Tech  /  Recenzja

Miałem ochotę wyrzucić je do śmieci, teraz nie chcę ich oddawać. Apple AirPods Max - recenzja

Picture of the author

Nigdy w życiu nie zetknąłem się z drugim tak frustrującym i tak dobrym produktem jednocześnie. Po wyjęciu Apple AirPods Max z pudełka miałem ochotę je wyrzucić na śmietnik, a teraz… teraz nie chcę ich oddać.

Ok, zdaję sobie sprawę, że na tę imprezę przychodzimy mocno spóźnieni. AirPodsy Max zadebiutowały w zeszłym roku, ale w redakcji nikt nie był na tyle szalony, żeby je sobie kupić, a z kolei problemy z dostawami były tak ogromne, że dopiero pod koniec marca 2021 r. pojawiła się opcja, żeby wypożyczyć je od sklepu x-kom.pl, za co - swoją drogą - serdecznie dziękuję.

Nie będę więc was zanudzał typową recenzją z wypisem specyfikacji, bo każdy, kto przejawia choćby cień zainteresowania tym sprzętem, zdążył już dowiedzieć się o nim wszystkiego. Miałem tego świadomość podchodząc do testów, więc dałem sobie na nie znacznie więcej czasu niż zwykle. Spędziłem z Apple AirPods Max ponad miesiąc i przez ten czas moje zdanie na ich temat diametralnie się zmieniło.

AirPods Max to najbardziej nieprzemyślany produkt Apple’a w ostatnich latach.

Gdy pierwszy raz zobaczyłem AirPodsy Max, nie miałem pojęcia, dla kogo w zasadzie powstały. A to rzadkość w świecie Apple’a, bo w Cupertino zwykle dwoją się i troją, żeby przekonać lud do zakupów i wyjaśnić, dlaczego warto. Tym razem coś się nie udało.

Przy pierwszym kontakcie z AirPods Max nadal nie wiedziałem, komu w zasadzie to potrzebne. Z czasem zrozumiałem, ale zanim do tego dojdziemy, wyjaśnię, co w tych słuchawkach poszło nie tak. A lista jest długa.

  • Po pierwsze - AirPods Max są cholernie ciężkie. Aluminiowa obudowa sprawia, że całość waży aż 385 g. To o połowę więcej od większości nausznych słuchawek Bluetooth z ANC.
  • Po drugie - AirPods Max są cholernie nieprzenośne. Nauszniki można obrócić i to tyle. Nie da się ich złożyć, nie da się ich wygiąć, nie da się ich nawet wygodnie położyć na szyi, bo nauszniki obracają się w złą stronę.
  • Po trzecie - AirPods Max są cholernie niewygodne. Apple co prawda zaprojektował pałąk tak, by w ogóle nie uciskał czaszki, ale za to uciskają ją puszki, ściskając głowę w żelaznym (o przepraszam, aluminiowym) uścisku. Po godzinie słuchania nacisk na czaszkę jest tak duży, że nie jestem w stanie wysiedzieć.
  • Po czwarte - nie tylko są niewygodne, ale też zaprojektowane z myślą o dorosłych z dużymi głowami. Serio, próba nałożenia AirPodsów Max dziecku lub drobnej kobiecie kończy się fiaskiem, bo puszki są po prostu zbyt wielkie.
  • Po piąte - o etui Smart Case mógłbym napisać osobny, wysoce hejterski tekst. Nie chodzi nawet o to, że wygląda jak damska torebka lub pieluchomajtki, ale o to, że wykonano je z materiału zbierającego każdy syf. No spójrzcie tylko, jak to wygląda po kilku tygodniach leżenia na biurku. Nie wyobrażam sobie, jak brudne będzie to etui przy regularnym transportowaniu w plecaku.
  • Po szóste - o ile aluminiowa konstrukcja robi świetne wrażenie, tak jej projekt jest po prostu idiotyczny. Np.: za każdym razem, gdy wyjmujemy słuchawki z etui, nauszniki stukają o siebie. Gdy zdejmujemy słuchawki z głowy: nauszniki stukają o siebie. Gdy odkładamy słuchawki na blat: łatwo je zarysować. Obstawiam, że przy normalnym użytkowaniu po kilku miesiącach AirPods Max będą wyglądać gorzej, niż noszony bez etui Apple Watch. I już nawet nie wspominam o tym, że gdy robi się zimno, w słuchawkach zbiera się woda. Cóż, przynajmniej są tanie. A nie, czekaj...
  • Po siódme - co za dzban wymyślił obsługę malutką koronką umieszczoną w takim dziwnym miejscu? Rozumiem zamysł: to ma polegać na tym, że opieramy rękę o pałąk i palcem sięgamy do pokrętła. W praktyce jednak trzeba stanąć absolutnie nieruchomo, żeby zmienić głośność czy zatrzymać odtwarzanie. Przez miesiąc testów nie przywykłem i raczej już nie przywyknę do tego rozwiązania, panele dotykowe na puszkach są wygodniejsze.
  • Po ósme - ANC jest szalenie skuteczne, ale też szalenie nieprzyjemne. Aktywna redukcja hałasu z założenia podnosi ciśnienie akustyczne wewnątrz słuchawek, tworząc wrażenie jakby przebywania pod wodą. W przypadku AirPods Max wrażenie jest takie, jakby mózg próbował zassać słuchawki do wnętrza czaszki przez uszy. Nie byłem w stanie wysiedzieć dłużej niż godziny z włączonym ANC, bo w połączeniu z naciskiem nauszników zaczynało mi być po prostu niedobrze.
  • Po dziewiąte - what the actual fuck, dlaczego w słuchawkach za prawie 3000 zł nie ma kodeka do bezstratnej transmisji audio? Żadnego LDHC ani nawet aptX HD. Tylko AAC, własnościowy format Apple’a, który gwarantuje przesył na poziomie max 384 kb/s w połączeniu ze sprzętem Apple’a (i kompatybilną aplikacją) i 256 kb/s dla reszty świata. O brzmieniu za chwilę, ale to jest jawna kpina.
  • Po dziesiąte - kpiną jest tak samo to, że słuchawki tego kalibru możemy wykorzystać w zasadzie wyłącznie ze sprzętami Apple’a. Można je co prawda połączyć z Androidem i Windowsem 10, ale wtedy zauważalnie gorzej niż na Macu/iPhonie, ANC działa zauważalnie słabiej, a w przypadku Windowsa przez brak stosownych kodeków występuje odczuwalne opóźnienie, praktycznie uniemożliwiające oglądanie filmów w tych słuchawkach. Oczywiście można AirPodsy Max połączyć przewodem, tyle że… kosztuje on 170 zł.
  • Po jedenaste - skoro już mowa o cenach, to nie ma ani jednego elementu AirPods Max, który usprawiedliwiałby ich koszt. Te słuchawki niczego nie robią najlepiej, prócz bycia AirPodsami. Wygoda przełączania się między urządzeniami Apple’a jest niesamowita, ale to samo robią zwykłe AirPodsy za 600 zł. AirPods Max są o co najmniej 500 zł za drogie względem tego, co oferują, zwłaszcza że są tak mało uniwersalne.
  • Po dwunaste - ale jak to, nie da się wyłączyć? AirPods Max z założenia pracują przez cały czas. Gdy włożymy je do etui, przechodzą w tryb uśpienia, ale jeśli odłożymy je bez etui, przechodzą w tryb niskiego zużycia energii dopiero po 72 godzinach. Przycisku wyłącz próżno szukać na obudowie. Nikt o nim nie pomyślał.
  • Po trzynaste - patrz punkt dwunasty. Przez brak przycisku wyłączania i kuriozalne zarządzanie energią AirPodsy Max pracują na jednym ładowaniu bardzo krótko. Z reklamowanych 20 godzin udawało mi się wyciągać góra 15 i to bardzo rzadko, a wszystko dlatego, że AirPodsy Max gubią mnóstwo energii gdy nie są używane. Podczas testów słuchawki otrzymały aktualizację, która nieco poprawiła tę sytuację, ale i tak zdarzyło się, że raz nie schowałem słuchawek do etui, a te w ciągu nocy zgubiły 50 proc. zapasu energii. Kpina.

Przez te wszystkie bolączki obcowanie z AirPods Max jest niebywale frustrujące, bo nie są to drobne pierdoły, na które można przymknąć oko. To poważne, istotne wady i problemy konstrukcyjne, których nie załatwi żaden update - jak na Apple’a to te słuchawki są okropnie nieprzemyślane.

Dlatego w pierwszym odruchu miałem ochotę spakować słuchawki i odesłać je do x-komu. Potem jednak przemogłem się, poużywałem ich kolejne dni i tygodnie, nauczyłem się częściej robić przerwy i… pomału zacząłem rozumieć, dla kogo są te słuchawki. I na przestrzeni tego miesiąca znalazłem dwa powody, dla których dziś żal mi ten sprzęt oddawać.

Apple AirPods Max mają dwie szalenie istotne zalety.

Pierwsza zaleta jest taka sama, jak w przypadku każdych innych AirPodsów - wygoda obsługi i przełączanie się między iSprzętami. Nie istnieje drugi tak harmonijny ekosystem. Gdy tylko wyjmujemy AirPods Max z etui, te natychmiast łączą się z naszym komputerem, telefonem lub tabletem. Pierwsza konfiguracja trwa jakieś 3 sekundy, a potem wszystko dzieje się samo - słuchawki przełączają się między tym sprzętem Apple’a, z którego dobiega sygnał.

Przez miesiąc korzystałem z nich przede wszystkim w parze z moim MacBookiem Pro 16 i kilka razy dziennie zdarzało się, że musiałem się przełączyć do iPhone’a, np. żeby odebrać telefon. Proces przełączania się między urządzeniami odbywa się natychmiastowo, jakbym cały czas był połączony z jednym i tym samym sprzętem.

Przez miesiąc w ogóle nie musiałem myśleć o słuchawkach. Zakładałem je na uszy, nie zastanawiając się, czy na pewno się połączyły. Bo zawsze były podłączone. Spisywały się doskonale, niezależnie od tego, czy słuchałem muzyki, prowadziłem rozmowy czy oglądałem filmy.

Ale powodem nr 1, dla którego bardzo nie chcę oddawać AirPodsów Max, jest… ich brzmienie.

Pomimo tego, że na papierze AirPods Max nie mają prawa brzmieć dobrze, bo transmitują dźwięk stratnym kodekiem, one brzmią fenomenalnie. Dzieje się tak za sprawą dwóch czynników: niesamowitej rozpiętości sceny i najlepszego basu, jaki kiedykolwiek słyszałem w słuchawkach bezprzewodowych.

Nie wiem, czy w ogóle istnieją drugie słuchawki o tak szerokiej scenie i rozpiętości brzmienia jak AirPods Max. Nawet jeśli, to nie miałem z nimi styczności. Tutaj wrażenie jest niesamowite, muzyka po prostu nas otacza ze wszystkich stron. Niesamowita jest też szczegółowość brzmienia, zwłaszcza przy takiej rozpiętości - wszystko brzmi „organicznie”, naturalnie, nie ma typowo cyfrowego zafarbu, jaki często można usłyszeć w słuchawkach Bluetooth. Do tego zastosowanie dwóch czipów H1, indywidualnie przetwarzających sygnał, czyni prawdziwe cuda jeśli chodzi o adaptacyjną korekcję barwy brzmienia. AirPods Max brzmią równie dobrze niezależnie od tego, czego słuchamy i gdzie słuchamy.

A co do basu… nie wiem, jak inżynierowie Apple’a to zrobili, ale AirPods Max odtwarzają niskie tony jak żadne inne słuchawki. Jest selektywnie, mięsiście i wstrząsająco. Zarówno podczas odtwarzania muzyki, jak i podczas oglądania filmów. Bas dosłownie nami wstrząsa, ale nigdy nie przytłacza. Trudno mi tak naprawdę opisać słowami, jak dobre są niskie tony emitowane przez AirPods Max. Przyjmijmy więc, że są na tyle dobre, że dla samego sonicznego masażu, jaki gwarantują, poważnie rozważyłbym zakup słuchawek. Mimo tego, że mają tonę wad i są absurdalnie drogie.

Dla kogo są słuchawki Apple AirPods Max?

Uwaga, będzie nieco absurdalnie. Bo patrząc po funkcjonalności AirPodsów Max, te słuchawki są dokładnie dla nikogo. Ani wygodne, ani mobilne, ani tanie, ani najlepsze na świecie. Do podróżowania się nie nadają, do biura się nie nadają, do chodzenia po mieście się nie nadają… do czego w takim razie się nadają?

Odpowiedź brzmi: do słuchania muzyki i oglądania filmów w domowym zaciszu. Żeby nie było, że sobie to uroiłem: jak wpiszecie na YouTubie „AirPods Max: audiophile perspective”, znajdziecie sporo nagrań, w których do podobnego wniosku dochodzą ludzie kupujący kable HDMI za 2000 zł z metra i stawiający głośniki na nóżkach z marokańskiego dębu.

AirPods Max to bezprzewodowa wersja słuchawek do domowego odsłuchu muzyki, jakie zwykle podłączalibyśmy grubym przewodem do drogiego przedwzmacniacza w jeszcze droższym systemie Hi-Fi. I mam też teorię z tym związaną, że AirPods Max to wstęp do czegoś większego - a konkretnie do opracowania przez Apple’a autorskiego standardu bezprzewodowej transmisji bezstratnego audio i wprowadzenia usługi Apple Music Hi-Fi. Nie widzę innej opcji, zwłaszcza że Spotify lada dzień odpali własne strumieniowanie muzyki najwyższej jakości.

Celowo wspominam o autorskim standardzie, bo już dziś słychać, że AirPods Max zostały stworzone z myślą o Apple Music. Gdy odpalić w AirPodsach Max ten sam utwór z Apple Music i Spotify, okazuje się, że… Apple Music zawsze gra lepiej. Jest więcej szczegółów, więcej basu, nie ma artefaktów, wszystko brzmi piękniej i wyraźniej. A przecież teoretycznie to Spotify oferuje wyższą jakość transmisji, prawda?

To z kolei prowadzi mnie do konkluzji, że AirPods Max to słuchawki wyłącznie dla najbardziej zagorzałych miłośników marki i tylko dla nich. Nikt o zdrowych zmysłach nie powinien kupić tych słuchawek, jeśli całe jego technologiczne życie nie kręci się wokół sprzętów z nadgryzionym jabłkiem.

A to sprawia, że AirPods Max są produktem stworzonym dla mikroskopijnej garstki odbiorców. I zapewne miały takie być.

Nie zdziwię się, jeśli AirPods Max okażą się badaniem gruntu przed wypuszczeniem w świat bardziej przystępnej (cenowo i konstrukcyjnie) wersji słuchawek nausznych. Wykonanych z tworzywa, nie aluminium, składanych, rywalizujących bezpośrednio z tuzami segmentu pokroju Bose NC 700 czy Sony WH-1000XM4. Na razie jednak o takich planach nic nie słychać, a same AirPodsy Max są sprzętem ze wszechmiar niszowym.

I nie, nie polecam ich zakupu. Nie mam chyba nawet w kręgu bezpośrednich znajomych kogokolwiek, komu mógłbym z czystym sumieniem powiedzieć „idź i kup”. Te słuchawki mają zbyt wiele wad i są stanowczo zbyt drogie względem tego, co oferują, bym mógł je pochwalić. A jednak… pomimo długaśnej listy wad chciałbym je mieć. Frustrująca jest ta „magia Apple’a”. Nawet jak w Cupertino coś spartolą po całości, to i tak wychodzi im produkt, któremu trudno się oprzeć.