Europa stawia na telefony z Linuxem. Poważnie
10 tys. preorderów, własny Linux i modułowe plecki zamiast "magii AI". Jolla wraca z "Europejskim telefonem".

Jolla naprawdę to zrobiła. Firma, którą wielu fanów mobilnego Linuxa dawno spisało na straty, wraca z nowym telefonem. Nie kolejnym "Androidem z nakładką", tylko pełnoprawnym, komercyjnym telefonem na Sailfish OS - systemie, który nie ma w środku ani linijki kodu od Google’a. I co ważne: to nie jest już tylko romantyczna ciekawostka dla garstki zapaleńców. Jolla Phone przekroczył właśnie 10 tys. przedpremierowych zamówień, co przekłada się na ponad 5 mln euro zadeklarowanej sprzedaży i zielone światło dla produkcji w II kwartale.
Nowy Jolla Phone ma być "European Phone": sprzętem zbudowanym na europejskim systemie, składanym w Finlandii, w Salo - tym samym mieście, w którym Nokia produkowała kiedyś swoje kultowe telefony. Symbolika jest tu aż nazbyt czytelna.
Czytaj też:
Europejski telefon, europejski system, europejska fabryka

Jolla w materiałach prasowych wali sprawę prosto z mostu: na świecie zostały cztery komercyjne systemy mobilne - iOS, Android, HarmonyOS i Sailfish OS. Tylko ten ostatni jest europejski i tylko on, według Finów, nie wysyła danych użytkownika na serwery Big Techu. To oczywiście mocne uproszczenie, ale dobrze oddaje pozycjonowanie produktu: to ma być telefon dla ludzi, którzy mają już serdecznie dość "enshittification" - powolnego psucia usług i sprzętu przez wielkie platformy, śledzenia, reklam i zamkniętych ogrodów.
Sailfish OS to Linux, ale nie "pseudo-Linux" w stylu Androida - jak złośliwie podkreśla sama Jolla w swoim internetowym sklepie. To system, który Jolla kompiluje samodzielnie z kodu źródłowego i samodzielnie instaluje w Finlandii, żeby mieć pełną kontrolę nad łańcuchem zaufania. Nie ma tu obowiązkowego Konta Google, nie ma wysyłania megabajtów telemetrii dziennie, nawet gdy telefon leży nieużywany na biurku. Domyślnie Sailfish "milczy", dopóki użytkownik nie pozwoli mu mówić.
Jednocześnie Jolla nie próbuje udawać, że da się dziś żyć wyłącznie na niszowym ekosystemie. Jest AppSupport - warstwa pozwalająca uruchamiać aplikacje z Androida, w tym bankowość, komunikatory i codzienne "must have’y". Różnica polega na tym, że Androidowe środowisko można po prostu… wyłączyć. Jeden przełącznik i telefon staje się w praktyce odciętym od Google’a natywnym Linuksem w kieszeni.
Specyfikacja: solidny średniak, ale z kilkoma bardzo nietypowymi decyzjami

Jeśli ktoś liczył, że Jolla wróci z absolutnym potworem do benchmarków, to nie ten adres. Nowy Jolla Phone jest bardzo świadomie pozycjonowany jako porządny, nowoczesny średniak - z kilkoma elementami, których mainstream już dawno się pozbył.
Sercem urządzenia jest MediaTek Dimensity 7100 5G - świeża, średniopółkowa platforma z obsługą 5G, Wi‑Fi 6, Bluetooth 5.4 i NFC. Do tego 8 lub 12 GB RAM (upgrade o 4 GB kosztuje 50 euro) i 256 GB pamięci na dane z możliwością rozszerzenia kartą microSDXC do 2 TB.
Ekran to 6,36‑calowy AMOLED Full HD+ o gęstości ok. 390 ppi, z proporcjami 20:9 i szkłem Gorilla Glass. Aparaty dostarcza Sony: z tyłu 50 Mpix (szeroki) i 13 Mpix (ultraszeroki), z przodu 32 Mpix szerokokątny. Czytnik linii papilarnych trafił w przycisk zasilania, jest też dioda powiadomień RGB.
Najciekawsze rzeczy dzieją się jednak pod klapką. Akumulator ma 5450 mAh i jest… wymienialny. Normalnie, po ludzku, bez serwisu. Jolla bardzo mocno gra kartą trwałości i braku wymuszonego starzenia: Sailfish OS ma mieć gwarantowane minimum 5 lat obsługi serwisowej, a wymienna bateria i modułowe plecki (o nich za chwilę) mają sprawić, że telefon nie wyląduje w szufladzie po pół roku.
Do tego dochodzi fizyczny przełącznik prywatności. Nie software’owy "tryb prywatny", tylko realny, sprzętowy switch, którym użytkownik może odciąć mikrofon, kamerę, Bluetooth, a nawet całe środowisko Androida. Jolla nie idzie aż tak daleko jak niektóre niszowe telefony z pełnymi "kill switchami" na każdą magistralę, ale to i tak poziom kontroli, którego w mainstreamie praktycznie nie ma.

Całość kosztuje 649 euro (699 euro z 12 GB RAM), przy czym na start płaci się 99 euro zaliczki - w pełni zwrotnej i odliczanej od finalnej ceny. Pierwsze 10 tys. sztuk z kampanii preorderowej ma trafić do klientów pod koniec czerwca, a kolejna, "normalna" partia tysiąca egzemplarzy jest planowana na wrzesień.
The Other Half wraca. Modułowe plecki, ale po linuxowemu
Jeśli pamiętasz pierwszego Jolla Phone’a z 2013 r., to pewnie kojarzysz też "The Other Half" - wymienne tylne klapki, które nie były tylko kolorowym plastikiem. Oryginalny projekt wykorzystywał NFC i otwarty interfejs I²C, żeby po założeniu konkretnej klapki telefon mógł zmieniać motyw, zachowanie, a nawet współpracować z dodatkowymi akcesoriami. Jolla udostępniła wtedy devkit, rysunki 3D i specyfikację, a społeczność zrobiła z tego m.in. fizyczną klawiaturę TOHKBD czy solarne plecki.
Teraz The Other Half wraca w wersji 2.0 - i to nie jako marketingowy gadżet, tylko pełnoprawna platforma open hardware. Jolla zapowiedziała, że otworzy specyfikację sprzętową i programistyczną nowego złącza, tak by każdy mógł zaprojektować, wydrukować 3D albo wyprodukować własny moduł. Podstawą ma być magistrala I³C, a reszta… zależy od wyobraźni i budżetu.
Na forum Sailfish OS ruszył już program Community Innovation Program, w którym użytkownicy głosują jakie kategorie modułów są dla nich najciekawsze. Wśród propozycji przewijają się m.in. klawiatury sprzętowe, dodatkowe baterie, moduły audio z porządnym DAC‑iem i klasycznym jackiem 3,5 mm, e‑inkowe wyświetlacze, czytniki kodów kreskowych, moduły Zigbee/LoRa do IoT, a nawet mini projektory czy kamery termowizyjne.

Jolla sama zachęca do "Sci‑Fi Corner" - sekcji, w której społeczność może wrzucać najbardziej odjechane pomysły, od latających "selfie‑dronów" po multimetrowe plecki dla elektroników. Oczywiście nie wszystko z tego powstanie, ale ważne jest co innego: to nie jest zamknięty, licencjonowany ekosystem akcesoriów za 99,99 euro sztuka. Specyfikacja ma być otwarta, a Jolla deklaruje, że The Other Half będzie dostępne dla wszystkich kupujących, niezależnie od partii zamówienia.
Czy to się uda? Historia modularnych telefonów jest brutalna - od Project Ara po Moto Mods - ale Jolla ma jedną przewagę: nie próbuje z tego zrobić masowego standardu. To raczej "hackable phone" dla ludzi, którzy i tak lubią grzebać, drukować, lutować i pisać własne sterowniki. W tym kontekście otwarte plecki mają dużo więcej sensu niż w świecie, w którym 99 proc. użytkowników nie wie, co to I²C.
No dobra, ale czy warto kupić Jolla Phone?
To nie jest telefon, który ma przekonać przeciętnego użytkownika iPhone’a, że "czas na Linuxa". Jolla celuje w bardzo konkretną grupę: ludzi, którzy z jednej strony mają dość Big Techu, a z drugiej - są gotowi zaakceptować kompromisy alternatywnego ekosystemu. Entuzjastów prywatności, fanów otwartego oprogramowania, byłych użytkowników N9, N900, pierwszej Jolli, może też część osób, które dziś bawią się PinePhonem, ale chciałyby czegoś bardziej użytecznego na co dzień. I pełnoprawny, europejski system z inną filozofią: brak śledzenia, brak profilowania, brak monetyzacji danych, długie wsparcie, wymienna bateria, otwarte plecki.
Czy to wystarczy, żeby wyjść poza bańkę? Tu można mieć wątpliwości. Historia mobilnych "trzecich dróg" jest pełna nagrobków: Symbian, MeeGo, webOS, Windows Phone, BlackBerry 10… Jolla sama zresztą już raz była blisko zniknięcia z rynku konsumenckiego. Ale świat jest teraz inny niż dekadę temu. Dyskusja o suwerenności technologicznej Europy, o prywatności, o tym, że "nie wszystko musi być z Doliny Krzemowej albo z Shenzhen" jest dużo głośniejsza. I Jolla bardzo świadomie próbuje w tę lukę wejść.
Jeśli patrzysz na telefony głównie przez pryzmat "ile wyciąga w AnTuTu" i "czy ma peryskop x10", Jolla Phone raczej cię nie przekona. To nie jest sprzęt do wygrywania tabel w porównywarkach. Ale jeśli bardziej interesuje cię to, kto kontroluje twój system, jak długo dostaniesz aktualizacje, czy możesz sam wymienić baterię, czy da się dołożyć fizyczną klawiaturę albo moduł audio z porządnym DAC‑iem - to robi się ciekawie.
Sailfish OS ma swoje dziwactwa, swoje braki i swoje ograniczenia. Nie wszystkie aplikacje Androida będą działać idealnie, nie wszystkie usługi będą dostępne, nie wszystko będzie tak "wygładzone" jak na iOS czy One UI. Ale w zamian dostajesz coś, czego mainstream praktycznie nie oferuje: realną kontrolę nad urządzeniem, system, który nie jest zaprojektowany pod maksymalizację czasu spędzanego w aplikacjach, i producenta, który nie żyje z monetyzacji twoich danych.
Czy to kompromis, na który jesteś gotów? To już pytanie do ciebie.



















