Sprzęt  / Recenzja

Nie wyobrażam sobie powrotu do Intela. Mac mini z M1 wymiata - recenzja

Picture of the author

Apple w ostatnich trzech tygodniach udowodnił, że warto było mu zaufać. Maka mini korzystającego z architektury ARM kupiłem w ciemno, zachęcony pierwszą zapowiedzią. Nie wyobrażam sobie już powrotu do Intela. M1 wymiata.

Przez wiele lat korzystałem z notebooków — najpierw tych z Windowsem, potem z macOS. Ich mobilność ceniłem sobie jednak wyłącznie na wyjazdach służbowych, bo nie mam nawyku brania laptopa do łóżka. W domu od lat do pracy korzystam z komputera wyłącznie przy biurku po podpięciu monitora. Po tym, jak wymieniłem po raz trzeci w MacBooku Pro (2017) akumulator, zrobiłem sobie rachunek sumienia.

Okazało się, że od kiedy trwa pandemia koronawirusa, nie odpiąłem laptopa od kabla… ani razu. Aby uniknąć ponownych problemów z akumulatorem, postanowiłem wymienić go w lipcu na Maka mini (2018) o podobnych osiągach. Od początku mówiłem jednak sobie, że to komputer przejściowy w oczekiwaniu na komputer marzeń, ale traf chciał, że Maka mini zastąpił u mnie… kolejny Mac mini.

Mac mini (2018) vs Mac mini (late-2020)

Nie spodziewałem się, że wymienię komputer tak szybko, bo czaiłem się na nowego iMaka z kolejną generacją procesora ARM, którego spodziewamy się w przyszłym roku. Apple podczas keynote’u swoimi buńczucznymi zapowiedziami mnie jednak zaintrygował i nowy komputer zamówiłem w ciemno, zanim do sieci trafiły wyniki benchmarków — uznałem, że jeśli pojawią się problemy, to go najwyżej zwrócę.

Z perspektywy czasu okazało się, że to prężenie muskułów przez Apple’a to nie były czcze przechwałki i nie ma potrzeby wyciągać poprzedniego Maka z szafy. Jak jednak wiecie z mojego poprzedniego tekstu, po pierwszym dniu wyrażałem ostrożny optymizm, bo nie wszystko działało od razu tak, jak należy. Tak jak jednak podejrzewałem, winę ponosiło mielenie danych w tle, a to zawsze trochę trwa.

macOS to nadal system desktopowy, z wszystkimi tego zaletami i wadami, a dopiero po weekendzie się wszystko „ułożyło”.

Skoro zmieniła się architektura, to ustawiłem komputer „na czysto” bez przywracania danych z kopii zapasowej. To oznacza niestety mozolne pobieranie wszystkich aplikacji od zera, a także ściąganie dziesiątek gigabajtów danych z chmury. Najwięcej problemów robi tutaj biblioteka zdjęć, którą macOS przetwarza i indeksuje lokalnie (co Apple tłumaczy dbaniem o naszą prywatność).

Minęło kilka dni, nim całkowicie zniknęło wrażenie takiej „ociężałości” przy podstawowych czynnościach. Od tego czasu korzystam z nowego Maka mini codziennie i nie złapał już ani jednej zadyszki. Byłbym przy tym niezwykle rozczarowany, gdyby przy pracy biurowej okazało się, że jest inaczej — mam ten sam procesor, który zamontowano w MacBooku Pro używanym przez Marcina Połowianiuka do montażu.

Zdecydowałem się przy tym na wersję z 16 GB RAM-u, ale myślę, że wariant z 8 GB sprawdzałby się równie dobrze.

Trochę mnie to gryzie, bo uważam, iż dopłata w wysokości 1000 zł (!) za dodatkowe 8 GB pamięci operacyjnej to rozbój w biały dzień, ale wolałem dmuchać na zimne — ledwie kilka miesięcy wcześniej wymieniłem komputer z 8 GB RAM-u na taki z kością o pojemności 16 GB, co od razu odczułem i głupio byłoby zrobić teraz krok wstecz. W dodatku w nowym modelu RAM-u nie da się dołożyć samemu.

W przypadku Apple M1 kości RAM-u są częścią SoC-a, a do tego korzysta z nich zarówno procesor, jak i układ graficzny, a to zaważyło na mojej decyzji. Dopiero później się okazało, że macOS nieco inaczej zarządza pamięcią przy architekturze ARM, a 8 GB byłoby zapewne w pełni wystarczające — no ale przynajmniej mam pewność, że kupiłem najszybszy komputer Apple’a z jego nowej oferty.

I tę szybkość naprawdę czuć, bo Mac mini z procesorem Apple M1 naprawdę zap***dala jak rakieta [ciekawe czy znowu mi prowadzący usunie tę metaforę].

Sam montażem się co prawda nie zajmuję, ale i przy pracy biurowej czuć tę moc zaraz po przesiadce i w zasadzie to… nie ma się do czego przyczepić. Ładowanie aplikacji, wczytywanie stron internetowych w Safari, pobieranie i kopiowanie plików, rozpakowywanie archiwów, odtwarzanie wideo w 4K i strumieniowanie go na Apple TV, edycja zdjęć… no nie ma zadań, które by doprowadziły M1 do zadyszki.

Nawet moduł Wi-Fi działa teraz szybciej dzięki wsparciu Wi-Fi 6 (ax) i osiąga bez problemu do 700 Mb/s, a komputer jest cały czas cichy i chłodny. W przypadku poprzednika zdarzały się sytuacje, gdy po dotknięciu obudowy było czuć wyraźne ciepło przy np. edycji zdjęć, co skutkowało throttlingiem (aczkolwiek i tak w dużo mniejszym stopniu niż miało to miejsce w przypadku mojego ostatniego MacBooka).

Co istotne, Mac mini (late-2020) to mój pierwszy komputer od Apple’a, który pozwolił mi wykorzystać w pełni potencjał mojego monitora.

Od trzech lat pracuję na 27-calowym ekranie 4K, ale do tej pory ustawiałem na nim skalowanie interfejsu tak, że jedynie treść była wyświetlana piksel w piksel. Ikony i paski nawigacyjne miały nadal tę samą wielkość, co w przypadku paneli Full HD. Oznacza to, że przesiadka z 24-calowego monitora na większy poprawiła u mnie jedynie jakość obrazu, ale obszar roboczy pozostał ten sam.

Pracowałem w takim układzie dwa lata, bo tak jak w macOS można oczywiście wymusić zmianę obszaru roboczego, tak system sam ostrzega, że wartości inne niż natywne lub przy całkowitym mnożniku mogą powodować spadki wydajności. System od Apple’a w celu korzystania interfejsu w 1440p musi najpierw generuje obraz w rozdzielczości 5K, a dopiero zmniejsza go do 4K.

Mac mini z procesorem Apple M1 radzi sobie jednak z renderowaniem obrazu w 5K i skalowaniem w locie do 4K bez żadnego problemu.

Tak jak płynniejsze działanie komputera poprawia komfort, tak większy obszar roboczy oszczędza mi czas — wydajniej pracuję. Wymiana komputera zbiegła się w dodatku u mnie w czasie z testami monitora LG 32UN880-B z 32-calowym panelem 4K, na którym interfejs taki sam jak w monitorach Full HD wyglądał na przerośnięty. Zmusiło mnie to jednak do reorganizacji mojego ułożonego co do piksela biurka.

Na układaniu okien od nowa tak, by mi się wygodnie korzystało z programów, spędziłem kilka dni, ale nie żałuję — znalazłem dzięki temu dobre miejsce na nowe program, których… nie mógłbym wgrać na poprzedni komputer. Mac mini (late-2020) podobnie jak najnowsze iteracje komputerów MacBook Pro oraz MacBook Air pozwalają na natywne uruchamianie oprogramowania rodem z iPadów.

Jak na razie efekty są jednak w najlepszym razie… dyskusyjne.

W przypadku Catalysta, czyli istniejącego od dwóch lat narzędzia ułatwiającego portowanie aplikacji z tabletów na komputery, deweloperzy muszą sami dostosować swoją aplikację mobilną do nowej platformy. Tym razem jednak Apple zdecydował się na mechanizm opt-out, a nie opt-in, więc domyślnie każdy mobilny program można wgrać na komputer Apple’a z ARM. Diabeł jednak tkwi w szczegółach.

Facebook w przeglądarce kontra Facebook w aplikacji

Każdy twórca aplikacji może uznać, iż nie chce udostępniać oprogramowania na komputerach i nie musi nawet wypuszczać aktualizacji — wystarczy, że odznaczy jedno pole w ustawieniach konta deweloperskiego i już, aplikacja znika z Mac App Store’a. Niestety zainteresowanie tym prztyczkiem było ogromne i jeszcze przed premierą komputerów aplikacje wycofali giganci tacy jak Facebook i Google.

W rezultacie w Mac App Storze nie znalazłem ani jednej aplikacji rodem z iPada lub iPhone’a, z której chciałbym korzystać.

Takie oprogramowanie można jednak wgrywać na komputer ręcznie. Wystarczy zdobyć przypisany do konta Apple ID plik IPA (który wyciąga np. iMazing i to w darmowej wersji). Dzięki temu korzystam na komputerze z m.in. Facebooka oraz Instagrama i odbieram powiadomienia bez konieczności instalowania innej przeglądarki niż Safari. Aplikacje mobilne od początku traktowałem jednak jako ciekawostkę.

Cały czas frapowało mnie, jak będzie działało tu oprogramowanie pisane na procesory Intela. Co prawda dwa najważniejsze narzędzia, które wykorzystuję każdego dnia do pracy — czyli Reeder (czytnik RSS) oraz iA Writer (edytor tekstowy używający składni markdown) — doczekały się aktualizacji z myślą o procesorach ARM, ale wiele innych programów już nie. Na szczęście i na to jest… aplikacja.

Jak sprawuje się Rosetta 2?

Tak jak pierwsza Rosetta była narzędziem, które ułatwiało klientom Apple’a przejście z architektury Power-PC na Intela, tak Rosetta 2 jest takim pomostem pomiędzy starszymi sprzętami a tymi pisanymi na komputery oparte o architekturę ARM. Przed premierą Apple M1 spodziewaliśmy się, że Apple będzie emulował procesory x86, tak jak od roku robi to Microsoft w swoim Windowsie 10.

Okazuje się, że Apple M1 nie tylko radzi sobie z aplikacjami 64-bitowymi (a innych w macOS już nie ma), podczas gdy Microsoft dopiero teraz po roku wprowadził ich obsługę i to w wersji beta, ale w dodatku radzi sobie z nimi zaskakująco dobrze. To zasługa przede wszystkim tego, że nie mamy do czynienia z emulacją per se, tylko tzw. translacją instrukcji intelowskich na ARM-owe.

W praktyce aplikacje pisane na procesory x86 działają na Maku mini z Apple M1 sprawniej niż na Maku mini z Intel Core-i3!

Do teraz nie chce mi się w to wierzyć, ale tak po prostu jest — wszystkie moje stare programy działają albo tak samo dobrze, albo wręcz lepiej niż wcześniej. Przyznam, że spodziewałem się, iż nawet jeśli przejście na rdzenie ARM zapewni przyrost mocy obliczeniowej, to komputer będzie tracił ją na emulację, ale nic z tych rzeczy. Problemów w tej materii od trzech tygodni nie stwierdzono.

Oczywiście oprogramowanie, które na sprzętach z układem Apple M1 się nie uruchamia lub nie działa poprawnie, istnieje — ale to zwykle dość niszowe i specjalistyczne narzędzia, takie jak np. Docker lub usługi związane z wirtualizacją środowiska pracy. Powstała jednak witryna isapplesiliconready.com, która pozwala sprawdzić kompatybilność programów przed zakupem.

Jedyna niedogodność jest taka, iż pierwsze uruchomienie aplikacji rodem z Intela na komputerze z Apple M1 trwa znacznie dłużej niż zwykle.

Do tego Rosetta 2 z jakiegoś powodu nie jest preinstalowana i trzeba ją wgrać ręcznie, ale jest to jednorazowa upierdliwość, a sprowadza się to do kilku kliknięć dalej, okay, dalej, okay. Całościowo jestem jednak pod ogromnym wrażeniem tego, jak Apple to wszystko rozwiązał, zwłaszcza że to dopiero pierwsza wersja tego rozwiązania. Co najważniejsze, potencjał mamy tu ogromny.

Co ciekawe, Apple M1 ma na tyle duży zapas mocy, że potrafi sobie podobno radzić z… grami, w tym z Wiedźminem 3 (istnieje już lista kompatybilnych tytułów). Tutaj jednak nie odniosłem takich sukcesów, jakich oczekiwałem — próbowałem odpalić poprzez CrossOver gry Superhot: Mind Control Delete i Star Wars: The Old Republic ze Steama i poległem — no ale też trudno mieć o to do Apple’a żal.

Grać na tym sprzęcie nie zamierzam, ale trzeba też sobie jasno powiedzieć, że Mac mini z Apple M1 nie jest jednak sprzętem bez wad.

Chociaż ten komputer potrafi radzić sobie z odtwarzaniem kilkudziesięciu materiałów w 4K jednocześnie, a nawet podczas renderowania filmów jest cichutki i chłodniutki i rozkłada na łopatki konkurencję w benchmarkach, to są rzeczy, które mnie w nim uwierają. Na szczęście nie na tyle, by iść do szafy i wyciągać swojego starego miniacza z Intelem, ale i tak warto to odnotować.

Pierwszy minus widać zresztą jeszcze przed podłączeniem urządzenia do prądu — wystarczy rzut oka na tylną obudowę, by zrozumieć, o co chodzi. Okazuje się, że Apple zrezygnował — czy to z powodu ograniczeń technologicznych, czy to w ramach cięcia kosztów — z czterech portów USB-C na rzecz dwóch. Może i nie było to problemem nie do przejścia, ale wiązało się z kilkoma kompromisami.

No i powiedzmy to wprost, dwa złącza USB-C w komputerze stacjonarnym w 2020 r. to zdecydowanie za mało.

W moim poprzednim Maku mini do portów USB-C podpiąłem na stałe dwa kable do ładowania innych sprzętów. Jednym z nich był podwójny Thunderbolt 3 ze złączami USB-C, który służy mi do ładowania iPada oraz szybkiego transferu danych z dysków przenośnych, a drugim przewód z końcówkami Lightning do stacji dokującej od iPhone’a oraz USB-C do wetknięcia w komputer.

Dwa nieobecne złącza USB-C również wykorzystywałem — jedno do podłączania ekranu, a drugie do podpinania huba USB będącego częścią mojej podstawki pod monitor. Dzięki temu wszędzie miałem maksymalne napięcie oraz przepustowość transferu danych. W przypadku nowego komputera, który wygląda na pozór tak samo (ma jedynie srebrny kolor zamiast tzw. space grey), nie jest to możliwe.

W dodatku porty USB coś mi świrują podczas podłączania do nich innych urządzeń w trybie uśpienia.

Nie dość, że musiałem przepiąć hub USB oraz kabel od iPhone’a do gniazd USB-A, co obniżyło maksymalną prędkość ładowania telefonu, to w dodatku często system operacyjny ładuje go jeszcze wolniej, tak jakby był podpięty do ładowarki 5 W. Raport systemowy wskazuje, że iPhone zwykle pobiera tylko 500 mA energii zamiast spodziewanych 2100 mAh (lub 2400 mAh, które może dostarczyć USB-C).

Oprócz tego po uśpieniu komputera następuje loteria — podłączone do niego akcesoria albo się potem ładują, albo nie. To dość spory problem, bo kabel od stacji dokującej odpinam po to, by ładować klawiaturę Magic Keyboard, myszkę Magic Mouse 2 oraz pilota od Apple TV. Z kabla z końcówką USB-C ładuję z kolei takie sprzęty jak np. gogle Oculus Quest 2. No, a przynajmniej ładowałem…

Problemy miewam też z monitorami, co w przypadku komputera stacjonarnego nie powinno mieć miejsca.

Niestety jak świat światem Apple nie radzi sobie dobrze z obsługą zewnętrznych ekranów, a mnie znów nawiedził bug polegający na tym, że macOS nie wykrywa głośników w monitorze. Pamiętam, że ze dwa lata temu miałem już podobny problem na MacBooku, ale mój pierwszy Mac mini z Intelem tak się nie zachowywał. Mam nadzieję, że wczorajszy reset PRAM-u (czy tam innego SRAM-u) go wyeliminuje.

Jestem jednak kiepskiej myśli, skoro to samo dzieje się na dwóch różnych monitorach — Asusie MX27UC (z którego korzystam na co dzień) i LG 32UN880-B (obecnie go testuję). W dodatku w przypadku tego drugiego (cholera wie, czy to z winy producenta monitora, czy też Apple’a) po każdym restarcie trzeba odłączyć monitor na chwilę od prądu, by Mac mini go wykrył, co jest dość… upierdliwe.

Te wszystkie zastrzeżenia nie zmieniają przy tym tego, że Mac mini (late-2020) mnie kompletnie zaskoczył i to turbopozytywnie.

Spodziewałem się maszyny wymagającej godzenia się z kompromisami i problemów wieku dziecięcego, a dostałem sprawnie działający sprzęt, który zachwyca nie tylko wydajnością, ale również kulturą pracy. Translacja aplikacji Rosetta 2 to strzał w dziesiątkę, a chociaż oprogramowanie z iPada to nadal jedynie ciekawostka, to w przyszłości deweloperzy mogą upichcić coś naprawdę fajnego.

Kupując sprzętem z procesorem ARM, myślałem też, że będzie on „komputerem jutra”, a dostałem urządzenie, które można wykorzystywać do niemal wszystkich zadań już dziś. Dzięki niemu jestem pierwszy raz od lat tak naprawdę zajarany elektroniką — i kto by pomyślał, że mojego wewnętrznego geeka obudzą nie tego nowe konsole do gier, gogle VR i iPhone, tylko właśnie komputer. I to stacjonarny!

przeczytaj następny tekst