Tu wszystko jest możliwe, klienci są szczęśliwi. Nikt tu nie zna głodu! Witajcie w bajce platform cyfrowych

Oto jak aplikacje gig economy przekonują nas, że są zbawieniem dla świata
137 interakcji
dołącz do dyskusji

Jesteś głodny, głodna? Aplikacja niczym mag kilkoma kliknięciami podeśle ci rycerza na białym koniu, a konkretnie kuriera na rowerze, by uratował cię od tego złego smoka! Taką narracją wielkie platformy przekonują nas, że to, jak działają, jest wręcz zbawienne i idealnie dopasowane do współczesnego świata.

„Nie masz szefa ani biura”, a pracę „kończysz i zaczynasz kiedy chcesz” – tak przekonuje do pracy u siebie Uber. Bolt dorzuca: „zarabiaj dobre pieniądze za kierownicą, bez minimalnej liczby godzin” i kusi wypłatą do 8 tys. złotych. Glovo rowerowych kurierów zachęca tym, że sami będą decydować, ile zarobią, bo są „niezależnymi profesjonalistami”, którzy „chcą ułatwić życie innym ludziom”. – Tymi krótkimi komunikatami biznesy platformowe narzucają nam swoją narrację o świecie – mówi nam Bartłomiej Brach, antropolog zajmujący się badaniami kultury firm. Tłumaczy, co i jak robią platformy, że akceptujemy to, jak zmieniają nam rynek pracy.

O wyzwaniach pracy platformowej w SW+ piszemy od kilku miesięcy.
Można przeczytać jak aplikacje do zamawiania jedzenie i pomagają ale też niebezpiecznie uzależniają od siebie gastronomię.
Opisywaliśmy pierwszy w Polsce protest kurierów, który aplikacja Glovo stłumiła jedną prostą decyzją: banując zbuntowanych.
Analizowaliśmy jak gig economy przejmuje coraz więcej zawodów i co to oznacza dla naszej przyszłości.

Bartłomiej Brach jest antropologiem zajmującym się badaniami kultury firm - Fot. Filip Marek Klimaszewski

Jak to się stało, że Uber i inne podobne firmy tak skutecznie nas przekonały, że wcale nie zmieniają rynku pracy, że nie są pracodawcami, a ich jedynym celem jest ułatwienie życia ludziom? Przecież słyszeliśmy o protestach taksówkarzy, o miastach buntujących się przeciwko Airbnb, a ostatnio coraz częściej także o próbach strajków samych pracowników takich platform.

Wystarczy przyjrzeć się ich komunikacji, reklamom telewizyjnym czy internetowym, aby zauważyć, że nie zostawiają tu nic przypadkowi. W budowaniu narracji kluczowych jest kilka elementów. Każda opowieść ma bowiem bohatera, który chce osiągnąć jakiś cel. Na drodze do jego osiągnięcia pojawiają się pewne przeszkody. Pokonać pomaga je zwykle jakiś magiczny przedmiot czy spotkana przez bohatera osoba. I na końcu, kiedy to się uda, jest nagroda.

Jak w bajkach.

Dokładnie tak. Mamy królestwo dręczone przez smoka, pojawia się rycerz, który go pokonuje z czyjąś pomocą, a w nagrodę otrzymuję rękę księżniczki, w której się kocha. Kluczowe jednak, aby zrozumieć, kto na jakiej pozycji występuje. Kto tu jest bohaterem, kto go wspiera, co jest celem i kto wyznacza ten cel.

I kim tu są platformy i aplikacje?

Wszystkie firmy, które prowadzą biznesy platformowe, ustawiają się na pozycji wsparcia. Mówią nam, klientom: to ty jesteś bohaterem tej opowieści. Jesteś najważniejszy, masz jakiś cel, np. chcesz gdzieś dojechać, szybko zjeść obiad albo naprawić cieknący kran. A my jesteśmy dla ciebie magicznym rozwiązaniem, które sprawi, że zrobisz to szybciej, łatwiej i taniej. Ustawiają się więc z boku tego całego procesu. Nie są jego głównym bohaterem. Każą wierzyć, że są tylko pomocnym dodatkiem do zastanej rzeczywistości i właściwie nic w niej nie zmieniają.

A zmieniają?

Totalnie. Układają cały rynek na nowo. Mówią, że nic nie generują, nie zmieniają zasad gry, nie redefiniują na nowo relacji na rynku pracy, a jedynie lekko wspomagają cię w realizacji twojej potrzeby, co jest oczywiście zupełną nieprawdą. Bo owszem, masz swoją potrzebę, ale to, jak oni pozwalają ją realizować, jest rewolucją na rynku pracy.

To znaczy?

Jak spojrzymy na to z perspektyw rynku pracy, to biznesy platformowe są kreatorem absolutnie rewolucyjnej zmiany np. w stosunkach pracy. Osiągając quasi-monopolistyczną pozycję, mogą dyktować, kto, za ile i jak może wykonać daną usługę. Albo się podporządkujesz logice platformy, albo będzie Ci trudno świadczyć usługi, np. jako hydraulik. Tego po upadku systemu cechowego już dawno nie widzieliśmy. Co więcej, komunikacja tych platform pozwala zmienić sposób postrzegania ludzi, którzy wykonują pracę platformową, np. kierowców.

Platformy przekonują, że tylko dostarczają technologię i łączą popyt z podażą. Mówią: my jedynie dajemy aplikację, w której klient łączy się z wykonawcą. Pośredniczymy, więc nikogo nie zatrudniamy. 

A to już drugi wymiar naszej opowieści, czyli już nie forma, a treść. Tu wszystko jest nie tym, czym faktycznie jest. Popatrz na komunikację Ubera. Nie ma w niej w ogóle mowy, że to jest jakaś usługa taksówkarska. Nikt nie przemieszcza się z miejsca na miejsce. Raczej wyrusza w podróż. A aplikacja jest swojego rodzaju portalem, dzięki któremu ty, jako konsument, możesz doświadczać nowych rzeczy, odkrywać miejsca, spotykać ludzi. Nie ma taksówki, jest niemal turystyczna podróż. 

Protest taksówkarzy przeciwko Uberowi, Warszawa, 2019 r. Arsen Petrovych / Shutterstock.com

W tej podróży nie ma też prawdziwego taksówkarza.

W narracji takiego Ubera to najczęściej nie jest zawodowy kierowca. To człowiek, który ma swój, inny zawód, najczęściej wolny – taki jak muzyk. I ten muzyk ma mnóstwo wolnego czasu, bo przecież próby odbywają się tylko raz na kilka dni. Więc sobie tylko dorabia albo wręcz zabija nudę, wożąc innych. Lubi jeździć samochodem, lubi gadać z ludźmi, więc ich wozi po mieście. A jeśli nie jest człowiekiem wolnego zawodu, to bywa miejscowym, więc jeśli nie opowie nam o swojej pasji, to powie nam, co ciekawego dzieje się na mieście, a może jakąś ciekawą związaną z nim historię.

Rzeczywistość mocno tu skrzeczy. Bo, cóż, prędzej trafimy na niemówiącego po polsku imigranta ze wschodu w Skodzie Fabia.

Narracja nadaje sens naszemu doświadczeniu rzeczywistości i też sprawia, że pewne rzeczy widzimy, a pewne są dla nas niewidoczne. Dlatego naoglądawszy się tej komunikacji Ubera, łatwiej jest nam pomyśleć, że to dla kogoś dodatkowe zajęcie albo praca tymczasowa, którą zaraz zmieni, by realizować się w innym obszarze życia. A nie człowiek, dla którego to jest pełnoetatowa praca i decyzje Ubera o wysokości stawek diametralnie zmieniają jakość jego życia. Komunikacja Ubera sprawia, że nasz kierowca przestaje być imigrantem ze wschodu, pracownikiem, osobą chcącą powiązać koniec z końcem. Czasem nawet w ogóle ten kierowca przestaje istnieć…

W magiczny sposób znika? 

Znika. Na przykład hiszpańskie Glovo reklamuje się, że aplikacja dostarczy ci tego, co potrzebujesz. Aplikacja, rozumiesz? Nie ma tam człowieka, pracownika. Jakimś cudem aplikacja teleportuje jedzenie z restauracji do twojego domu. Jak? To nie jest ważne. Ważne, że ty jako bohater swojego życia masz zaspokojone wszystkie potrzeby na każde kliknięcie. Glovo, jak i inne platformy starają się nam narzucić perspektywę, w której praca jest pokazana jako element czasu wolnego klienta. Nie mamy perspektywy np. kierowcy, ale kogoś, kto jest podwożony. Widzimy kogoś, kto zamawia pizzę, a nie ją dowozi. Pracownik aplikacji tylko ubarwia czas klienta.

Po co tak to przedstawiać?

Kiedy przyzwyczaisz się, że to stały element doświadczeń klienta, tego, jak spędza on wolny czas, to nie ma już miejsca na dyskusję, czy ta osoba, która świadczy usługę, jest dobrze wynagradzana, czy ma prawo do urlopu lub zwolnienia lekarskiego. Ona ma być dla klienta miłym i ciekawym dodatkiem albo ma nie przeszkadzać, kiedy on już się dobrze bawi.

Fot. viewimage / Shutterstock.com

Ale jest też narracja tych platform dla pracowników. Widać to w ogłoszeniach o pracę, gdzie jest raczej mowa o współpracy. Czytamy w nich, że kiedy będziesz np. kurierem czy kierowcą, to będziesz sam decydował o sobie, o tym, kiedy pracujesz, a kiedy masz wolne, sam będziesz sobie szefem.

Ta komunikacja rekrutacyjna – nastawiona na stymulowanie podaży na platformie – jest ciut bardziej złożona. Składa się z dwóch opowieści. Pierwsza to wspomniana wolność wyboru przedstawiająca osobę świadczącą usługi na platformie jako niezależnego przedsiębiorcę. Platformy starają się pokazać, że tak jak przedsiębiorca masz wolność wyboru czasu pracy i decydowania o wysokości swoich zarobków. A tak naprawdę jeździsz wtedy, kiedy aplikacja oceni, że to jest najbardziej opłacalne. Z kolei druga narracja to opowieść o życiowym sprycie, umiejętności kombinowania i robienia czegoś z niczego. Masz samochód? To słyszysz, że głupio, żeby on tak tylko stał pod blokiem i rdzewiał. Lepiej żeby jeździł i zarabiał, szczególnie, że utrzymanie auta kosztuje. Dobrze byłoby więc go rozsądnie wykorzystać, a ty jesteś rozsądny, prawda?

Któż nie chciałby w swoich oczach taki właśnie być. 

No właśnie. Jak jesteś odpowiedzialny i rozsądny, to nie pozwolisz, aby twój zasób się marnował. Tak samo z czasem wolnym. OK, masz wolne po pracy, ale czy naprawdę nie lepiej pojeździć wieczorem na Uberze zamiast kolejny raz gapić się na Netflixa? W ten sposób platformy odwołują się do dominujących wartości klasy średniej, która – przynajmniej w Polsce – wierzy, że czas to pieniądz, a pracą ludzie się bogacą. Dlatego może trzeba wziąć się do roboty, skoro zasoby czasu i sprzętu sprzyjają. Ale na tym nie koniec.

Co jeszcze?

Jest jeszcze narracja odwołująca się nie bezpośrednio do korzyści usługodawcy, ale zauważająca korzyści społeczne. W komunikacji tego typu np. Uber mówi o wyzwaniach transportu w obrębie miast. Każdy widzi, że samochodów jest za dużo. To powoduje korki, spaliny. Nic dobrego. Jeżdżąc na Uberze, możesz pomóc ten problem rozwiązać. Nie tylko zarobisz, ale może dzięki temu ktoś zrezygnuje z posiadania samochodu i nam wszystkim będzie trochę lepiej. Więc motywacje egoistyczne uzupełniane są o te altruistyczne. W końcu lepiej, żeby jeździł jeden samochód, który w ciągu dnia przewiezie 20 osób, a nie 20 aut. Więc masz dodatkową motywację, że nie tylko wykorzystujesz to, co masz, ale jeszcze pomagasz ludzkości. Same plusy.

Platforma jest tu znowu takim cichym pomocnikiem.

Tak, ale wciąż udaje, że nic nie zmienia. Twierdzi, że przecież nic się takiego się nie dzieje. Nie mówi nam: wprowadzam nowy model, rewolucję. Wręcz przeciwnie. Mówi nam: rewolucja? W żadnym razie. Przecież to żadne odkrycie, że możecie wozić ludzi po mieście. Przecież macie te wolne zasoby, to zróbcie coś z nimi. Tylko zróbcie to z nami, lepiej i efektywniej.

Ale co złego w tych narracjach?

One budują fałszywą świadomość i wpływają na pobłażliwy stosunek opinii publicznej do wprowadzenia kapitalizmu platformowego bez żadnej dyskusji i potrzebnych regulacji. Jako społeczeństwo nie wiemy, co tak naprawdę się dzieje. Mamy dobrotliwą opowieść o tym, jak aplikacje i platformy w magiczny sposób pomagają nam w codziennym życiu, ułatwiają wiele spraw. Słuchamy ich opowieści, ale tracimy kontakt z realnym. Na przykład ze skutkami działań tych platform dla kierowców czy kurierów, którzy rzadko jednak są freelancerami chcącymi dorobić, a częściej niewidocznymi dla systemu imigrantami bez żadnych praw.

Co im to daje?

Legitymizację tego modelu biznesowego. Bo co potrzebuje biznes do działania? Z jednej strony jakiegoś porządku prawnego, w którym będzie mógł legalnie działać, a z drugiej czegoś, co jest bardziej miękkie, czyli społecznej legitymizacji. Uznania, że to, co robi dla społeczeństwa, ma przynajmniej neutralne, jeśli nie pozytywne konsekwencje. Żeby zyskać tę legitymizację, firma musi pokazać zgodność swoich działań ze społecznymi wartościami i celami, które ludzie uznają za ważne. Więc taki Uber, Glovo czy ktokolwiek inny pokazuje, że wspiera nas i pomaga realizować nam i tak istniejące już potrzeby. Co więcej mówi, że z nim zrobimy to lepiej, szybciej, taniej. Dlaczego więc mu odmówić? Skoro robi dokładnie to, co robiliśmy, tylko lepiej, a przy tym mówi, że nic się nie zmienia.

No, ale zmienia się. Choćby wspomniane stosunki pracy. Zmieniła się podmiotowość pracowników. Teraz takich strajkujących kurierów można po prostu wygasić jednym przyciskiem.

Tak, ale jak na to reaguje opinia społeczna? W najlepszym razie oburzenie potrwa kilka dni i wszyscy o tym zapomną. To z jednej strony wyraz społecznej znieczulicy wobec pracy prekaryjnej, a z drugiej konsekwencja konsekwentnego, wieloletniego wdrukowywania narracji przez firmy, o których mówimy. Uber wszedł do Polski w 2013 roku. Zaraz po nim kolejne biznesy platformowe. Ich narracja jest nam wdrukowywana do głów od ośmiu lat. Myślisz, że pojedynczy bunt kilkudziesięciu kurierów cokolwiek zmieni? Bez szans. Nierównowaga sił jest tu ogromna.

Dlaczego?

Biznesy platformowe od lat wydają dziesiątki, jak nie setki milionów złotych rocznie na komunikację. Nawet jeśli Spider’sWeb+ – mający duże jak na magazyn internetowy zasięgi – napisze o strajku kurierów, to echo tych publikacji jest niczym wobec liczby komunikatów, które skierowały do nas te firmy. Ich przewaga medialna, zasięgu i dotarcia jest piorunująca. Zwykły człowiek widzi człowieka w taksówce albo kuriera na rowerze, mówi: „super, ja skorzystam, a ktoś ma pracę”. Nie zastanawia się, jaka jest jakość tej pracy, jakie są konsekwencje tego modelu.

Czyli póki nie wzmocni się ta druga narracja dotycząca efektów społecznych i wpływu na rynek pracy, to model pracy platformowej będzie się konserwował?

Kurier Pyszne.pl, Kraków 202 r. fot. ERA Foto / Shutterstock

Tak, dopiero, gdy agendy rządowe – tak jak np. w Wielkiej Brytanii – nie zaczną o tym mówić i regulować, wprowadzać realne ograniczenia, nic się nie zmieni. Dopóki nie pojawi się silny i słyszalny powszechnie głos, mocny ośrodek komunikacyjny, który powie, że ten kierowca w Uberze to pracownik Ubera, dopóty będzie dominowała narracja promowana przez platformy. Musi pojawić się silny gracz, państwowa instytucja, regulator, który doprowadzi najpierw do jakiejś równowagi komunikacyjnej. Wyjaśni, że jedna strona medalu jest taka, że owszem, jedziecie sobie na spotkanie kilka złotych taniej, ale jest też druga, czyli związane z tym społeczne koszty, które teraz płacą pracownicy, a później zapłacimy wszyscy. 

Wyczuwam, że nie jesteś tu optymistą.

Absolutnie. Czeka nas tylko czarny scenariusz. Chyba że wytworzy się silna, konkurencyjna narracja, która zacznie opisywać te zmiany w świecie pracy innym językiem. To jest zadanie dla mediów, ale przede wszystkim dla polityków i administracji państwowej. Bez tego praca platformowa będzie rozlewać się na kolejne branże i zawody.

A wraz z nią będziemy tracić choćby luksusy płatnego urlopu czy stabilnego zatrudnienia.

Pytanie tylko kim jest to „my”. Według mnie raczej nie „my” – Polacy, tylko „oni” imigranci. I nie będą tracić, tylko nigdy tego luksusu urlopu nie zaznają. A my, Polacy nie będziemy protestować. Jakoś zatraciliśmy solidarność społeczną, ale nie umiem powiedzieć dlaczego. Widzę tylko, że łatwiej jest nam bronić lajkami demokracji na Ukrainie, wyrazić w mediach solidarność wobec ofiar reżimu Łukaszenki niż realnie pokazać to samo, już nie w międzynarodowych gestach, a codziennych czynach i społecznych stosunkach. Dlatego to będzie postępować.

Rzadko przejmujemy się czyjąś niedolą w pracy. Częściej słychać: „ktoś mu każe tam pracować? Przecież mógł zmienić pracę”.

Jeśli czujemy ograniczoną potrzebę wstawiania się za Polakami, którzy walczą o zmianę warunków pracy np. w Amazonie, to co dopiero mówić o solidarności z „obcymi”. Taka solidarność wcale nie jest łatwa, bo my nie znamy ich doświadczeń. Ponieważ nie wykonujemy tych prac, to zwykle z takimi ludźmi mamy niewielką styczność. Może i przywiozą nam pod drzwi jedzenie, ale przecież z nimi nie rozmawiamy. Oni nie znają polskiego języka, platforma goni ich kolejnymi zleceniami, a nam stygnie zamówiona pizza. To nie najlepszy moment na oswajanie się z innym i wzbudzanie odruchów solidarności.

Może obudzimy się, gdy nasza praca będzie platformizowana?

Wtedy może i tak. Póki co porównałbym to do podgrzewania żaby. Czujemy, że jest ciepło, ale to ciepło na razie jest przyjemne, bo dotyczy zawodów, których my nie wykonujemy. Co więcej, nie wykonują „nasi”. A kiedy temperatura wzrośnie i to nam zacznie być gorąco, może być już za późno.