SW+

Ten znienawidzony bogacz Bezos

Według indeksu miliarderów Bloomberga prezes Amazona od początku roku mimo pandemii powiększył swój majątek o prawie 35 miliardów dolarów. Jak tak dalej pójdzie, za kilka lat zostanie pierwszym na świecie bilionerem. Ale im bardziej rośnie majątek Jeffa Bezosa, tym bardziej jego biznesy są krytykowane.

– Jeff Bezos jest tak bogaty, że wziął rozwód i nadal jest najzamożniejszym człowiekiem świata – zażartował Chris Rock podczas oskarowej gali. Sala wybuchła śmiechem. Wtedy śmiał się nawet sam adresat dowcipu. 

Niekoniecznie do śmiechu jest mu jednak w ostatnich tygodniach. Choć jego majątek wciąż rośnie w ogromnym tempie (tak ogromnym, że jest kwestią sześciu lat, by przekroczył granicę biliona dolarów), to zamiast zachwytów nad zaradnością zbiera coraz więcej batów za budowanie potęgi rynkowej kosztem pracowników, konkurencji i uzależniania od siebie kolejnych rynków. 

Jeszcze w 2019 r. Bloomberg i Forbes szacowali majątek szefa Amazonu na 110 miliardów dolarów. Większość tej sumy nie pochodzi jednak z pensji wypłacanej CEO jednej z najbardziej wartościowych firm świata – jej wysokość nie zmieniła się od 1998 r. i wynosi 81 840 dolarów rocznie. Ogrom majątku Bezosa to udziały w Amazonie. Według przeprowadzonej w 2018 r. analizy to dzięki nim zarabiał tego roku średnio 260 mln dol. dziennie. Robi wrażenie. Ale nie tylko pozytywne. 

– Gdy Jeff Bezos jest na najlepszej drodze do zostania pierwszym na świecie bilionerem, w trakcie pandemii Amazon kończy z dodatkami dla pracowników magazynów i dostawców będących na pierwszej linii walki z epidemią. To niemoralne – zagrzmiała kilka tygodni temu na Twitterze Elizabeth Warren, była kandydatka Demokratów na prezydenta, która dała się poznać jako gorąca zwolenniczka uregulowania największych technologicznych korporacji. 

Głosów podobnych do Warren z tygodnia na tydzień jest coraz więcej. 

Oskarżenie: Monopol

Przez lata takie krytyczne wobec Amazonu głosy pracowników, dziennikarzy i członków organizacji pozarządowych ginęły wśród zachwytów nad wygodą internetowych zakupów i szybkiej dostawy. Te zaś, które mogłyby dostać się do uszu urzędujących na Kapitolu polityków, skutecznie tłumiła armia lobbystów. W ostatnich latach jednak sporo się zmieniło. Coraz głośniejsze i coraz bardziej krytyczne głosy dotyczące działalności gigantów z Doliny Krzemowej sprawiły, że zaczęto pytać o koszty realizowanego przez cyfrowych potentatów „amerykańskiego snu” i o to, kto je właściwie ponosi.

Ostatnie dwa lata to ciąg kolejnych przesłuchań szefów Big Tech. Na Kapitol zapraszani byli – i zaproszenia przyjęli, choć raczej z umiarkowanym entuzjazmem – ludzie, którzy stali się symbolami internetowych potęg: Mark Zuckerberg, Tim Cook i Sundar Pichai. Do pełni brakowało tylko Bezosa. CEO Amazonu wzywany przed komisję antymonopolową uprzejmie odmawiał. Do teraz. Prawnicy najbogatszego człowieka świata 14 czerwca ogłosili, że tym razem zaproszenie zostanie przyjęte. Na pewno nie będzie to jednak najmilsza z wizyt. Ze strony amerykańskich polityków wreszcie na najwyższym stopniu padną kłopotliwe pytania o to, jak Amazon traktuje konkurencję i własnych pracowników. 

Jednym z najważniejszych wątków antymonopolowego dochodzenia jest nadużywanie przez Amazon jego wyjątkowej pozycji sprzedawcy i dostarczyciela sprzedażowej infrastruktury jednocześnie. Firmie zarzuca się, że jako platforma zbiera informacje na temat przedmiotów wystawianych u siebie przez konkurencyjne firmy, aby potem jako właściciel mniejszych marek wykorzystać je przy tworzeniu własnych produktów.

Rok temu podczas przesłuchania przed kongresem parlamentarzyści dopytywali Nate'a Suttona, prawnika Amazonu, czy takie praktyki mają miejsce. Ten zaprzeczył, jednak opublikowany niedługo potem artykuł w dzienniku „The Wall Street Journal” sugerował coś wręcz przeciwnego. Według informacji zdobytych przez dziennikarzy pracownicy Amazonu korzystali z danych poszczególnych firm, żeby decydować, które produkty tworzyć i sprzedawać pod własnymi markami. Jeśli doniesienia dziennikarzy są prawdziwe, szef Amazona będzie musiał tłumaczyć się także z tego, dlaczego prawnik firmy mijał się z prawdą, zeznając pod przysięgą. 

Sprawa jest tym ważniejsza, że Amazon dostęp do danych na temat sprzedaży w USA ma ogromny. Według niektórych szacunków firma kontroluje aż połowę handlu w Stanach Zjednoczonych: nie tylko wystawia produkty, ale często odpowiada też za ich wysyłkę i reklamę. Dzięki temu ma dostęp do szeregu informacji, których nie znają nawet właściciele wystawiających się na niej biznesów. Efekt: Amazon bawi się całym pudełkiem puzzli razem z obrazkiem z opakowania, a inni muszą poprzestać najwyżej na pojedynczych elementach, które wypadły z dziurawego opakowania. 

Oczywiście ryzyko związane z dominującą pozycją Amazonu na rynku handlu przedstawiciele firmy szybko bagatelizują. W oficjalnej komunikacji firma zamiast podkreślać swoją wielkość i potęgę, oficjalnie umniejsza swoją rolę w kontekście zarówno wewnętrznego amerykańskiego, jak i międzynarodowego handlu, podkreślając, że poza nią istnieją tacy giganci, jak Walmart czy Alibaba. Nawet menedżerowie firmy uczulani są na to, jak wypowiadają się o jej wielkości.

– Kiedy pracowałem dla Amazonu, przechodziliśmy kursy na temat używania terminologii, takiej jak „monopol”. Nie pozwolono nam posługiwać się określeniem „udział w rynku”. Amazon posiada coś, co nazywamy „udziałem w segmencie rynku”. (...) To taki uprzejmy sposób na powiedzenie, „Nie będziemy rozmawiać o tym, jak dużą firmą jesteśmy” – tłumaczył w wywiadzie dla PBS James Thomson, były starszy menedżer w Amazonie.

Obsesja klienta 

Amerykańscy prawodawcy skupili się póki co na problemie z informacyjnymi przewagami Amazona. Ale jest to tylko jedno z narzędzi, którym dysponuje firma Bezosa, a które znajdują się poza zasięgiem jego konkurencji. Firma od samego początku o swoją pozycję na rynku walczy z zaciętością, która może i imponować, i przerażać. Jednym z najgłośniejszych pokazów siły Amazonu, który pozwala sobie uzmysłowić potęgę firmy, był jego głośny spór z wydawnictwem Hattchet. 

Gdy w 2014 r. książkowy wydawca zdecydował się odrzucić proponowaną przez Amazon umowę dotyczącą ustalania cen jego e-booków, rozpoczął się wielomiesięczny wyniszczający spór między firmami. Oczywiście wyniszczający głównie dla mniejszej firmy. Amazon zaczął sztucznie opóźniać dostawę książek należących do wydawnictwa, zmieniał wyniki wyszukiwania ich pozycji, nie pozwalał na składanie pre-orderów i odmawiał sprzedawania części książek u siebie. To dla Hattchet była katastrofa. W trzecim kwartale 2014 roku sprzedaż ich produkcji spadła o 18,5 proc. w stosunku do roku poprzedniego. Amazon, owszem, też ucierpiał, ale gównie wizerunkowo, bo cała trwająca miesiące batalia przyciągnęła uwagę mediów. 

Gdy firmy w końcu ustaliły nowe zasady dotyczące cen e-booków, okazało się, że największymi przegranymi są autorzy książek. I to nie tylko ci publikujący pod skrzydłami Hattchet. 

– Ostatecznie gra toczy się o to, czy Amazon będzie w stanie swobodnie nękać wydawców tak długo, aż przestaną istnieć – gorzko komentował John Green, autor bestsellera „Gwiazd naszych wina”.

Amazon tłumaczy, że jego nieugięta postawa to po prostu twarde negocjacje w imieniu klienta. Frazes „klient nasz pan” Bezos podniósł właściwie do rangi obsesji. To on jest najważniejszy, to jego dobro i dobro jego kieszeni ma usprawiedliwiać wszystkie działania firmy. Dlatego na spotkaniach zarządu w Amazonie zawsze jedno krzesło pozostaje puste. Reprezentujący klienta mebel ma być przypomnieniem, że wszystko, co firma robi, robi dla niego. W tej powtarzanej przez przedstawicieli firmy narracji jej rynkowy sukces jest po prostu bezpośrednią wypadkową obsesji, która jest kamieniem węgielnym firmy.

Taka nie do końca księgarnia  

Wszystko zaczęło się dosyć niewinnie: od księgarni internetowej. Strona Amazon.com ujrzała światło dzienne ćwierć wieku temu, w lipcu 1995 r. Jej sukces był niemal natychmiastowy. Amazon zaczął wysyłać paczki z książkami nie tylko do najodleglejszych zakątków w Stanach Zjednoczonych, ale także do 45 innych krajów. Klienci zachwyceni wygodą dostawy napływali nieprzerwanym strumieniem, porzucając tradycyjne księgarnie na rzecz szybkości, a przede wszystkim ceny, którą mógł zaoferować nowy gracz. 

W latach 90. prawo podatkowe w Stanach faworyzowało sklepy internetowe i zwalniało je z części opłat, które musiała płacić konkurencja. Te same tytuły na Amazonie był tańsze, klienci chodzili więc do księgarni zajrzeć do interesujących ich książek i przejrzeć nowości, a potem ruszali do komputerów złożyć swoje zamówienie na wybrane tytuły na Amazonie. Potęga firmy rosła, a wraz z nią jej asortyment. Z czasem do książek dołączyły płyty CD i filmy, ubrania, elektronika i zabawki. Amazon powoli, ale nieodparcie stawał się tym, czym jest teraz – wielobranżowym sklepem, w którym można znaleźć wszystko. 

Pęknięcie internetowej bańki w latach 90., które pogrążyło setki firm, ledwie zachwiało internetowym gigantem. Filozofia biznesu wyznawana przez Jeffa Bezosa różniła się bowiem od tej, którą preferowali jego konkurenci. Nie uzależnił się od Wall Street, giełda go nie interesowała, a wycena akcji była tylko jednym z czynników świadczących o wartości firmy. Nigdy jednak nie była czynnikiem najważniejszym. Amazon nie przynosił zysków przez lata, a udziałowcy to zaakceptowali. Bezos od samego początku, jeszcze w garażu, w którym na kolanach składał kolejne paczki, wiedział, że nie chce poprzestać tylko na sklepie z książkami. Amazon miał sprzedawać wszystko, wszystkim i wszędzie. To była firma, która miała zdobyć dominację. Tą wizją ogromnych, choć odległych zysków, zarażał i czarował tak skutecznie, że inwestorzy pozwolili mu na to, na co wtedy jeszcze pozwalano niewielu – na tracenie pieniędzy.  

– Na samym początku, oznajmił inwestorom: „Mam strategię, dzięki której zmonopolizuję rynek. To wynagrodzi twoje straty, ale na nagrodę będziesz musiał poczekać. Czy jesteś na to gotów?”– podsumowuje tę strategię w rozmowie z PBS Stacy Michell, współzałożycielka instytutu wspierającego lokalną przedsiębiorczość (Institute for Local Self-Reliance) i anty-amazońskiej koalicji Athena.

Dlatego właśnie inwestorzy się od niego nie odwrócili, choć nie wszystko, czego dotknął Bezos, zmieniło się w złoto. Najlepszy przykład – niesławny Fire Phone, który powstał w 2014 r. i był spektakularną klapą. Telefon, który miał sprawić, że Amazon wejdzie do smartfonowej gry, nie olśnił ani recenzentów, ani klientów. W pierwszych tygodniach sprzedano zaledwie 35 tys. sztuk smartfona, a wyniku nie poprawiła znacząco nawet drastyczna obniżka jego ceny do 1 dolara w abonamencie.

Jego firma, jedna z najwyżej wycenianych na świecie, może sobie jednak pozwolić na luksus przepalania pieniędzy na nieudane projekty i zakupy. Z nawiązką finansowały je te, które podbiły świat: Kindle, Alexa, Whole Foods, Ring. W koronie królestwa Bezosa są dwie wielkie perły: Amazon Web Service, czyli usługi chmurowe i Amazon Prime, prężna platforma VOD. 

Gdy dodatkowo przyszła pandemia i lockdown, to pozycja Amazonu i jego usług, w tym jednodniowej dostawy, zaczęła niebotycznie wzrastać. W nowej rzeczywistości Amazon jawił się Amerykanom jak wybraniec, który może przeprowadzić ich zdrowych przez morze zabójczych wirusów czających w zakątkach fizycznych sklepów. Tyle że to, co tak podniosło kurs akcji, może je także zatopić. Głosy zachwytu nad wygodą internetowych zakupów coraz częściej przeplatają bowiem pytania o ich realny koszt.

Nie chcemy być bohaterami

Odwiedzających magazyny Amazonu na całym świecie witają wielkie napisy: „Work Hard. Have Fun. Make History”, czyli: „Ciężko pracuj. Baw się. Twórz historię”. Te hasła mają wiecznie przypominać pracownikom, że są więcej niż robotnikami. Jeff Bezos w czasie pandemii głośno nazywał ich „bohaterami walczącymi dla swoich społeczności". Amazon zaś wypuszczał reklamy, w których dziękuje im za pomoc i pracę w tym trudnym dla wszystkich czasie.

Tyle że chwalące heroizm swoich podwładnych słowa szefa i pełne patosu filmy jaskrawo kontrastują z obrazem malowanym na łamach gazet i w mediach społecznościowych ustami samych pracowników. Jak echo powracają zarzuty o to, że firma nie zrobiła wystarczająco dużo, by chronić „swoich bohaterów”.

– Nie potrzebujemy reklam z podziękowaniami, potrzebujemy lepszej ochrony i takiej płacy, na jaką zasługujemy – mówi „New York Timesowi” Courtenay Brown, pracownica Amazonu. Dodaje: – Mówią, że jesteśmy kluczowi. Mówią, że jesteśmy bohaterami. Ale ujmę to tak, jesteśmy łatwi to wymienienia. W kraju jest ponad 30 mln bezrobotnych. 

AVP1 to leżący na północnym wschodzie Pensylwanii magazyn, w którym ponad 100 osób zostało pozytywnie przetestowanych na koronawirusa. Z rozmów przeprowadzonych przez „New York Timesa” z pracownikami firmy wynika, że menedżerowie znali zalecenia dotyczące bezpieczeństwa, ale nie podchodzili do nich poważnie. Obowiązek zakrywania ust został wprowadzony późno, tak samo jak kontrole temperatury ciała pracowników. Na przerwie obiadowej ludzie tłoczyli się w jednym pomieszczeniu, bo do połowy kwietnia nikt nie wpadł na to, żeby podzielić ich na mniejsze grupy. Jednocześnie co kilka dni firma informowała, u ilu pracowników magazynu zdiagnozowano koronawirusa. Gdy ta liczba dobiegła 60, przestano podawać szczegółowe informacje – mówiono już tylko o tym, że pojawiły się kolejne zakażenia. Firma nie chciała siać strachu, tymczasem przypadki zarażenia wirusem odnotowano w ponad 50 magazynach Amazonu. Pracownicy bali się, pisali do polityków, żalili się w mediach społecznościowych.

„Jest już 9 przypadków zakażeń, a magazyn pracuje jak zwykle” – maila o tej treści pokazuje dziennikarzom Tarah Toohil, lokalna polityczka partii Republikańskiej. Urząd Zdrowia i Bezpieczeństwa Pracy przyznaje, że ktoś doniósł, że w magazynach nie ma środków dezynfekcyjnych i pracownicy, jeśli chcą być bezpieczni, muszą własne przynosić z domu.

AVP1 to prawdopodobnie skrajny przypadek, ale głosy mówiące o zbyt wolnym wprowadzeniu nowych zasad lub ich ignorowaniu, o brakach w zaopatrzeniu w maseczki ochronne i środki dezynfekcyjnie, o niemożności utrzymania dystansu społecznego w wielkich halach, w których na jednej zmianie pracuje ponad 200 osób, pojawiają się w mediach tradycyjnych i społecznościowych regularnie. Kolejne magazyny okazują się wylęgarniami zakażeń. Centrum logistyczne w Minneapolis, w którym pracuje 1 tys. osób, odnotowało 88 zachorowań na koronawirusa w 70 dni.

Amazon został na początku czerwca pozwany przez trójkę swoich pracowników za to, że warunki w magazynach naraziły ich na zarażenie się koronawirusem. W pozwie możemy przeczytać o tym, że normy, które narzucała firma, uniemożliwiały choćby dostatecznie częste mycie rąk i utrzymanie dwumetrowego dystansu od innych. 

– Amerykanie, którzy chronią się na wszelkie sposoby, mogą ryzykować zarażenie się COVID-19, bo Amazon zdecydował, że ważniejsze są efektywność i zyski, a nie zdrowie jego pracowników – pisało w otwartym liście do Jeffa Bezosa czworo amerykańskich senatorów, w tym Bernie Sanders, były demokratyczny kandydat na prezydenta.

Podobnie niepokojące sygnały dochodziły także z magazynów w Europie. W połowie kwietnia sąd w Nanterre we Francji ograniczył działanie centrów dystrybucji Amazonu w tym kraju do obsługiwania tylko podstawowych produktów. Powodem wprowadzenia obostrzeń były skargi pracowników, którzy czuli, że nie są odpowiednio chronieni. 

Pracownicy polskiego oddziału Amazona pod Poznaniem wskazywali z kolei, że korporacja próbuje za wszelką cenę zarobić na epidemii. Zwiększyła im zakres obowiązków, rekrutowała nowych pracowników bez specjalnej kontroli czy faktycznie mogą pracować w obecnych warunkach, domagała się cięższej pracy za niekoniecznie większą zapłatę i ogłaszała nadgodziny.

Amazon stara się odpowiadać na stawiane mu zarzuty. W USA firma zwiększyła stawkę godzinową pracownikom magazynów i dostawcom o 2 dolary za godzinę w ramach dodatku do pracy w niebezpiecznych warunkach, zwiększyła płacę za nadgodziny i pozwoliła pracownikom wziąć bezpłatny urlop na życzenie. Pozwoliła też na wzięcie dwóch tygodni płatnego chorobowego urlopu, ale tylko, jeśli pracownik uzyskał pozytywny wynik testu na koronawirusa lub został poddany kwarantannie. W polskich warunkach może nam się to wydawać oczywistością, ale pamiętajmy, że amerykańskie prawo pracy jest znacznie mniej opiekuńcze.

Niedawno firma wprowadziła też w magazynach nowy sposób monitorowania pracowników. Oficjalnie ma on oczywiście zadbać o ich bezpieczeństwo – specjalne kamery sprawdzają, czy pracownicy stosują się do zasad zachowania społecznego dystansu.

Amazon uznał, i wiele na to wskazuje, że w kwestii ochrony przed wirusem to wystarczy i według firmy – kryzys już minął. Dodatek do pensji za pracę w niebezpiecznych warunkach skończył się 1 czerwca, możliwość wzięcia nieograniczonego wolnego minął 1 maja. I tylko dziwić w tym kontekście może, że pracownicy biurowi firmy będą mogli pracować z zacisza własnych domów aż do października.

Niebezpieczny zawód

Kryzys krytykę Amazona wzmocnił. Ale ta nie jest nowością i narasta od lat. Jednak wcześniej pytania o koszt jednodniowej dostawy – znaku rozpoznawczego Amazonu – często ginęły wśród zachwytów nad tym rozwiązaniem.

W 2019 r. The Atlantic i Reveal opublikowały głośny raport dotyczący wypadków w centrach dystrybucji należących do Amazonu. Ich autorom udało się zdobyć dane z 23 spośród 110 centrów dystrybucji w Stanach. Z analizy wynikało, że w 2018 r. pracownicy magazynów firmy doznali dwa razy więcej poważnych kontuzji niż ich koledzy po fachu z innych firm. Firma broniła się, że te statystyki nie wynikają ze złych warunków pracy lub wiecznej presji, przez którą pracownicy priorytetyzują szybkość nawet kosztem bezpieczeństwa. – Na te liczby trzeba patrzeć inaczej – tłumaczyła w przesłanym oświadczeniu Ashley Robinson, przedstawicielka firmy. – One nie świadczą o wadach firmy, one mówią o jej zaletach. Amazon po prostu bardzo skrupulatnie wszystkie wypadki odnotowuje, a potem pozwala pracownikowi dojść do zdrowia w takim tempie, jakiego ten potrzebuje, co źle wygląda w statystykach.

Jedną z historii, która miała obrazować atmosferę w pracy i podejście zarządu do spraw bezpieczeństwa, była historia wypadku w centrum logistycznym w Eastvale. Gdy doszło tam do wycieku gazu, menedżerowie nie uznali tego za dostateczny powód, by zwolnić załogę z pracy. Każdy, kogo mdliło, kto wymiotował, kto miał zawroty głowy, musiał zostać, a wyjście oznaczało redukcję pensji. Amazon w oficjalnym oświadczeniu zaprzecza, że w wyniku wycieku zdrowie pracowników było zagrożone. Zanim strażacy dotarli na miejsce, zespół odpowiedzialny w firmie za bezpieczeństwo ocenił, że pracownicy mieli dostatecznie dużo świeżego powietrza, by normalnie pracować. 

Czyny i banery

Do listy zarzutów stawianych Amazonowi przez jego własnych pracowników doszły ostatnio także te dotyczące istnienia w firmie systemowego rasizmu. W kwietniu jeszcze przed protestami, które wybuchły po zabiciu George'a Floyda, grupa pracowników Amazonu napisała do Jeffa Bezosa i menedżerów firmy list, w którym skarży się na istnienie uprzedzeń rasowych w Amazonie i proponuje wpisanie wspierania różnorodności na listę priorytetów firmy. Wśród zarzutów stawianych anonimowo przez pracowników pojawiało się pomijanie podczas awansu, negatywne traktowanie krytyki płynącej z ust osób czarnoskórych czy ignorowanie rasistowskich napisów pojawiających się w miejscu pracy. List został opatrzony szeregiem dowodów anegdotycznych przytaczanych anonimowo przez pracowników, z których aż jedna czwarta jest czarnoskóra.

Wysuwane w liście żądania zostały odrzucone, bo, jak twierdzi firma, już są realizowane, ale w nieco inny sposób. Jednocześnie Amazon publikuje na stronie banery wspierające Black Lives Matter, a sam Jeff Bezos głośno mówi w mediach społecznościowych o swoim wsparciu dla ruchu. Na Instagramie opublikował nawet post, który ma pokazać, że on i jego firma stoją murem za swoimi przekonaniami, nawet jeśli ma stracić w ten sposób klientów. Screen pełnej rasistowskiej nienawiści wiadomości opatrzył informacją, że to tylko jedna z wielu gróźb, których autorzy piszą, że Amazon przez wyrażanie wsparcia dla protestujących traci klientów. Jej autorowi odpisał: „Dave, jesteś tym rodzajem klienta, którego stracę z chęcią”.

Majątek Bezosa

To, czy majątek Bezosa sięgnie biliona dolarów w 2026 r., dwa lata później czy nigdy, nie zależy jednak od tego Dave'a ani jego kolegów, ale od inwestorów i polityków. To oni mają za zadanie ocenić, czy Amazon nie wykorzystuje swojej unikalnej pozycji do nieuczciwego osiągnięcia rynkowej przewagi i bycia wszechwładnym monopolistą. 

Pytania o warunki pracy w magazynach tylko z pozoru należą do innej dyskusji. To one przemawiają lepiej do wyobraźni niż abstrakcyjne prawo antymonopolowe i podważają pozycję Amazonu w amerykańskich sercach. 

Douglas Preston, amerykański autor, który zaangażował się w spór Hatchett z Amazonem, wspomina, że gdy próbował wyjaśnić w Departamencie Sprawiedliwości, dlaczego tak wielka władza Amazonu nad rynkiem wydawniczym jest niebezpieczna, usłyszał: „Amazon jest jedną z najbardziej lubianych firm w kraju. Zrobił wiele dla klientów i sprawił, że płacą oni niższe ceny”.

Dziś być może usłyszałby już inną odpowiedź.

Tagi:
przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst