Oprogramowanie  / Artykuł

Pierwsze płatne funkcje w Zdjęciach Google pokazują, jak źle zestarzał się abonament Google One

Po wielu zapowiedziach, do Zdjęć Google trafiają pierwsze płatne filtry foto. Będziesz mógł je odblokować wykupując subskrypcję Google One. Czy naprawdę kogokolwiek zachęci to do abonamentu Google?

Zdjęcia Google od samego początku istnienia tej usługi słyną z tego, że są darmowe bezpłatne. Nie trzeba wydać ani złotówki, by korzystać z głównej funkcji aplikacji którą jest nielimitowana przestrzeń na zdjęcia i filmy. I choć materiały są kompresowane jakościowo, to nadal jest to kapitalna usługa, szczególnie, że świetnie działa pomiędzy różnymi urządzeniami, w tym smartfonami i komputerami.

Prawdziwą ceną za korzystanie ze Zdjęć Google jest jednak prywatność. Jeżeli dołączamy do usługi, zgadzamy się na to, by algorytmy przeglądały nasze zdjęcia. Raczej nikogo w Google’u nie interesują twoje selfiaki (czy nawet nudesy), ale Google zapewnia sobie nieskończoną bazę zdjeć, która jest pożywką dla algorytmów uczenia maszynowego.

W Zdjęciach Google debiutuje jednak płatna funkcja.

Najnowsza wersja aplikacji opatrzona numerem 5.18 wnosi zasadniczą nowość, choć póki co nie w Polsce. Klienci ze Stanów Zjednoczonych widzą w module edycji zdjęć nowy płatny filtr o nazwie Colour Pop. To precedens, który zapowiada wdrożenie większej liczby płatnych efektów w aplikacji.

Sam pomysł na płatne filtry nie jest w fotografii niczym nowym. W programach desktopowych znajdziemy setki płatnych zestawów presetów, a w aplikacjach mobilnych wiele paczek filtrów, za które trzeba zapłacić. Najpopularniejszym przykładem jest VSCO oferujące genialne filtry w cenach kilku złotych. Od jakiegoś czasu VSCO ma też roczny abonament dający dostęp do wszystkich filtrów.

Google idzie jednak inną drogą, bowiem płatny filtr jest zachętą do skorzystania z pakietu Google One. Subskrybenci tego planu mogą korzystać płatnych dodatków w Zdjęciach Google.

Jeden filtr w Zdjęciach Google raczej nikogo nie przekona do Google One. Czas na ciekawszą ofertę.

Piszę te słowa z perspektywy subskrybenta Google One. Według Google, jest to „jedna subskrypcja, która pozwala na pełne wykorzystanie możliwości Google”, ale w praktyce w Polsce sprowadza się to do przestrzeni dyskowej z możliwością dodania członków rodziny. Trochę kłóci się to z szumnymi zapowiedziami o „pełni możliwości”.

W Google One pakiet 100 GB kosztuje 90 zł rocznie, a pakiet 200 GB to koszt 140 zł rocznie. Wyższy pakiet to 2 TB w cenie 470 zł rocznie lub 47 zł/mies. Do tego mamy pakiety 10, 20 i 30 TB. Do tego dostajemy wsparcie online i możliwość tworzenia kopii zapasowych wybranych elementów ze smartfona.

Jak widać nazwa „Google One” sugerująca wszystko w jednym jest tutaj używana mocno na wyrost, szczególnie w zestawieniu z nowym abonamentem Apple One.

W Apple One poza przestrzenią dyskową w iCloud mamy też dostęp do muzyki w Apple Music, seriali w Apple TV+ i gier w Apple Arcade.

Choć jestem klientem Google One, to nie uważam tego pakietu za najlepsze rozwiązanie. Przydałaby się szersza subskrypcja, na wzór tej z Apple. Google mógłby zaproponować w jednym dobrze wycenionym pakiecie przestrzeń dyskową, YouTube Premium i YouTube Music, a do tego być może Google Play Pass. Byłby to świetny zestaw usług stanowiący kapitalną przeciwwagę dla planu Apple.

Tymczasem Google woli sprzedawać kilka abonamentów równolegle. Czy naprawdę w dobie algorytmów i maksymalnego upraszczania ofert klient Google’a sam musi dbać o kilka różnych abonamentów? Chyba czas w końcu się obudzić. Kolejne inwazyjne reklamy YouTube Premium na pewno nie zachęcą mnie do kliknięcia „kup teraz”, ale jeśli YT Premium byłby częścią płatnego pakietu Google One, prawdopodobnie zasubskrybowałbym taki pakiet.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst