SW+

Millenialsi grają na giełdach jakby to były zwykłe gry wideo. Tyle, że tu mogą przegrać życie

123 interakcji
dołącz do dyskusji

Wystarczy apka, trochę gotówki i przekonanie, że każdy może być inwestorem. Niestety ten Robinhood nie zawsze kradnie tylko bogatym.

Kiedy świat opanowała pandemia, która zamknęła nas w domach, Alexander Kearns, 20-letni student zarządzania z Nebraska–Lincoln w Illinois, postanowił spróbować czegoś nowego: gry na giełdzie. Wystarczyła aplikacja Robinhood. Można w niej za pomocą kilku kliknięć wejść do świata, gdzie kupuje się akcje Tesli, Facebooka czy Apple’a, inwestuje w kryptowaluty i gra na opcje walutowe. Na start wystarczy 1 dolar. 

Kearns postawił jednak o wiele więcej – 16 tys. dol. Najprawdopodobniej grał strategią byka, czyli zakładał, że ceny akcji będą rosły. To strategia umiarkowanego ryzyka. Jeśli wszystko szłoby zgodnie z planem, miał zarabiać. Ryzyko jest jednak nieodłączne. Można stracić, jeśli cena spadnie poniżej określonego poziomu – tym więcej, im bardziej zanurkuje kurs.

W pewnym momencie aplikacja pokazała Kearnsowi negatywne saldo na bagatela 730 tys. dol. Młody inwestor wpadł w panikę. Przeczuwał, że całe jego dorosłe życie właśnie legło w gruzach, bo nigdy nie zdoła się wypłacić. Napisał pożegnalny list, którym oskarżał Robinhooda o wpędzenie go w kłopoty: – Jak 20-latek bez dochodu był w stanie uzyskać dźwignię o wartości prawie miliona dolarów? – pytał.

List razem ze zrzutami ekranu zostawił rodzinie. Później odebrał sobie życie.

Tragedii można było najprawdopodobniej uniknąć, gdyby Kearns wiedział, na co się pisze. Wziął udział dwóch kontraktach, ale gigantyczna kwota na minusie, którą zobaczył, nie prezentowała jego zadłużenia, a jedynie tymczasowe saldo, dopóki akcje przypisane do opcji nie trafią na jego konto. Gdyby poczekał nieco dłużej, zobaczyłby to w aplikacji. W rzeczywistości miał wciąż do dyspozycji 16 tys. dol. oszczędności.

Rajdy millenialsów

20-latek był jednym z trzech milionów Amerykanów, którzy otworzyli rachunek w Robinhoodzie w pierwszym kwartale roku. Znudzeni kwarantanną zainteresowali się giełdą. Poszukiwali dodatkowych wrażeń na szybko zmieniającym się rynku, a właśnie tak określić można Wall Street w marcu. – Widzimy panikę na giełdzie. Pozostaje jednak pytanie, czy sięgnęliśmy już dna. Uważam, że jesteśmy w połowie drogi – mówił Jerry Braakman, główny strateg inwestycyjny z First American Trust.

Najważniejsze amerykańskie indeksy traciły od 4 do 6 proc., podczas gdy pandemia ogarniała kolejne kraje. Dow Jones, S&P 500 i Nasdaq były już 20 proc. poniżej swoich historycznych szczytów, które osiągały zaledwie miesiąc wcześniej. Było to jednak dopiero preludium do prawdziwego załamania, które przyszło w drugiej połowie marca.

16 marca Wall Street zaliczył najgorszą sesję od ponad 30 lat i trzecią najgorszą sesję w całej swojej historii. – Rynki puszczały ostrzeżenia mimo uszu. Do inwestorów nie docierało, że pandemia może potrwać do lipca czy sierpnia, ale nie mogli bez końca uciekać przez kalkulacjami – mówiła w CNBN Liz Young, strateg spółki holdingowej BNY Mellon.

Spadki nikogo nie dziwiły. Prawdziwe zaskoczenie przyszło dopiero później.

– Wydaje się, że rynki widzą szklankę do połowy pełną. Pozytywne informacje wpisują się w panujące przekonania, a negatywne informacje bierze się za tymczasowe – oceniał Sameer Smana, starszy strateg z Wells Fargo Investment Institute.

Giełda odrobiła straty w ciągu niecałego miesiąca, choć produkcja przemysłowa spadła o 5 proc., sprzedaż detaliczna o 9 proc., a w kolejce po zasiłek stanęło 38,6 mln Amerykanów. Giełda zupełnie oderwała się od rzeczywistości. Już w maju kursy akcji największych spółek świata windowano wyżej niż pod koniec 2019 roku, kiedy o gospodarczym załamaniu nie było mowy.

Rajdy bezrobotnych

Amerykańska administracja podjęła decyzję o przekazaniu pakietów pomocowych słabiej zarabiającym w związku z rozprzestrzenianiem się pandemii COVID-19. Po 1,2 tys. dol. miały dostać osoby, które zarabiają poniżej 6,25 tys. dol. miesięcznie. Miało to pomóc w przetrwaniu trudnego czasu. Na co poszła rządowa pomoc? W znacznej mierze na inwestycje na giełdzie.

Jak pokazują dane firmy analitycznej Envestnet Yodlee, obroty papierami wartościowymi znalazły się w czołówce kategorii wydatków niezależnie od dochodów. Choć najbardziej wzrosły oszczędności, to w wielu grupach przychodowych akcje wskoczyły na podium. Aż o 93 proc. wzrosły wydatki na rynki kapitałowe wśród osób zarabiających ok. 3-4 tys. dol. miesięcznie. Pieniądze na przetrwanie trudnego okresu trafiły więc do megakorporacji, które wzbogacały się na kryzysie. Giełda to jednak nie zabawa i nie istnieje strategia, która chroni przed utratą pieniędzy.

– Nowi inwestorzy wyczuwają pokoleniowy moment na kupowanie, tyle że nie mają wiele doświadczenia – tłumaczył amerykańskim mediom Tobias Levkovich, odpowiadający za strategię w banku Citi. – Krążą anegdotyczne przykłady millenialsów, którzy marcowe spadki traktują jako świetną okazję na otworzenie portfela. Inwestują w firmy technologiczne, które lubią – dodawał.

Michał Masłowski, wiceprezes zarządu Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych, podkreśla, że inwestowanie w amerykańskie spółki giełdowe jest teraz modne wśród młodych. – Młodzież powiedziałaby, że to „sexy” mieć Apple czy Google w portfolio. Nudne wydają im się polskie spółki dywidendowe – opisuje. 

Gdy Wall Street stawia na analizę fundamentalną i badanie spółki, millenialsi preferują osobiste sympatie. Taka strategia może być niebezpieczna w długim okresie. – Kupują spadające akcje, np. linii lotniczych, powtarzając wszystkie błędy krótkiej perspektywy czasowej. Może to zadziałać, ale nie na długo – ocenia Michael Krause, zajmujący się strategią w funduszu CMF.

Jako przykład podaje korporację Carnival, właściciela wycieczkowca Diamond Princess. Na początku roku zatrzymano go w porcie w Jokohamie z ponad 3,7 tys. ludzi na pokładzie. Po wykryciu wśród pasażerów wirusa wszystkich poddano kwarantannie. Ostatni kwartał był dla firmy katastrofalny – poniosła 4,4 mld dol. strat, a jej kurs z pułapu 50 dol. spadł poniżej 8 dol. Alarmujące wieści nie przeszkodziły inwestorom w kupnie walorów Carnivala i wywindowaniu kursu w okolice 25 dol. w połowie czerwca. Duży udział miała w tym zupełnie nowa grupa graczy.

Robinhood – biedni inwestują za darmo

Robinhood to dziś najgorętsza aplikacja za oceanem. I nic dziwnego. Obiecuje, że wprowadzi rewolucję na rynku inwestycyjnym. – Wierzymy, że każdy powinien mieć dostęp do rynków finansowych (…), a inwestowanie powinno być przyjazne, przystępne i zrozumiałe dla nowicjuszy i ekspertów – czytamy w misji firmy.

Z pewnością udało się jej przekonać do siebie nowicjuszy. Połowa użytkowników Robinhooda nie miała nigdy wcześniej najmniejszej styczności z inwestowaniem. – Jeśli nie wiesz, co robisz, to pakujesz się w hazard lub spekulację. Brzmi to jak dobra zabawa, bo doświadczasz szybkich spadków i szybkich wzrostów – podkreśla Tim Welsh, szef zarządzającej kapitałem firmy Nexus Strategy.

W Robinhooda uwierzyli jednak sami inwestorzy. Spółkę założyli w 2013 roku Amerykanin Baiju Bhatt i Bułgar Vladimir Tenev – millenialsi, którym udało się przyciągnąć mnóstwo kapitału. Inwestorzy wpakowali w aplikację 1,2 mld dol., a ostatnia runda, prowadzona przez fundusz Sequoia Capital, wyceniła startup na 8,3 mld dol. Obaj przedsiębiorcy stali się miliarderami. W sumie wciąż mają 1/3 udziałów i 1 mld dol., gdyby zdecydowali się sprzedać swoje akcje. Już niedługo sam Robinhood może wejść na giełdę, więc mogą mieć ku temu świetną okazję.

Ogromna wycena Robinhooda wynika z faktu, że startup jako pierwszy wprowadził bezprowizyjny handel akcjami. Jeszcze rok temu konkurenci pobierali po kilka dolarów od każdej transakcji, dziś wszyscy jak jeden mąż dostosowali się do warunków dyktowanych przez Robinhooda. 

Lookout, E*Trade, Schwab i Ameritrade – cała konkurencja oferuje inwestowanie bez prowizji. W końcu wszyscy chcą „surfować na wznoszącej fali”. Tylko w pierwszym kwartale roku Schwab pozyskał dzięki temu 360 tys. nowych użytkowników, a Ameritrade blisko ćwierć miliona. Wciąż daleko im do Robinhooda, z którego w tym samym czasie zaczęło korzystać 3 mln nowych użytkowników.

Akcje idą tylko w górę

Symbolem „millenialnych inwestorów” jest Dave Portnoy, który przed epidemią zainwestował zaledwie raz. W przeszłości Putnoy próbował startować na burmistrza Bostonu, ale nie zebrał wystarczającej liczby podpisów. Skoncentrował się więc na internetowym show, gdzie… ocenia pizzę. Za cel wyznaczył sobie zrecenzowanie każdej pizzy na Manhattanie. Dziś ma 1,6 mln śledzących na Twitterze, którzy łakną jego porad inwestycyjnych, traktując giełdę jak kasyno. Oprócz bycia samozwańczą wyrocznią Portnoy zasłynął głównie z dwóch stwierdzeń – że rynki mogą tylko rosnąć, a także, że on sam jest lepszy od Warrena Buffeta czy Carla Icahna, giełdowych guru z przeszłości.

Portnoy podaje przykłady. Buffet sprzedawał akcje linii lotniczych w kwietniu, choć już w czerwcu zanotowały one 50-procentowe wzrosty. Icahn pozbył się zaś pakietu kontrolnego w Hertzu po 72 centy za akcję. Miał ku temu dobry powód: wypożyczalnia samochodów z ponad 100-letnią historią zbankrutowała. Nie przeszkodziło to inwestorom z Robinhooda w kupowaniu akcji. Wycena wzrosła wkrótce do 4 dol., co dało dodatkową amunicję krytykom Icahna. Wyśmiewali Buffeta, cytując jego słowa z przeszłości, kiedy radził, aby kupować kiedy „na ulicach jest krew”, czyli innymi słowy kurs spada. Teraz sam postąpił inaczej.

– To, czy inwestorzy odkupujący od Warrena Buffetta akcje linii lotniczych czy też stawiający na wyjście z kłopotów bankrutującego Hertza, skorzystają na szczęściu, jakie często sprzyja debiutantom, czy może jednak stare giełdowe wygi znowu wykazały się niezwykłą intuicją, ostatecznie będzie zależało od tego, jaką formę przybierze i jak długo potrwa rozpoczęta pod koniec pierwszego kwartału w USA recesja – pisze w Parkiecie Jarosław Niedzielewski, dyrektor Departamentu Inwestycji, Investors TFI.

Giełdowe odbicie nad Wisłą

Wysyp „millenialnych inwestorów” to nie tylko zjawisko amerykańskie. Jedynie w marcu tego roku Polacy założyli 30 tys. rachunków inwestycyjnych. To ogromny skok, biorąc pod uwagę, że wcześniej liczba ta nie przekraczała 6 tys. nowych rachunków miesięcznie. A to wszystko w czasie, kiedy warszawska giełda notowała swój najgorszy miesiąc od kryzysu z 2008 roku, a WIG20 spadał o ponad 13 proc. w ciągu jednego dnia. Niecodzienne wydarzenia skłoniły Grzegorza Zalewskiego, eksperta domu maklerskiego Banku Ochrony Środowiska, do napisania „listu do 30 000”:

– Zazwyczaj jest tak, że rynkiem akcji zaczynają interesować się dotychczas niezainteresowani, gdy trwa już od jakiegoś czasu hossa, czyli większość spółek rośnie. Ten wzrost zwykle jest co najmniej kilku- lub kilkunastomiesięczny. Wystarczająco długo, by wiele osób w otoczeniu zaczęło mówić, że zarabia na akcjach, a w mediach (gazetach, programach telewizyjnych, blogach) pojawia się coraz więcej ludzi przekonujących, jakie to łatwe – pisze Zalewski i nazywa takie inwestowanie „głupimi pieniędzmi”.

Nowi inwestorzy zwykle pojawiają się w okolicach „górki”, po długim okresie przekonywania się, że mogą zyskać. Widzą coraz więcej artykułów o rosnącym kursie i posty znajomych, którzy postanowili spróbować, kupili akcje American Airlines i są 50 proc. na plusie. Takie zrzuty ekranu można było podziwiać choćby na Wykopie, gdzie Mirki (tak nazywają sami siebie użytkownicy tego portalu) prześcigali się we wstawiania zrzutów ekranu z Revoluta.

Brytyjski fintech otworzył możliwość kupowania akcji na początku sierpnia zeszłego roku. Miesiąc później zaoferował tę możliwość także bezpłatnym użytkownikom. Dziś pobiera jedynie znikomy procent od posiadanego portfolio, dając możliwości zbliżone do Robinhooda.

– Inwestowanie na rynku akcji pozostawało zbyt długo poza zasięgiem zwykłych ludzi. Był to realny problem dla konsumentów poszukujących efektywnych metod lokowania swoich oszczędności lub przeznaczania ich części na cele inwestycyjne – tak tłumaczył Nik Storoński, współzałożyciel i CEO Revolut.

Tylko do końcówki stycznia z inwestowania na NASDAQ za pomocą Revoluta skorzystało 5 tys. Polaków. Byliśmy wówczas drugim krajem – po Wielkiej Brytanii – w rankingu popularności tej usługi. Średni obrót jednego inwestora wynosił ok. 3 tys. dol. Danych za późniejsze miesiące, już po boomie na inwestowanie, Revolut nie udostępnia. Można się jednak spodziewać, że liczby były znacznie wyższe. Banki zaczęły ciąć oprocentowanie lokat do 1 proc., podczas gdy inflacja zjadała całe oszczędności. Dane GUS-u pokazały, że w czerwcu wzrost cen wyniósł aż 3,3 proc. w ujęciu rok do roku.

Pieniądze zaczęły parzyć. Narastało uczucie FOMO (ang. Fear of Missing Out) – strach przed przeoczeniem, np. nowej okazji inwestycyjnej. Analitycy powiązali już FOMO z inwestowaniem w wykonaniu millenialsów. – Ten fenomen jest znacznie częstszy wśród millenialsów niż starszych generacji i sprawia, że młodzi poszukują partnerów pozabankowych – mówił Fabrizio Campelli, dyrektor w Deutsche Banku.

Inwestowanie staje się wręcz rozrywką podobną do gier. Użytkownicy wymieniają się zrzutami ekranów pokazującymi własne dokonania i jak bardzo wychodzą na plusie na swoich inwestycjach. Zakup każdej akcji finalizowany jest w Robinhoodzie wybuchem konfetti, a aplikacja zachęca do ciągłego podnoszenia poziomu inwestycji. To zresztą w jej interesie. Im więcej pieniędzy użytkownicy wrzucą do aplikacji, tym więcej zarobi Robinhood. W sieci krążą już zresztą anegdotyczne opowieści rodziców, którzy udostępnili swoje konta dzieciom. Te wolały handel akcjami od spędzania czasu w Fortnite.

Siła w masie

– Kiedy miliony drobnych inwestorów z Robinhooda i Revoluta zgadają się na inwestycje w bankrutujące lub groszowe spółki, to ich kurs może szybko wystrzelić. Będzie to jednak podskok zdechłego kota – opisuje Masłowski. 

„Dead Cat Bounce”, czyli podskok zdechłego kota jest popularnym terminem finansowym w Azji Południowo-Wschodniej. W 1985 roku zauważono, że rynki finansowe Singapuru i Malezji szybko odbiły się po dotkliwych spadkach w czasie panującej recesji. Było to jednak tylko preludium do dalszego pikowania. Dziś to powiedzenie łączone jest z prostą strategią inwestycyjną: kupowania spadających akcji w nadziei, że skoro są już tak bardzo przecenione, to w końcu musi nastąpić hossa.

– Nie musi – odpowiada Masłowski i podaje przykład Jastrzębskiej Spółki Węglowej, która swego czasu była ulubieńcem day traderów ze względu na swoją zmienność. Tylko w ciągu 2018 roku jeden walor spółki stracił na wartości blisko 40 proc. Rok później było jeszcze gorzej, choć okresy bessy były przeplatane chwilowymi wzrostami. Pod koniec 2019 roku nagle bardzo wzrósł wolumen obrotów, a kurs akcji spadł o 10 proc., aby następnie podskoczyć o 5 proc. Sytuacja później wielokrotnie się powtarzała.

W długim okresie wygrali sprzedający, bo dziś JSW na giełdzie jest cieniem samej siebie. Nie przeszkadza to jednak spółce w liderowaniu rankingowi Bankiera. Serwis sporządza go porównując liczbę wyświetleń profilu spółek giełdowych za ostatni miesiąc. Innymi słowy, jest to ranking popularności.

Revolut i Robinhood również posiadają swoje rankingi popularności przedstawiające akcje cieszące się największym zainteresowaniem. Czy można je traktować jako wskazówki inwestycyjne? 19 czerwca przeprowadziłem eksperyment. Odłożyłem kilkadziesiąt dolarów na inwestycje zgodnie z rankingiem. Wyjąłem z niego jedynie spółki technologiczne, które ewidentnie grają we własnej lidze. Nie inwestowałem więc w Apple, Microsoft, Google, Amazona czy Facebooka, a raczej w Heartz, Carnival, Callon Petroleum, Whiting Petroleum czy American Airlines. 

Nie trzeba być Warrenem Buffetem, aby dostrzec tu pewien trend. Ranking zdominowały spółki w ogromnych kłopotach finansowych. Po miesiącu na wszystkich jestem na minusie. Linie lotnicze spadły o 10 proc., Heartz i Carnival po około 20 proc., a spółki wydobywcze nawet o 40 proc.

Przed użyciem skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą

Inwestowanie nie pozostaje bez wpływu na umysły aspirujących rekinów finansjery. – Handel akcjami to psychicznie angażująca aktywność. Nie jest to oczywiste, ponieważ jedynie siedzimy przed komputerem, ale poziom stresu wzrasta wówczas znacząco – uważa profesor Andrew Lo z MIT, który nakreśla podobieństwa pomiędzy grami komputerowymi a inwestowaniem.

Straty mogą się odbijać na zdrowiu psychicznym. Badanie z 2015 roku, opublikowane w periodyku Health Economics, znalazło korelację pomiędzy niepowodzeniem w grze na giełdzie a zwiększeniem częstotliwości palenia papierosów, picia alkoholu i uczestnictwa w wypadkach powodowanych przez alkohol. Tymczasem neurobiolog Hans Breiter z Harvard Medical School pokazał, że w umyśle oczekującym finansowych przychodów aktywują się te same układy, co po zażyciu kokainy. Potrzeba inwestowania jest więc samonapędzającym się procesem, który może negatywnie wpływać na zdrowie, nie wspominając już o stanie portfela.

Czerwcowe badanie z Brazylii pokazało, że 97 proc. prywatnych inwestorów, którzy handlowali przez ponad 300 dni, straciło wszystkie pieniądze, z jakimi weszli do gry. Tylko 1,1 proc. udało się zarobić więcej niż pensja minimalna, a zaledwie 0,5 proc. mogło się pochwalić wynikiem lepszym niż początkujący analityk w banku.

Max Gokhman, zarządzający portfolio Pacific Life Fund Advisors porównał początkujących inwestorów do mitycznego Ikara, a wielkie fundusze do jumbojetów. – My korzystamy ze skomplikowanych systemów, które umożliwiają sterowanie ekspozycją, ale Ikarzy lecą wciąż wyżej i wyżej do Słońca, aby w końcu się rozbić – gorzko podsumował.

Demokratyzacja inwestowania

Czy to oznacza, że inwestowanie powinno ponownie zostać zarezerwowane dla instytucji finansowych i certyfikowanych analityków? Przecież nawet w historii naszej GPW wiele spółek zbankrutowało, a inwestorzy stracili pieniądze. – Potrzeba nam pracy u podstaw, nauczania o konsekwencjach nieodpowiedzialnego inwestowania już w podstawówce. To jednak rozpisane na wiele lat, trudne zadanie – zauważa Masłowski.

Zarówno Revolut, jak i Robinhood oczywiście zapewniają, że tłumaczą konsekwencje inwestowania. Dodają też, że są tylko narzędziem, którego możemy użyć do pomnażania kapitału z ryzykiem jego utraty. – Jeśli ktoś godzi się na nie świadomie, to jego prywatna sprawa. Zakazany owoc może tylko kusić – dodaje Masłowski i przyrównuje otwarcie rynków finansowych przed młodymi do oddania Ferrari w ręce 18-latka, który świeżo zdał prawo jazdy. Tylko czy skasowanie sportowego samochodu powinniśmy traktować jako lekcję na przyszłość?

Tagi:
przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst