Sprzęt  / Recenzja

Klik w górę - jest światło. Klik w dół - nie ma. Fibaro Walli Switch to nie jest zwykły przełącznik - recenzja

Picture of the author

Wygląda jak zwykły przełącznik światła. Ba, może działać jak zwykły przełącznik światła. Ale zdecydowanie nim nie jest.

Lubię, kiedy skomplikowane rzeczy są proste - zarówno w montażu, jak i w użytkowaniu. Nie będę więc ukrywał od samego początku, że przełącznik Fibaro Walli właściwie z miejsca stał się jednym z moich ulubionych smart-domowych sprzętów.

Fibaro Walli, czyli właściwie co?

Nazwa mówi właściwie wszystko - to ścienny przełącznik światła (z dwoma przyciskami - góra i dół), montowany w miejsce standardowego przełącznika w puszce elektrycznej, różniący się od standardowych przełączników tym, że jest w stanie działać w sieci Z-Wave i współpracować z systemem Fibaro. A co za tym idzie - jego możliwości personalizacyjne są praktycznie nieograniczone.

Albo przynajmniej bardzo, bardzo duże.

Jak to się montuje?

Właściwie sposób montażu niewiele różni się od montażu zwykłego przełącznika. Jest przy tym na tyle prosty, że nawet ja sobie z tym poradziłem - a nie jestem przesadnie sprawny ani manualnie, ani elektrycznie. Pamiętajcie tylko, żeby wyłączyć prąd, zanim zaczniecie grzebać w puszce.

Jeśli jednak chodzi o trochę bardziej techniczny opis, to Fibaro Walli Switch wymaga oczywiście zasilania, a do tego możemy zainstalować go w trybie:

  • podwójnego przełącznika
  • pojedynczego przełącznika (wtedy po prostu mostkujemy dwa zaciski)
  • przełącznika schodowego
  • przełącznika schodowo-krzyżowego.

Do listy obsługiwanych sprzętów zaliczane są żarówki, świetlówki, transformatory elektroniczne, transformatory ferromagnetyczne i LED-y.

Mamy więc wyczerpaną większość konfiguracji, jakie można spotkać w domach. Jeśli kogoś interesują ilustracje przedstawiające różne sposoby połączenia, to są tutaj w instrukcji (strona 9 i 10).

W moim przypadku zdecydowałem się na najprostszy wariant, czyli pojedynczy przełącznik. Rozebrałem więc Switcha na części składowe, dość brutalnie (plan był inny) zdemontowałem dotychczasowe gniazdko i... musiałem zdemontować jeszcze wewnątrzpuszkowy moduł Fibaro, z którego korzystałem do tej pory.

W tym miejscu na usta ciśnie się bardzo dobre pytanie, ale zadam je - i odpowiem na nie - później.

Na razie podłączę przewody jak trzeba do urządzenia zamontowanego na płytce montażowej, potem wepchnę ją do puszki i zabezpieczę, a potem poskładam ramkę montażową i przycisk tak jak trzeba. Efekt:

Mógłbym mieć trochę bardziej proste ściany, ale teraz to już nie ma co poprawiać. 10 minut roboty i gniazdko gotowe. Jeśli miałbym się na tym etapie do czegoś przyczepić, to chyba tylko do tego, że dociskanie ramki wymaga momentami bardzo dużo siły. I że czasem wydaje się, że już kliknęło, ale dopiero kolejne dociśnięcie daje takie dopasowanie, jak powinno.

Ale to może być kwestia moich ścian. No i jak często wymieniamy przełączniki światła?

Tutaj trzeba zaznaczyć jedno - front Fibaro Walli... nie jest obowiązkowy.

To znaczy, że możemy go wymienić na - według Fibaro - na front np. od firm Gira czy Legrand, przy czym nie testowałem tego rozwiązania, głównie ze względu na fakt, że wzornictwo Walli jak najbardziej mi odpowiada.

Uwaga - według Fibaro do montażu frontów innych producentów wymagany jest adapter.

To teraz możemy wrócić do Walli.

Zacznijmy od tego, co widać na pierwszy rzut oka.

Czyli od tego, że z Walli po podłączeniu do zasilania jest elegancko... podświetlony. Spokojnie - można to wyłączyć. Można to też wyłączyć czasami, a czasami włączyć. I tutaj właśnie wchodzimy powoli na grunt tego, co jest największą siłą tego przełącznika - prawie wszystkie ustawienia można w nim zmienić.

I tak na przykład możemy zadecydować, czy podświetlenie przycisku ma być aktywne, gdy sterowany obiekt jest włączony lub wyłączony. Nic więc nie stoi na przeszkodzie, żeby przy zapalonym świetle Walli nie marnował energii na swoje podświetlenie, a gdy zgasimy światło - żeby świecił, wyraźnie wskazując w ciemności, gdzie jest.

Bez trudu możemy też zmienić kolor tego podświetlenia, nawet uzależniając go od... pomiaru pobieranej przez urządzenie odbiorcze mocy. Dla całości możemy też sterować mocą podświetlenia (skala 1-100 proc.), dzięki czemu nawet przełącznik zainstalowany w sypialni niespecjalnie mi przeszkadzał.

A jeśli ktoś nie lubi świecących ozdobników, to dwa kliknięcia i Walli gaśnie na zawsze. A przynajmniej do kolejnego włączenia.

Co istotne, jeśli mamy podłączone dwa źródła sterowane przez Walli, to każda połówka może mieć osobne podświetlenie. Dzięki temu - choć przełącznik zawsze wraca do pozycji zero - możemy po rzucie okiem wiedzieć, czy dane źródło jest włączone, czy może wcześniej je wyłączyliśmy.

To teraz to, co czuć.

Ten fragment nie będzie długi, bo nie ma tu wiele do opisywania. Jeśli chodzi o jakość wykonania Walli, to stoi ona na naprawdę wysokim poziomie. Wszystko jest spasowane bardzo dobrze, powierzchnia jest przyjemna w dotyku, a klik jest świetnie wyczuwalny i na tyle słyszalny, żeby mieć pewność, że wcisnęliśmy przycisk, ale żeby nie obudzić np. domownika śpiącego obok na kanapie.

Ale uznajmy, że od produktu kosztującego takie pieniądze można tego wymagać. Zdecydowanie nie obraziłbym się jednak na obecność na przykład matowej wersji. Tak, wiem, można zmienić front, ale trochę to się wtedy kiepsko kalkuluje, jeśli startujemy od zera.

Jak się tego używa i co jest w Walli najlepsze?

Jedną z najlepszych rzeczy jest to, że Walli nie tylko wygląda, ale i działa jak najzwyklejszy na świecie przełącznik - przynajmniej jeśli tego chcemy.

Jedno kliknięcie w górę - światło włączone. Jedno kliknięcie w dół - światło wyłączone. Koniec, kropka. Przez jakiś czas moja żona nie miała nawet pojęcia, że te przełączniki są smart. Po prostu uznała, że z jakiegoś powodu zmieniłem dotychczasowe przełączniki na inne - każdy ma w końcu swoje drobne wariactwa.

Zaliczam więc na duży plus fakt, że jeśli ktoś do mnie przyjdzie, nie będę musiał mu nic tłumaczyć - niech sobie korzysta jak ze zwykłego przełącznika i tyle.

Jeśli jednak chcemy, Walli potrafi dużo, dużo więcej.

Zresztą lepiej, żebyśmy chcieli, bo inaczej trochę bez sensu płacić tyle za przełącznik.

Podstawowym plusem jest oczywiście fakt, że zyskujemy możliwość zdalnego sterowania takim przełącznikiem. Czy to z poziomu aplikacji, czy innych sterowników z systemu Z-Wave, czy też z poziomu scen - Walli staje się elementem, który możemy obsługiwać z drugiego końca świata. Ale i to nie koniec.

Walli sam w sobie może być też pilotem dla innych urządzeń niż scen. Czyli przewodowo możemy go podłączyć do dwóch sprzętów, ale bezprzewodowo... do wszystkiego, co tylko nam się zamarzy (i jest w systemie Fibaro).

Jak to działa? Z poziomu konfiguracji urządzenia w internetowym panelu Fibaro możemy zdefiniować osobne akcje dla:

  • pojedynczego wciśnięcia
  • podwójnego wciśnięcia
  • potrójnego wciśnięcia
  • przytrzymania

I tak dla każdego z dwóch przycisków. Czyli, jeśli odejmiemy pojedyncze kliknięcia, przypisane dla domyślnego przełączania, zostaje nam sześć dodatkowych funkcji dla dowolnego skonfigurowania.

Co możemy przypisać tym kombinacjom? Co tylko chcemy. Sceny blokowe? Proszę bardzo. Proste zależności (np. włączenie wybranego urządzenia)? Jasne. Kombinacje kilku scen i zależności/reakcji? Proszę bardzo.

Nic na przykład nie stoi na przeszkodzie, żebym wychodząc z domowego biura, potrójnym kliknięciem nie tylko zgasił wszystkie światła, ale i skręcił ogrzewanie na grzejnikowym termostacie do poziomu nocnego (rano wróci do życia według harmonogramu). Albo przytrzymał dłużej ten sam przycisk, co oznacza, że idę sobie pojeździć na trenażerze, co zbudzi do życia listwę zasilającą trenażer, zapali światło w odpowiednim pomieszczeniu, włączy muzykę i wyłączy na godzinę ogrzewanie.

Korzystając z kolei z przycisku w sypialni mogę natomiast na przykład jednocześnie zapalić światło w sypialni i zgasić w całej reszcie domu. A do tego zamknąć wszystkie rolety i - jeśli są ku temu odpowiednie warunki pogodowe - otworzyć na kwadrans okno dachowe, żeby przyjemniej się spało. Albo w drugą stronę - inną kombinacją mogę zapalić światła prowadzące na dół na najniższym poziomie jasności, żeby np. zabrać telefon, którego zapomniałem wnieść ze sobą na górę, bez oświetlania na maksymalnym poziomie całego domu czy ręcznego uruchamiania każdego ze źródeł światła.

A i to nie wszystkie scenariusze.

Bo te zależą głównie od tego, co mamy w domu podłączone do systemu Fibaro. Im więcej tego mamy, tym więcej kombinacji z wykorzystaniem Walli możemy zrobić.

Zostaje tylko zapamiętać, co robi która sekwencja wciśnięć czy przytrzymań - aczkolwiek idzie się tego nauczyć bez większych problemów.

Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić...

... bo głównie chwalę, a tak nie wypada, to byłby to fakt, że miejscami opcje konfiguracyjne Walli są trochę przytłaczające.

Owszem, te najważniejsze są dostępne mniej więcej na wierzchu (choć konfiguracji wielokrotnych kliknięć trochę się naszukałem), ale w sumie ustawień związanych z Walli jest w panelu Fibaro... 161! Z jednej strony to plus - jeśli wiemy, co robimy, albo mamy dedykowanego instalatora systemu, to możemy zrobić właściwie cokolwiek. Z drugiej strony, jeśli ogarniamy trochę mniej i zobaczymy taką gigantyczną liczbę ustawień, możemy się trochę przerazić. I zacząć się zastanawiać, co np. oznacza:

Ten parametr określa, na które ramki alarmowe i jak powinno reagować urządzenie. Parametry składają się z 4 bajtów, przy czym trzy najbardziej znaczące bajty są ustawiane zgodnie z oficjalną specyfikacją protokołu Z-Wave.

Niekoniecznie super-komfortowe jest też wchodzenie w menu wbudowane w Walli, pozwalające na zmianę trybu pracy przełącznika, co jest niezbędne przed dodaniem urządzenia do systemu. Ile się naklikałem różnych kombinacji bezpośrednio na przełączniku i sprawdzałem kolorową reakcję LED-owego podświetlenia, ile naczytałem się na ten temat w internecie (czyli nie tylko ja miałem ten problem), to tylko ja wiem.

Ale przyznaję, że pamiętam o tym tylko dlatego, że zapisałem sobie to jako wadę w testowych notatkach - poza tym nie miałem z Walli żadnych problemów.

I teraz to pytanie z początku, którego nie zadałem.

A pytanie to brzmi: dlaczego nie moduł dopuszkowy?

Dla mnie kluczowym argumentem za Walli, nawet pomimo ceny tego sprzętu (279 zł) jest fakt, że dostajemy wszystko w jednym opakowaniu. Mniejsze jest więc ryzyko, że nie zmieści się zwykły przełącznik w parze z modułem (wymagane jest co najmniej 40 mm głębokości puszki). Mniej jest też do podpinania przewodów, bo nie musimy łączyć modułu z przełącznikiem światła. A to zawsze mniej roboty.

W moim przypadku pewnie odpadałaby też konieczność doboru samego przełącznika. Jest ich multum, nie bardzo często wiem, czym się różnią, a te w Walli pasują mi do wystroju większości pomieszczeń, działają świetnie, a do tego mają podświetlenie.

Teraz chyba zostaje mi tylko domówić jeszcze kilka takich przełączników...

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst