Tech  / Artykuł

Nie będę płakała po Ministerstwie Cyfryzacji. Nawet jak je zlikwidują

Odejście wiceminister cyfryzacji Wandy Buk z tego resortu na kilkukrotnie lepiej płatne stanowisko w spółce skarbu państwa to nie tylko jednoznaczny sygnał, że praca w rządzie się mało opłaca. To przede wszystkim bardzo zła wróżba dla przyszłości samego Ministerstwa Cyfryzacji. Ale może taki resort w ogóle nie jest potrzebny? 

O tym, że Wanda Buk, w MC odpowiedzialna za kwestie telekomunikacji i regulacji, myśli o odejściu z resortu mówiło się od jakiegoś czasu. Mimo wszystko jej nagła dymisja powiązana z informacją, że wygrała konkurs na wiceprezesa PGE zaskoczyła opinię publiczną.

Większość komentatorów skupiła się na kwestii ogromnego wzrostu wynagrodzenia, który czeka tę prawniczkę. Ważniejsze jest jednak to, co ta rezygnacja może oznaczać dla przyszłości cyfryzacji w Polsce. 

Cyfryzacja jest kluczowa, ale samo ministerstwo niekoniecznie 

To bardzo silny sygnał wskazujący na możliwy koniec eksperymentu pt. „Ministerstwo Cyfryzacji”. Eksperymentu, bo mimo iż resort ten powstał w 2011 r. więc niemal dekadę temu, to od początku podążał on wyboistą ścieżką i praktycznie co chwilę wróżono my wywrotkę i kasację. 

Może się okazać, że właśnie teraz, choć jeszcze nigdy technologie nie miały tak dużego wpływu na życie, Ministerstwo Cyfryzacji zakończy swoją historię. I, prawdę mówiąc, nie będę po nim płakała. 

Nie dlatego, że jest to jakoś szczególnie źle zarządzany resort, że w tym momencie ma niesprawne kierownictwo, czy dlatego, że wymyśla szkodliwe ustawy. Wręcz przeciwnie, działa dosyć sprawnie. Tyle że na tak wąskim poletku tak wiele kluczowych dziś kwestii nie jest w kompetencjach tego ministerstwa, że … powoli staje się ono niepotrzebne. 

Od info-afery do przetargów na LTE 

By zrozumieć, dlaczego tak się dzieje, trzeba przypomnieć sobie same początki Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji. Powołane zostało w bardzo specyficznym momencie. Polskim rządem wstrząsała wtedy tzw. info-afera. Okazało się, że w kluczowych przetargach na budowę dużych i drogich systemów informatycznych doszło do zmów urzędników, polskich dostawców rozwiązań informatycznych i największych amerykańskich graczy, czyli HP oraz IBM. W efekcie nie tylko wszystko kosztowało drożej, ale po prostu nic z obiecanych rozwiązań nie było.

Skala afery była tak duża, że nie tylko doszło do aresztowań, ale także Komisja Europejska (e-systemy budowane były z dotacji unijnych) zagroziła odebraniem nam setek milionów złotych już wydanych przecież na działający ePUAP, wciąż spóźniające się e-dowody i fikcyjne platformy dla eZdrowia. 

Nowy resort z ministrem Michałem Bonim miał zrobić z tym porządek. Sam Boni to, co zastał w informatyzacji administracji, nazwał „stajnią Augiasza”. I właśnie sprzątanie tego bałaganu, sprawdzanie, czy na pewno kolejny zamówiony system jest potrzebny, kontrolowanie, ile na niego już wydatkowało państwo i planowanie, by wreszcie e-administracja zadziałała, zajęło MAiC pierwszych kilka lat. 

To z tamtego momentu pochodzi słynny mem, wyśmiewający Boniego za „drukowanie internetu”. I rzeczywiście wtedy właśnie przeżywaliśmy przyspieszoną cyfryzację wszelkich procesów funkcjonowania państwa. Słabiutko prezentowaliśmy się na tle Unii pod względem zasięgu światłowodów i dostępu do sieci. 

Takie właśnie bardzo praktyczne, mało spektakularne a trudne zadania miał ten resort. Po Bonim kierowali nim Rafał Trzaskowski i Andrzej Halicki, którzy, co nie było tajemnicą, nie byli szczególnie zainteresowani tymi zagadnieniami. A więc brakowało jakiegoś szczególnego impetu w działaniach. Największe kłopoty zaś sprawiała długa i kontrowersyjna aukcja częstotliwości LTE.

Wszystko miało się zmienić wraz z wygraną wyborów przez PiS i obsadzeniem resortu przez ekspertkę i byłą szefową UKE Annę Streżyńską. Nowy resort, czyli Ministerstwo Cyfryzacji (część dotycząca administracji wróciła do MSW), miał się skupić na koordynacji procesów informatyzacji w innych urzędach w tym ministerstwach i na uratowaniu projektu e-dowodów. Te powinny być wydawane już od 2011 r., ale w wyniku wspomnianej info-afery wciąż ich nie było. 

Cyfryzacja bez administracji, ale i tak z problemami 

Streżyńska zaczęła z impetem i... rozbiła się o brak politycznego wsparcia. Na drodze stanęły też jej własne ambicje kontroli tego, co robią inne ministerstwa w tematach cyfrowych zadań. Zderzyły się one z silnymi osobowościami Mariusza Błaszczaka, ówcześnie szefa MSWiA, i Antoniego Macierewicza, kierującego MON. Pierwszy nie chciał oddać kwestii związanych z dokumentami osobistymi, drugi uważał, że cyberbezpieczeństwo to kompetencje jego resortu. 

Wreszcie po trochę ponad 2 latach Streżyńską podczas rekonstrukcji rządu zdymisjonowano a losy MC zawisły na włosku. Przez kilka miesięcy resort nie miał nawet pełnoprawnego szefostwa. Marek Zagórski, wcześniej wiceminister, był tylko pełniącym obowiązki szefa resortu. Dopiero gdy Zagórski zmienił barwy partyjne z Porozumienia Jarosława Gowina na PiS, dostał pełną nominację. 

Premier Mateusz Morawiecki i minister Marek Zagórski
fot. KPRM

Był to moment przyspieszenia prac w resorcie. Pilnie potrzebne było uchwalenie ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa, której domagała się od nas Unia. Zbliżał się też ostateczny termin wydania e-dowodów, UE przesunęła nam deadline na marzec 2019 r. Na horyzoncie pojawiał się temat sieci 5G. Zagórski, choć wcześniej miał doświadczenie raczej z rolnictwem, okazał się być sprawnym zarządzającym. Może podległy mu resort nie kreślił specjalnie światłych wizji na przyszłość, ale domykał bez większych wpadek kolejne ważne tematy. 

Już nie e-administracja, ale regulacje telekomunikacji i 5G

Równolegle i w innych ministerstwach poprawiła się jakość cyfryzacyjnych inwestycji. Resort Zdrowia wreszcie zaczął uruchamiać po kolei ważne usługi: e-skierowania, e-zwolnienia a przede wszystkim e-receptę. Sprawnie działa większość usług dla przedsiębiorców, postępuje cyfryzacja sądów. Więc okazało się, że tu nie jest już potrzebny nadzór ze strony MC. 

Od kilku miesięcy resort Zagórskiego w ogromnej mierze zajmował się więc węzłem gordyjskim aukcji 5G i afery Huawei. Owszem aukcję ogłosiło i prowadziło UKE, ale urząd ten podlega pod MC. Zaś perturbacje z dostawcami infrastruktury, jakie pojawiły się po oskarżeniach wymierzonych przez Stany w stronę największej chińskiej firmy telekomunikacyjnej, utrudniały podjęcie jednoznacznej decyzji o tym, co i kto ma budować. 

Sytuacji nie ułatwiały polityczne naciski na MC. Na początku 2019 r.tylko i wyłącznie z politycznych powodów dokooptowano do resortu nowego wiceministra Adama Andruszkiewicza, który wsławił się jako prezes Młodzieży Wszechpolskiej. Równolegle zaogniał się kompetencyjny konflikt między szefem UKE Marcinem Cichym i wiceminister Wandą Buk. Oboje pilotowali temat 5G i oboje mieli w tym temacie inne pomysły. 

Wydawało się, że po nocnej zmianie ustawy o UKE dorzuconej w maju w Tarczy Antykryzysowej, która niespodziewania skracała kadencję Cichemu i niemal od razu usuwała go z UKE, tę rozgrywkę wygrało MC. Co więcej, zdecydowano o anulowaniu już trwającej aukcji 5G. - Owszem wszyscy oczywiście obiecywali, że nowa będzie ogłoszona najszybciej jak się da, ale dziś, gdy zbliża się koniec sierpnia, jasno widać, że szansa na jej rozstrzygnięcie w tym roku jest już zerowa - mówią nam eksperci związani z rynkiem telekomunikacyjnym. 

Co więcej, nowym prezesem UKE okazał się nie być obstawiany przez MC obecny p.o prezesa Krzysztof Dyl, tylko szerzej nieznany w środowisku telekomunikacyjnym naukowiec z Wrocławia dr Jacek Oko. - To kandydat kancelarii premiera, co jasno pokazuje, kto teraz rozdaje w tym temacie karty - słyszymy od urzędników. 

Jeśli nie ministerstwo to co? 

Kolejne przecieki z planowanej rekonstrukcji rządowej mówią o planach likwidacji MC. - Skoro ma być docelowo tylko 10 resortów, to rzeczywiście nasza obecność jest raczej mało prawdopodobna - słyszę od urzędników. 

Exodus kolejnych ważnych urzędników z tego resortu też potwierdza taką tezę. Odeszła z niego nie tylko Buk, ale także na początku roku wiceminister Karol Okoński odpowiedzialny za cyberbezpieczeństwo. Dziś oprócz Zagórskiego w kierownictwie resortu jest już tylko Andruszkieiwcz. Nawet rzecznik MC Karol Manys w kwietniu zmienił pracę na Ministerstwo Aktywów Państwowych. 

Od lewej: wiceminister cyfryacji Wanda Buk, Minister Cyfryzacji Marek Zagórski, premier Mateusz Morawiecki, wiceminister spraw wewnętrznych i administracji Paweł Szefernaker, fot. KPRM

Wszystko to oczywiście nie oznacza, że magicznie wyparowały ważne cyfryzacyjne zadania. Wręcz przeciwnie, rozgrzebana jest wspomniana kwestia 5G. MC przekazało właśnie do konsultacji wielki projekt nowego prawa komunikacji elektronicznej, który ma regulować cały sektor telekomunikacji. Resort Zagórskiego obiecywał też, że przedstawi strategię rozwoju sektora Sztucznej Inteligencji w Polsce. Co więcej, wiszą nad nami ważne a odkładane problemy regulacji zagranicznych platform cyfrowych, podatku cyfrowego czy kontroli algorytmów. 

Tyle że to, w porównaniu z cyfrową „stajnią Augiasza”, setkami milionów dotacji do rozliczenia czy dociągnięciem światłowodów do każdej miejscowości, zadania mniej dla dużego resortu a bardziej dla zwinnej, sprawnej jednostki międzyresortowej. - Od lat mówi się o koncepcji pełnomocnika rządu ds. cyfryzacji. Być może to jest moment  na to, by taką opcję wdrożyć - zastanawiają się eksperci, z którymi rozmawialiśmy. 

Na pewno byłoby to lepsze wyjście niż banalne rozbicie MC na kilka departamentów i rozdysponowanie ich po większych resortach. W takim wypadku informatyzacja mogłaby trafić niestety do MSWiA (gdzie już kiedyś była) a nieszczególnie wierzę w kompetencje ministra Mariusza Kamińskiego w tej dziedzinie. 

Ostatnie dni to nie tylko odejście Wandy Buk z MC, ale także wiceministra zdrowia Janusza Cieszyńskiego z Ministerstwa Zdrowia. Cieszyński odpowiadał w nim za e-zdrowie. To on doprowadził m.in do odpalenia z sukcesem tuż przed pandemią e-recepty. Tak więc także ten resort pozbawiony jest obecnie kierownictwa w temacie rozwoju e-usług. 

W takim kryzysowych sytuacjach to właśnie pełnomocnik - szczególnie jeżeli miałby silne wsparcie premiera - mógłby pilnować, co dzieje się z cyfryzacją wszędzie tam, gdzie dalsze inwestycje w nią są niezbędne. 

Jednak jeżeli likwidacja MC oznaczać miała by także likwidację naszych ambicji by tej tematyki pilnować i faktycznie wdrażać konkretne rozwiązania i regulacje to nie tylko ja ale i wszyscy uronimy łzę nad polityczną krótkowzrocznością.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst