REKLAMA
  1. Spider's Web
  2. Technologie
  3. Social media

Serwisy społecznościowe to rak. Przez nie internet stał się wyjątkowo ponurym miejscem

Media społecznościowe są śmiertelnie chore. Z jednej strony zamieniły się w rynsztok, którym płynie rzeka hejtu. Z drugiej, dają głos ludziom, którzy nigdy nie powinni go otrzymać. 

14.03.2023
17:24
Media społecznościowe
REKLAMA

Z grubsza serwisy społecznościowe wyglądają obecnie tak: jedni się w nich lansują, inni obrzucają ich błotem. Ok, są jeszcze media, które piszą o tych pierwszych, a jak już szambo wybije na wysokość Pałacu Kultury i Nauki, to również o drugich. I nie, nie mam na myśli wyłącznie treści z tabloidów czy Pudelka. Hejt w social mediach jest wszechobecny. Nie wierzycie? Poczytajcie komentarze pod dowolnym postem zamieszczonym przez dowolne medium na dowolny temat, a przekonacie się, że to prawda.

Nie jest istotne, czy mamy do czynienia z wypadkiem drogowym, nową stylizacją celebrytki, zbiórką na szczytny cel. Nienawiść płynie szerokim potokiem. O tematach drażliwych z punktu widzenia konserwatywnego polskiego społeczeństwa nie ma nawet co wspominać: czarnoskóre elfy (500 komentarzy), jedzenie wysokoproteinowych bezkręgowców (tyle samo), Jan Paweł II (niepoliczalne). Tematy można mnożyć w nieskończoność pewne są dwie rzeczy: że pojawi się pod nimi mowa nienawiści i tzw. filozofia chłopska oparta o dialogi wielkiego myśliciela Kazimierza Zdroworozsądkowego.

Czytaj także:
- Jak niepełnosprawny pracownik Twittera po mistrzowsku rozegrał Elona Muska
- Presja ma sens. TikTok się ugina pod naporami i mówi, że będzie już grzeczny w Europie
- Jak usunąć konto na Facebooku i Messengera? Co z kontem FB po śmierci?

REKLAMA

Media społecznościowe wzmacniają ignorantów.

Pod koniec XX w. dwaj uczeni - David Dunning i Justin Kruger opisali zjawisko, które od ich nazwisk nosi nazwę efektu Dunninga-Krugera. Najprostszy sposób wyjaśnienia tego efektu (z pominięciem pewnych statystycznych korelacji) sprowadza się do tego, że osoby posiadające jakieś kwalifikacje mają tendencję do zaniżania własnych umiejętności i – odwrotnie – ludzie, którzy żadnymi ekspertami nie są, pokładają wiarę we własne kompetencje i ocenę zjawisk.

Przykładem takiego błędu poznawczego może być niedawna dyskusja, którą odbyłem na facebookowej stronie Spider’s Web z jednym z użytkowników. Zamieściliśmy link do artykułu z polskim cennikiem usługi Twitter Blue, gdy przeczytałem, że to tekst napisany przez konkurencję - w domyśle w celu zdyskredytowania Twittera - a autor komentarza pierwsze słyszy o opłatach w serwisie społecznościowym. Pół żartem, pół serio odpisałem komentującemu, że żyje w ciekawym świecie, skoro obiektywne zjawiska nie istnieją, jeżeli on o nich nie słyszał. Dodałbym, że to prawie jakaś odmiana solipsyzmu (przy okazji polecam tekst Przemysława Pająka na ten temat), gdybym miał chociaż cień nadziei na to, że komentator potrafi spojrzeć nieco dalej niż poza czubek własnego nosa. Najwyraźniej jednak własne przekonania o świecie uważa za pewne i niezmienne.

Powyższy obrazek to tylko jeden z milionów przykładów na to, że aktywni komentatorzy w internecie bardzo poważnie traktują swoją wiedzę i kompetencje. To dlatego często się mówi, że internauci (a nawet - zastosujmy pojemniejszy zbiór – Polacy), znają się na wszystkim w zależności od bieżących trendów. Aktualnie dotyczy to papiestwa, ale wystarczy zwycięstwo w jakimś egzotycznym sporcie, żeby nastąpił wysyp ekspertów od tej dyscypliny.

Wolność mówienia i pisania głupot nie jest prawem człowieka.

Słownikowa definicja wolności słowa mówi, że jest to „prawo do swobodnego wypowiadania swoich myśli”. Każdy ma prawo zabrać głos na dowolny temat i wpisuje się to w kanon obowiązujących wartości w krajach demokratycznych. Z tym prawem wiąże się oczywiście szereg problemów. 

„Nie zgadzam się z tym co mówisz, ale oddam życie, abyś miał prawo to powiedzieć” – miał powiedzieć Wolter, ale w rzeczywistości zrobiła to za niego biografka, Evelyn Beatrice Hall. To bardzo idealistyczne motto jest dziś często przywoływane w różnych dyskusjach o wolności słowa. Ma podkreślać, że bez względu na to, co powie jednostka, jej prawo do ekspresji poglądów jest niezbywalne. Prawo to jest tak fundamentalne, że de facto znosi konieczność mówienia z sensem. To oczywiście wolna interpretacja na modłę miłośników absolutnej wolności słowa.

Czy rzeczywiście jednak wolność słowa jest absolutna i – co za tym idzie – może manifestować się w dowolny sposób? Wbrew temu co, mówią wolnościowcy, odpowiedź na to pytanie brzmi: NIE. Po pierwsze bowiem, tę wolność ogranicza dobro, a czasem bezpieczeństwo drugiego człowieka. Dlatego w prawodawstwie wielu cywilizowanych krajów znajdziemy np. pojęcie zniesławienia. Drugim, mniej ostrym kryterium jest - wybaczcie ten ton, inaczej się nie da – kryterium prawdy. Bez patosu rzecz ujmując, jest to kryterium zgodności z rzeczywistością. Zresztą klasyczna definicja prawdy sięgająca czasów Arystotelesa, definiuje ją właśnie jako zgodność bytu z umysłem.

Jeżeli ktoś zatem mówi, że Ziemia jest płaska, kłamie! Ba, w kieszeni otwiera się nóż, gdy uświadomimy sobie, że Eratostenes z Cyreny potrafił tego dowieść już w III w p.n.e., a dziś, w dobie sond kosmicznych, lotów orbitalnych i na Księżyc, niektórzy przedstawiciele ludzkości próbują negować ten oczywisty fakt. I owszem, można uznać płaskoziemców i innych negacjonistów nauki za folklor, ale ostatecznie może się okazać, że absurdalne narracje przebiją się do świadomości milionów ludzi. Być może płaska Ziemia nie jest najszczęśliwszym przykładem, ale np. kwestie szczepień pokazują, że problem realnie istnieje. Cóż z tego, że kłamstwa nieuczciwego lekarza na temat związku szczepionek z autyzmem zostały sfalsyfikowane, a on sam został zdyskredytowany, gdy jego kłamstwo zyskało własne życie i dla wielu ludzi na świecie jest nadal prawdą?

Czy wolność słowa należy ograniczyć?

Dotarliśmy do najtrudniejszego pytania, jakie trzeba postawić w tym tekście. Odpowiedź na nie ma potencjał niszczący, bo nawet przebąknięcie o ograniczeniu wolności słowa, wywoła wybuch niezadowolenia i oskarżeń o promowanie totalitaryzmu. Otóż, nie zamierzam postulować ograniczenia wolności słowa. Ale nigdy nie zgodzę się, że jest to wartość absolutna, która ma pierwszeństwo przed innymi wyznawanymi przez ludzkość zasadami. 

W starym świecie, gdy Kazimierz Zdroworozsądkowy wygłaszał opinię na dowolny temat siedząc na ławce pod blokiem, grono jego odbiorców liczyło kilka osób. Kilkanaście, gdy był akurat na weselu i bardzo chciał podzielić się swoją wizją polityki zagranicznej kraju. Dziś możliwe jest, że nawet najgłupsze opinie (bo przecież nie teorie) mają szansę na znacznie większy poklask. Rzecz jasna nie jestem naiwny i nie twierdzę, że pani Krystyna lub pan Marek posiadają milionowe zasięgi umożliwiające im dotarcie do szerokiego kręgu odbiorców, ale z całą pewnością przekraczają liczbę określoną przez Robina Dunbara. Ten brytyjski antropolog postawił hipotezę, że przedstawiciel homo sapiens jest w stanie utrzymywać relację z maksymalnie 148 osobami. Dzięki mediom społecznościowym możemy mieć ich tysiące, a oprócz tego jesteśmy w stanie dyskutować pod niezliczonymi postami na stronach czy grupach z zupełnie obcymi osobami.

Świadomość łatwości dotarcia do odbiorców staje się zachętą do wyrażania poglądów na każdy temat i w dowolny sposób. Nawet jeżeli wyrzucimy z równania zastępy płatnych trolli różnej proweniencji, to zostaną nam tysiące komentarzy internautów przekonanych o wyjątkowości własnych poglądów. Jako że społecznościówki skracają dystans, a internet daje złudne poczucie anonimowości, do tego wszystkiego trzeba dodać wyjątkową łatwość obrażania, piętnowania, wyśmiewania itp.

REKLAMA

Świat słał się wyjątkowo paskudnym miejscem dzięki (czy raczej z winy) mediów społecznościowych. Założyciel Facebooka, Mark Zuckerberg, wyjątkowo upodobał sobie frazes o łączeniu ludzi. W praktyce Facebook, Instagram, TikTok  czy Twitter czynią coś dokładnie przeciwnego – oddalają ludzi od siebie.

Efekt? Niech ponurą puentą tego tekstu będzie fakt, że 60 proc. młodych ludzi odczuwa samotność. Raport cytowany przez Barbarę Erling nie pozostawia wątpliwości, że internet, a w szczególności serwisy społecznościowe zrobiły coś strasznego z ludźmi, a żadne pokolenie nie czuło się tak samotne.

REKLAMA
Najnowsze
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA