Sprzęt  /  Recenzja

Wi-Fi w drugim końcu mieszkania – sprawdziłem dyskretny access point TP-Link EAP230-Wall

Picture of the author

Sprawdziłem, jak działa access point TP-Link montowany w puszce elektrycznej. I działa elegancko, o ile się pamięta, że trzeba do niego podłączyć prąd.

Jakiś czas temu pisałem o sąsiedzie, który remontuje gospodarstwo na wsi, szykując je pod niewielki pensjonat. Stanął przed problemem zaprojektowania sieci Wi-Fi, z której dziś będzie korzystał z rodziną w domu, a z czasem będzie można ją rozciągnąć na pozostałe budynki i cały ogród. Stanęło na tym, że póki co rozprowadzi kable sieciowe do kluczowych miejsc w inwestycji i z czasem, w miarę postępów remontu, będzie podpinał do nich kolejne punkty działające w ramach systemu o nazwie Omada.

Rozbudowa sieci Wi-Fi – dlaczego TP-Link Omada?

Przekonała nas (a właściwie jego) właśnie klockowość tego rozwiązania – można je skalować, dokładając kolejne elementy, i obsługiwać za pomocą kontrolera programowego albo z poziomu aplikacji z dowolnego miejsca na ziemi. W przypadku miejsca typu pensjonat ważna była też możliwość zastosowania różnych metod uwierzytelniania, m.in. autoryzacja gości przez stronę powitalną, Facebooka czy SMS-y. 

Sąsiad zaczął kompletować sprzęt, a ja zacząłem się nim bawić

Rozpakował już router VPN TL-R605 z pięcioma gigabitowymi portami, przełącznik TL-SG2008P obsługujący 8 kolejnych portów, w tym 4 porty PoE+, kontroler sprzętowy do zasilania siecią Wi-Fi OC200 i kilka punktów dostępowych EAP230-Wall, do zamontowania w puszkach elektrycznych. W moim przypadku, w zastosowaniu domowym, to byłby totalny overkill, ale nie byłbym sobą, gdybym nie spróbował podpiąć choć części tego zestawu na próbę w domu. 

Resoraki mają pokazać, jak niewielkie są to urządzenia

Podczas remontu mieszkania podciągnąłem kable internetowe z salonu do sypialni i pokojów dzieci. To było już kilka lat temu – kolega informatyk poradził, że co kabel, to kabel. Z większości z nich nigdy nie skorzystałem – obsługę sieci domowej ogarnia router Wi-Fi. Ale skoro nadarzyła się okazja – pognałem do pokoju dzieciaków, gdzie sygnał nie zawsze był idealny, podłączyłem przewód i zamontowałem access point w puszce. Dwie minuty roboty i po sprawie.

Niespodzianka – nie zadziałał

Oczywiście zapomniałem o tym, że skądś musi przyjść prąd do zasilania tego sprzętu. Słowo klucz – PoE, czyli Power over Ethernet – rozwiązanie pozwalające na przesył danych i energii za pośrednictwem jednego przewodu. Ale do tego potrzebne jest urządzenie, które te dane razem z prądem do tego access pointa wyśle. Podłączyłem więc do routera wspomniany wcześniej przełącznik, który obsługuje technologię PoE+ (z plusem, czyli tę zdolną do przekazywania mocy o zwiększonej energii – min. 25,5 wata na port), a do niego wpiąłem kabel sieciowy – najpierw na krótko, żeby sprawdzić, czy działa. 

Efekt? Sprzęt ożył, ikona na obudowie zaświeciła białym światłem

Potem zostało tylko odpalić aplikację Omada, potwierdzić chęć podłączenia access pointa, ustawić nazwę i hasło – wprowadziłem te same dane co w sieci domowej, by urządzenia płynnie przełączały się między źródłami sygnału – i gotowe.

W aplikacji można też wybrać, czy dioda ma się świecić

Przeniosłem access point do gniazdka w pokoju dzieci – tym razem zadziałał bez zarzutu, a sygnał w pokojach dzieci ma pełną moc. W przypadku mojego mieszkania taki access point ze switchem to lekka przesada, ale gdybym miał np. duży dom i chciał zagwarantować sobie mocny sygnał w najdalszych jego krańcach, od garażu aż po strych, to pewnie rozważyłbym taki wariant, żeby nie zajmować kolejnymi access pointami gniazdek elektrycznych.

Póki co dalej będę obserwował, jak swoją sieć rozbudowuje sąsiad. Jeśli kolejne klocki będą się odnajdować w systemie Omada z taką łatwością, to rozwijanie sieci i zarządzanie nią będzie banalnie proste. I skoro mi się udało, to chyba byłby w stanie ogarnąć to każdy.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst