+01:00
Aktualizacja: 2026-01-06T13:21:00+01:00
Aktualizacja: 2026-01-06T13:01:00+01:00
Aktualizacja: 2026-01-06T11:11:08+01:00
Aktualizacja: 2026-01-06T11:05:11+01:00
Aktualizacja: 2026-01-06T06:40:00+01:00
Aktualizacja: 2026-01-06T06:20:00+01:00
Aktualizacja: 2026-01-06T06:00:00+01:00
Aktualizacja: 2026-01-05T19:53:48+01:00
Aktualizacja: 2026-01-05T18:29:21+01:00
Aktualizacja: 2026-01-05T18:15:32+01:00
Aktualizacja: 2026-01-05T17:58:48+01:00
Aktualizacja: 2026-01-05T17:33:44+01:00
Aktualizacja: 2026-01-05T16:43:18+01:00
Aktualizacja: 2026-01-05T16:26:29+01:00
Aktualizacja: 2026-01-05T16:15:58+01:00
Aktualizacja: 2026-01-05T15:42:36+01:00
Aktualizacja: 2026-01-05T15:11:04+01:00
Aktualizacja: 2026-01-05T12:58:26+01:00
Aktualizacja: 2026-01-05T11:18:34+01:00
Aktualizacja: 2026-01-05T10:48:00+01:00
Aktualizacja: 2026-01-05T10:44:14+01:00
Aktualizacja: 2026-01-05T09:01:05+01:00
Aktualizacja: 2026-01-05T08:18:58+01:00
Aktualizacja: 2026-01-05T08:12:28+01:00
Aktualizacja: 2026-01-05T06:00:00+01:00
Aktualizacja: 2026-01-04T16:20:00+01:00
Aktualizacja: 2026-01-04T16:10:00+01:00
Aktualizacja: 2026-01-04T11:57:45+01:00
Aktualizacja: 2026-01-04T11:23:19+01:00
Aktualizacja: 2026-01-04T10:27:00+01:00
Aktualizacja: 2026-01-04T07:50:00+01:00