Tech  / Artykuł

Właśnie kupiłem iMaca 2020. Możliwe, że to ostatni komputer Apple'a z procesorem Intela

Długo biłem się z myślami, czy nie robię głupoty. Właśnie zmierza do mnie nowy iMac 5K 2020. Czy u progu transformacji na procesory Apple ARM warto w ogóle interesować się takim komputerem?

Do zakupu nowego komputera zbierałem się właściwie od początku roku. W styczniu miałem już w koszyku najnowszego iMaca (model na 2019 r.), ale wszyscy znajomi doradzali: czekaj. Za chwilę będzie solidny redesign, a iMac 2019 r. będzie przestarzały nie tylko technologicznie, ale i wizualnie.

Posłuchałem tych głosów. Nowy iMac miał mieć premierę w czerwcu, a to tylko kilka miesięcy. Czerwiec jednak minął, a iMaków nie było. Później pojawiły się plotki o sierpniu. Nastała końcówka sierpnia, a Apple rzeczywiście pokazał nowe iMaki, ale były one tylko odświeżeniem dotychczasowej linii. Doszło kilka nowych rozwiązań (m.in. czip T2, nowe GPU i opcja matowego ekranu), ale komputer ma identyczną obudowę i działa na tej samej architekturze x86. Plusem są jednak najnowsze procesory Intela 10. generacji.

Wtedy dotarła do mnie oczywistość. Apple właśnie pokazał ostatniego takiego iMaca.

imac 2020

iMac 5K z ekranem 27” w wersji na 2020 r. to - z wielkim prawdopodobieństwem - ostatni przedstawiciel swojego gatunku. Z jednej strony, sprzęt niemal kompletny, dopracowany do granic możliwości, o potężnej mocy i fantastycznym ekranie. Z drugiej strony, jest to komputer, który być może za chwilę będzie przestarzały. Przejście Apple na komputery ARM będzie rewolucją. Takie zabiegi zdarzały się w historii Apple ekstremalnie rzadko, ostatni raz w 2006 r., kiedy Apple rozpoczął transformację z procesorów PowerPC na układy Intela.

Moją decyzję rozważałem bardzo długo, bo komputer ma mi wystarczyć na jak najdłuższy czas, a do tego kwota zakupu jest dość pokaźna. Nie jest to decyzja, którą podejmuje się spontanicznie.

Jeżeli jesteście ciekawi z jakiego komputera korzystam obecnie, być może was zaskoczę.

MacBook Pro 2015 - czy warto go kupić w 2017 roku?

Moim głównym komputerem jest MacBook Pro 13” z 2015 r. Jest to konfiguracja z dwurdzeniowym procesorem Intel Core i5 (2,7 GHz), 16 GB RAM i 256 GB SSD. To ostatnia generacja MacBooków Pro „ze świecącym jabłkiem”, a jednocześnie do niedawna była to ostatnia generacja, która była wolna od problemów z klawiaturą.

Mój pięcioletni MacBook Pro sprawuje się świetnie. Nic mu nie dolega, a do tego wygląda i działa równie dobrze, co pierwszego dnia. Jest szybki w codziennych zastosowaniach, a w kwestii mechanicznej nie przysparza ani jednego powodu do narzekania. Niestety zdecydowanie brakuje mu mocy przy poważniejszych projektach. Radzi sobie nieźle z obróbką zdjęć RAW z matrycy 24 MP, lecz sporo gorzej z rozdzielczościami ok. 50 MP. Radził sobie wybornie z montażem wideo Full HD w Final Cut Pro X, ale po przesiadce na standard 4K mocy jest po prostu za mało.

Przy montażu muszę posiłkować się plikami proxy, a do tego mam wyłączone renderowanie w tle. Mój workflow obejmuje pracę z materiałem HLG przekonwertowanym do REC. 709, na który nakładam warstwę z LUT-em, a na to wszystko najczęściej dochodzi jeszcze warstwa drobnych korekt tonów lub balansu bieli. Dodajmy do tego przejścia, warstwy z napisami oraz przebitki, a otrzymamy ciężki timeline, który zaczyna bardzo irytować i zabierać cenny czas. Jako że montuję bardzo dużo, nie tylko na potrzeby Spider’s Web TV, ale i zewnętrznie, nowy komputer jest po prostu koniecznością.

MacBook Pro ma u mnie dożywocie i będę z niego korzystał chociażby w pociągach lub na wyjazdach, ale tylko jako dodatek. To nadal dobry komputer do montażu, o ile render robi się na czymś lepszym. Do kompletnej pracy w domu potrzebowałem czegoś znacznie lepszego.

iMac był dla mnie naturalnym wyborem. Jaki model wybrałem z myślą o montażu filmów?

imac 2019

Wybrałem iMaca 5K z ekranem Retina 27” z najnowszej generacji na 2020 r. Model, który zamówiłem, to trzeci z bazowych wariantów, wyposażony w ośmiordzeniowy procesor Intel Core i7 (3,8 GHz) 10. generacji i grafikę Radeon Pro 5500 XT z 8 GB pamięci GDDR6. Reszta parametrów jest podstawowa: 8 GB RAM i 512 GB pamięci masowej SSD.

Ktoś zapyta, czy upadłem na głowę kupując komputer za 11,5 tys. zł, nastawiony na pracę, wyposażony w rozczulające 8 GB RAM. Jeśli jednak znasz iMaki, zapewne wiesz, że jedynym rozsądnym rozwiązaniem jest zakup od Apple bazowej wersji RAM-u i dołożenie dodatkowych kości na własną rękę. Apple liczy sobie 3000 zł (tak, trzy tysiące) za przeskok z 8 GB na 32 GB RAM. Tymczasem 32 GB RAM-u na wolnym rynku kosztuje jakieś 520 zł, a dodatkowo można je dołożyć do obecnych w komputerze kości uzyskując łącznie 40 GB RAM. Jeśli ta wartość przestanie mi wystarczać, w przyszłości będę mógł rozszerzyć pamięć maksymalnie do 128 GB RAM.

Nowy iMac na 2020 r. ma świetne osiągi w kwestii czystej mocy.

Mój nowy iMac z Intelem Core i7-10700K (dla porządku dodam, że jest to stacjonarny wariant procesora, a nie odmiana mobilna) osiąga w benchmarkach wyniki lepsze niż bazowy iMac Pro, który w momencie premiery w 2017 r. kosztował zawrotne 24 tys. zł. Do tego dochodzi nowa grafika Radeon Pro 5500 XT (8 GB RAM), która oferuje duży skok jakościowy względem ubiegłorocznych układów GPU. Całość dopełnia czip T2, który również przyspiesza pracę w Final Cut Pro X.

iMac ma też znany, lubiany i bardzo ceniony ekran Retina 5K o rozmiarze 27”, z pełnym pokryciem szerokiego gamutu barw DCI-P3 i - po raz pierwszy - z obsługą HDR10. Do tego wariant na 2020 r. ma kilka mniejszych nowości: czytnik kart SD klasy UHS-II (ważny dla mnie parametr), lepszą kamerę do wideorozmów (w dobie videocalli na pewno się przyda, choć - umówmy się - nie jest to kluczowa rzecz), czy lepsze wbudowane głośniki.

Poza tym to po prostu dobra, rozwijana od lat konstrukcja. Miesiąc po premierze wariant na 2020 r. został już gruntownie przetestowany, więc nie kupuję kota w worku. Wniosek testerów jest jeden: to najlepszy iMac, ze świetną wydajnością, którą widać zwłaszcza w zastosowaniach wideo.

Niepodważalnym minusem iMaca 2020 r. jest natomiast wygląd, który zaczyna się starzeć. Cała bryła komputera nadal wygląda dobrze, ale grube ramki wokół ekranu wyglądają dość żałośnie. Jeśli jednak ramki są jedyną poważną wadą komputera, jestem w stanie je zaakceptować.

Porozmawiajmy o słoniu w pokoju. ARM nadchodzi.

Apple przenosi architekturę komputerów Mac na ARM. To już nie plotki, ale oficjalne stanowisko firmy zaprezentowane w czerwcu 2020 r. Apple daje sobie dwa lata na kompletną i nieodwracalną przesiadkę. To oznacza, że w 2022 r. każdy (!) komputer Apple w bieżącej ofercie będzie miał wewnątrz procesor ARM stworzony bezpośrednio przez Apple.

Co to właściwie oznacza? ARM to architektura, na której pracują dzisiejsze urządzenia mobilne, w tym właściwie wszystkie smartfony i tablety. Wprowadzenie ARM do komputerów ma wiele zalet. Przede wszystkim oznacza to przyrost mocy, zwłaszcza na niższej półce. Procesor Apple A14, który już jest w iPadzie Air 4, a za chwilę trafi do iPhone’a 12, ma wydajność mniej więcej na poziomie Intela Core i5–8600. iPad Pro nie ma problemu z płynnym montażem wideo 4K HEVC (H.265), natomiast nawet najmocniejsze iMaki potrafią się nad tym napocić i zgubić sporo klatek.

Do tego dochodzi wyraźnie widoczny trend.

Intel ma spore problemy z rozwojem swoich procesorów. Ciągle sprzedaje czipy w litografii 14 nm, podczas gdy mobilne procesory ARM już dawno przeszły przez etap 10 nm, aż do 7 nm. Jeszcze w 2020 r. ARM ma zejść do poziomu 5 nm. Słowem, między x86 a ARM rozciąga się coraz większa przepaść.

Ponadto procesory ARM wymagają do pracy mniej energii, a więc czas pracy komputerów przenośnych z ARM znacząco się wydłuży. W prostych maszynach wystarczy też pasywne chłodzenie. Innymi słowy, komputery z ARM będą działać niczym tablety, zupełnie bezgłośnie, z czasem pracy liczonym nie w godzinach, a w dniach.

Do tego wszystkiego dojdzie dłuższe wsparcie (bo technologia jest bardziej przyszłościowa), a dodatkowo odświeżenie wnętrza będzie też okazją do odświeżenia zewnętrznego wyglądu, co też - według przecieków - Apple zamierza zrobić z iMakiem.

ARM oznacza jednak masę problemów.

Przejście na ARM oznacza odcięcie się grubą kreską od dotychczasowego oprogramowania. Apple przepisze macOS i własne programy (Logic Pro X, Final Cut Pro X), ale co z firmami zewnętrznymi? Co z Adobe i ich pakietem Creative Cloud? Co z programami Autodesk? Dziś nikt nie zna odpowiedzi na te pytania.

W przypadku Adobe widać już pewne ruchy. Powstał zarówno Lightroom jak i Photoshop na urządzenia mobilne (czyli działający na ARM), ale oba nie mogą się równać z rozwijanymi od dekad programami desktopowymi. Przepisanie tych ostatnich na nową architekturę jest trudne i kosztowne.

Z tego względu można się spodziewać, że w pierwszej fazie transformacji będziemy musieli polegać na emulatorze środowiska x86. Jak emulacja wpłynie na szybkość działania komputerów? Ponownie, nikt tego nie wie.

Do tego można się spodziewać, że pierwsza generacja zupełnie nowej konstrukcji nie będzie idealna. To jak start od zera. Może mieć mnóstwo nieznanych problemów, np. z przegrzewaniem, throttlingiem, czy żywotnością. Ufam Apple, ale spodziewam się, że dopiero druga lub trzecia generacja nowych komputerów będzie się nadawać do stabilnej pracy zawodowej, pozbywając się problemów wieku dziecięcego.

Nowe obudowy będą też okazją do zablokowania możliwości rozbudowy komputerów. Jestem przekonany, że iMaki na ARM nie będą już miały klapki do prostej wymiany RAM-u. Zostanie więc zakup pamięci u Apple'a, który liczy sobie za ten komponent horrendalne kwoty.

Do tego wszystkiego powracają plotki o tym, że Apple zacznie transformację na ARM od prostych komputerów. Ma powstać następca małego MacBooka 12, a w przypadku iMaka możemy się spodziewać odświeżenia mniejszego rozmiaru 21”, lub pojawienia się nowego rozmiaru 24”. Mocniejsze komputery, takie jak MacBooki Pro i iMaki 27” (lub 32”) będą się pojawiać w dalszej kolejności. To znaczy, że pierwsza generacja mocniejszych komputerów z ARM najpewniej pojawi się dopiero za dwa lata, na koniec zapowiadanego okresu transformacji. Ile wobec tego trzeba będzie czekać na drugą lub trzecią generację?

W takim razie: czy warto teraz kupować komputer Apple?

imac 2019

Jeden rabin powie tak, drugi rabin powie nie. Na ten moment nikt nie zna odpowiedzi na tak postawione pytanie. Być może ARM będzie kompletną rewolucją, która w kwestii wydajności i jakości pracy kompletnie odskoczy komputerom na architekturze x86.

Może być jednak tak, że Apple sparzy się wychodząc przed szereg. Wszyscy pozostali producenci jeszcze przez całe lata (a może nawet dekady) będą tkwić w technologii x86, a więc zewnętrzne firmy będą rozwijać oprogramowanie x86 kompatybilne ze stacjami roboczymi HP, Asusa, Lenovo i wielu innych firm. Wielu producentów oprogramowania nie będzie mieć środków by równolegle tworzyć zupełnie nowe wersje programów przeznaczone pod architekturę ARM.

Kupiłem iMaca, bo potrzebuję dobrego i sprawdzonego komputera tu i teraz.

Sprzęt od pierwszego dnia będzie zarabiał na siebie, na mnie i na moją rodzinę. Liczę się z tym, że za trzy lata iMaki z Intelami mogą być powoli wygaszane, a wsparcie będzie ograniczone.

Ta sytuacja jest jednak odległa o całe lata. Pełna transformacja na ARM potrwa dużo dłużej niż zakładane przez Apple dwa lata. Apple na pewno po swoje stronie wyrobi się ze sprzętem, ale do tanga trzeba dwojga. Producenci oprogramowania mogą nie być tak szybcy. Kupowanie ARM w pierwszej generacji będzie rzucaniem się na głęboką wodę, a dla mnie kluczowym aspektem komputera jest stabilność i niezawodność.

W takim razie, czekać na ARM czy kupować Intela? Jeśli czekać, to dość długo. Najlepiej dobre 2–3 lata, aż kurz opadnie i nowy porządek zacznie się klarować. A jeśli - podobnie jak ja - potrzebujesz komputera wcześniej, nowoczesny Mac z architekturą x86 posłuży ci na lata.

Nie przegap nowych tekstów. Obserwuj Spider's Web w Google News.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst