REKLAMA
  1. SPIDER'S WEB
  2. Foto
  3. Technologie

Tak wygląda pierwsze zdjęcie zrobione aparatem 200 Mpix. Nie jestem pod wrażeniem

Właśnie zobaczyliśmy pierwsze zdjęcie wykonane nowym aparatem 200 Mpix, który niebawem zadebiutuje wraz z chińską Motorolą Edge 30 Ultra, a niebawem zapewne trafi też do innych urządzeń. Jeśli ten jeden przykład nam coś mówi, to tylko tyle, że wojna na megapiksele to droga donikąd.

Pierwsze zdjęcie z aparatu 200 Mpix w telefonie jest... przeciętne
REKLAMA

Dołącz do Amazon Prime z tego linku, skorzystaj z promocji (30 dni za darmo) i kupuj taniej podczas pierwszego Amazon Prime Day w Polsce.

REKLAMA

Tzw. "megapixel wars" to koncepcja sięgająca blisko 20 lat wstecz. Najpierw na coraz to "większe" matryce ścigali się producenci profesjonalnych aparatów cyfrowych - gdzie przez "większe" należało rozumieć nie fizycznie większe matryce, lecz większe zagęszczenie pikseli na matrycy.

Wojna na megapiksele również w smartfonowym świecie trwa w najlepsze, choć na przestrzeni ostatnich dwóch lat nieco przycichła. Producenci aparatów nieco się uspokoili i stanęliśmy de facto na trzech standardach: 64 Mpix, 50 Mpix oraz 108 Mpix. Pozostał też iPhone ze swoimi niezmiennymi 12-megapikselowymi aparatami, ale to nieco inna historia.

Po co cały ten wyścig na megapiksele? Odpowiedzi jest kilka (w tym marketing), ale jedną z najważniejszych jest próba oszukania praw fizyki. Otóż największą bolączką aparatów w smartfonach jest ich fizycznie niewielki rozmiar, a co za tym idzie, niewielka powierzchnia, na którą pada światło. Tę powierzchnię można wykorzystać na dwa sposoby: albo stosując mniejszą liczbę pikseli o większej wielkości (ale kosztem rozdzielczości obrazu), albo zwiększyć liczbę pikseli, lecz przy użyciu oprogramowania łączyć sąsiadujące ze sobą piksele w jedno. To tzw. pixel binning, czyli - tłumacząc na ludzki język - gdy mamy matrycę 108 Mpix, to w trybie automatycznym telefon wcale nie robi zdjęć o rozdzielczości 108 Mpix, lecz 12 Mpix.

Dzieje się tak dlatego, iż aparat odczytuje 9 sąsiadujących ze sobą pikseli jako jeden piksel. Teoretycznie pozwala to zebrać więcej światła na matrycy przy jednoczesnym wzroście ostrości obrazu. Teoretycznie, bo w praktyce w fotografii smartfonowej nikomu jeszcze fizyki się oszukać nie udało, a najlepsze aparaty na rynku (iPhone, Pixel, Galaxy S, etc.) uzyskują fenomenalne rezultaty nie tyle dzięki wielkim matrycom, a zaawansowanej optyce i - przede wszystkim - technologiom przetwarzania obrazu. To od cyfrowej obróbki i łączenia wielu ujęć w jedno zależy dziś finalna jakość fotografii wykonanej smartfonem. Liczba megapikseli ma znaczenie drugorzędne, co od lat udowadniają iPhone’y i Pixele, które mają najmniejsze matryce na rynku, a oferują najlepsze rezultaty za sprawą znakomitego przetwarzania.

I tym sposobem dochodzimy do matrycy Samsung ISOCELL HP1 o rozdzielczości 200 Mpix, która lada dzień zadebiutuje w smartfonie Motorola Edge 30 Ultra na rynku chińskim. Główny menedżer regionu chińskiego Motoroli właśnie opublikował pierwsze zdjęcie wykonane tym telefonem i tylko podkreślił to, co wszyscy wiedzieli od dawna - same megapiksele nic nie znaczą.

Jakie zdjęcia robi aparat 200 Mpix?

Słowem: przeciętne. Co prawda zdjęcie wrzucone przez przedstawiciela Motoroli do najwybitniejszych nie należy, ale daje dobry ogląd na to, jak prezentują się takie aspekty jak rozpiętość tonalna czy odwzorowanie barw. Ostrości i występujących na niektórych kolorach artefaktów nie poddaję ocenie, gdyż mogą one wynikać z kompresji po publikacji zdjęcia w internecie.

Oryginalna fotografia waży 13 mb i ma rozdzielczość 50 Mpix, gdyż Motorola stosuje pixel binning 4w1, czyli łączy cztery sąsiadujące piksele. Podobno ma to zapewniać lepsze rezultaty niż łączenie 9 pikseli w matrycach 108 Mpix. Tutaj możecie zobaczyć ją skompresowaną do rozmiaru 1745x2327 px w celu oszczędzania rozmiaru:

Aparat 200 Mpix - przykładowe zdjęcie. Źródło: Weibo
Aparat 200 Mpix - przykładowe zdjęcie. Źródło: Weibo

Co widzi na tym zdjęciu przeciętny obserwator? Ładne kwiatki. Ładne kolory. Ot, zdjęcie jak każde inne. Co widzi na tym zdjęciu fotograf? Przede wszystkim to, że nie ma tu za grosz rewolucji. Pierwsza w oczy rzuca się słabość optyki idącej w parze z matrycą - widać jak na dłoni, że zdjęcie jest idealnie ostre tylko w samiuśkim centrum kadru, a im dalej, tym obrazek jest bardziej miękki i traci detal. To rezultat, który można było przewidzieć, gdyż im wyższa rozdzielczość matrycy, tym lepszy musi być tor optyczny, który ją poprzedza, a w tym zakresie niewielu producentów smartfonów dokonuje realnych postępów. Nawet Samsung, który wyprodukował tę matrycę, w klipie promocyjnym posunął się do... zamontowania profesjonalnego obiektywu, aby uzyskać lepsze efekty. A to, jak wiadomo, jest ściema, która nie znajdzie żadnego przełożenia na rezultaty uzyskiwane przez prawdziwe smartfony.

Widać również, że rozpiętość tonalna nie powala. Kwiatek na środku jest nieco prześwietlony i miejscami brakuje mu faktury, którą widać na dobrze wyeksponowanych płatkach. Również w cieniach w rogu kadru widać, że faktura materiału zlewa się w jedno, choć to może być akurat wynik kompresji.

Powiększenie 300 proc.

Widać też, że zdjęcie wykonane tym aparatem cierpi na spore przepalenie koloru; kolory są bardzo nierówne, miejscami blade, a gdzie indziej kompletnie przesycone. A to tylko prowadzi mnie do smutnej konkluzji, że lata lecą, Motorola pakuje do swoich telefonów coraz lepsze aparaty, ale wciąż nie potrafi stworzyć równie dobrego oprogramowania. Wszak to właśnie aplikacja aparatu zawsze była najsłabszym punktem smartfonów Motoroli, które nierzadko dysponowały znakomitymi matrycami, dobrą optyką, które kompletnie nie mogły wykorzystać swojego potencjału za sprawą przeciętnego przetwarzania obrazu.

Czy aparat 200 Mpix w telefonie ma sens?

Cóż, to zależy. Powyżej mamy tylko jedno zdjęcie, do tego zrobione w dobrych warunkach oświetleniowych - to niezbyt reprezentatywny przykład ani dla samej Motoroli Edge 30 Ultra, ani tym bardziej dla potencjalnych kolejnych smartfonów, które będą wyposażone w ten aparat. A jestem więcej niż pewien, że zaraz zobaczymy go w większej liczbie modeli, np. w przyszłorocznym Galaxy S23 Ultra.

REKLAMA

Samsung przekonuje nas, że potrzebujemy większej liczby megapikseli w smartfonie, żeby wydrukować sobie billboard (nie, serio). W końcu więcej megapikseli to więcej detali. W praktyce jednak widać jak na dłoni, że ta wojna na megapiksele naprawdę wymknęła się spod kontroli i nie wnosi żadnej wartości dodanej dla użytkownika. Do tego sprawia, że potrzebujemy więcej przestrzeni na dane (na telefonie i w chmurze), aby przechowywać te zdjęcia, a także potrzebujemy większej mocy obliczeniowej, by nasze smartfony w ogóle mogły zrobić i przetworzyć zdjęcie takiej wielkości. Biorąc to wszystko pod uwagę i patrząc na powyższe przykładowe zdjęcie, jakoś nie potrafię ukryć rozczarowania. To nie jest rewolucja w smartfonowej fotografii, na którą czekamy.

Publikacja zawiera linki afiliacyjne Grupy Spider's Web.

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA