Gry  / Lokowanie produktu

Pismo święte fanów Football Managera wreszcie objawiło się polskim księgarniom

Miałem kiedyś spotkanie z klientem. Nie szło, po prostu nie szło, czasem nie ma chemii.

Odpaliłem mu coś tam jeszcze do pokazania na moim komputerze, ale całość odbywała się na takiej zasadzie, że ja się modliłem, żeby sobie poszedł i on się modlił, żebym ja sobie poszedł. Z czystej kurtuazji przeciągaliśmy całe to widowisko.

Twarz miał cały czas kamienną, myśli nieprzeniknione, krawat pod szyję podciągnięty tak bardzo, że uwierał nawet mnie. I nagle gdzieś tam w zalewie ikon launchpada wypatrzył Football Managera - bodajże - 2018. „O, hehe, dziś wieczorem gram finał Ligi Mistrzów z moim Leeds”. No inny człowiek.

Stały klient zresztą do dziś, z rozbawieniem wracamy nawet pamięcią do tamtego spotkania, które zaczęło się bardzo kiepsko, a skończyło półtoragodzinną dyskusją o koncepcji gry w ustawieniu 4-6-0, wyższości gry skrzydłami nad tiki-taką czy przede wszystkim talentach, których udało nam się wynaleźć w grze (zaplusowałem poleceniem Pietro Pellegriego, z którym osiągnęliśmy wspaniałe rzeczy).

No i właśnie zbiorem takich wspomnień i historii jest książka „Football Manager to moje życie”.

W Polsce zawsze wybierałem Orlen Płock, bo… akurat wtedy tam grałem. Mieliśmy mocny jak na drugą ligę skład: Nosal, Geworgian, Romuzga, Sobolewski, Soczewka, Krupski w bramce. Ja też byłem dobry, miałem w grze takie parametry, że po kilku latach brali mnie na Zachód - wspomina Sebastian Mila, człowiek, który historycznie pokonał Niemcy

Elitarny Football Manager

Football Manager to gra dla elit. Bardzo możliwe, że nie jest to najlepsze słowo, ale mało książek czytam, głównie komunikaty z gry Sports Interactive, to i słownictwo ubogie.

Jesteśmy jednak zamkniętym kręgiem osób. Niewykluczone, że wirtualni managerowie są dziś w rządzie, w prawdziwych klubach sportowych, we władzach państwowych spółek, właśnie kogoś operują na stole operacyjnym albo robią jeszcze inną bardzo poważną, zupełnie niezwiązaną z piłką rzecz. Ale znają smak bramki straconej w 90. minucie meczu lub serii porażek, która nie ma nic wspólnego z logiką i coraz groźniej zaczyna spoglądać nam w oczy. Pozdrowienia dla kumatych.

I taką właśnie książką od braci dla braci, od dobrych dla dobrych, jest „Football Manager to moje życie. Historia najpiękniejszej obsesji”.

Pierwotnie wydana za granicą w 2012 roku, przetłumaczona i wzbogacona przez dziennikarza Leszka Milewskiego, trafiła w końcu do sprzedaży w Polskę. Stąd też prócz rozdziałów opisujących historię gry, okoliczności jej powstawania czy przeróżne smaczki (wiecie, że Everton odkupił bazę od scoutingu Sports Interactive?), możemy też poczytać sentymentalne podróże do przeszłości po największych nazwiskach serii oraz wspomnienia graczy, również tych z Polski.

Jest to bardzo ciekawa lektura, choć jej niezwykle nostalgiczny, sentymentalny charakter sprawia, że raczej stworzona do pewnego bardzo specyficznego grona adresatów. Gdyby na przykład podarować książkę wielkiemu fanowi FC Barcelony, który jednak stroni od gier komputerowych, ten - biedaczyna - mógłby się w tym zalewie skrótów myślowych i pojęć pogubić zupełnie tak, jak ja na dorocznym balu księgowych. Wydaje mi się też, że bardziej adekwatnym tytułem byłoby „Championship Manager to moje życie”, ponieważ to właśnie pierwsze lata, pierwsze edycje gry stanowią dominującą oś dyskusji. Rozumiem jednak, dlaczego tak się nie stało.

Czy przeczytałbym książkę jeszcze raz? Otóż... tak. Wielokrotnie. Mam bowiem dziwne wrażenie, że to wcale nie jest pozycja, którą czyta się ciurkiem, od A do Z. To swoisty zbiór przypowieści, takie święte pismo fanatyków Football Managera, ze słowem wsparcia, otuchy, porady na każdy nadchodzący mecz.

Książkę można kupić tutaj.

Tekst powstał we współpracy z wydawnictwem SQN.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst