Gry  / Recenzja

Ta myszka kosztuje 1200 zł. I znajdą się ludzie, którzy ją kupią. Razer Mamba Hyperflux - recenzja

Kupiłbyś myszkę za 1200 zł? Tyle właśnie trzeba na polskim rynku dać za Razer Mamba Hyperflux.

Nie bez powodu zacząłem od ceny, bo cena jest wysoka również nie bez powodu. Razer Mamba Hyperflux to pierwszy produkt swojej kategorii. Bezprzewodowa myszka, pozbawiona akumulatora, której jedynym źródłem zasilania jest podłączona do komputera podkładka, pełniąca rolę przewodnika energii.

Stąd i wysoka cena. Razer wypuścił na rynek sprzęt na zasadzie badania gruntu i przecierania szlaku dla kolejnych konstrukcji. I jak to zwykle bywa z pierwszymi wydaniami – musi być drogo, żeby się to jakkolwiek opłacało.

Dlatego zamiast oburzać się na abstrakcyjną cenę myszki, lepiej pamiętać, że nie jest to sprzęt dla każdego. Ten produkt znajdzie jednak swoich nabywców – będzie to wąskie grono entuzjastów i profesjonalistów z grubymi portfelami, którzy z chęcią wyłożą pieniądze na stół, by spróbować czegoś nowego.

A skoro to już ustaliliśmy, to pomówmy o tym, jaka jest Mamba Hyperflux. I czy Razerowi udało się stworzyć dobry produkt za pierwszym podejściem.

Razer Mamba Hyperflux bazuje na sprawdzonych rozwiązaniach.

Inżynierowie Razera nie wyważali otwartych drzwi. Na pierwszy rzut oka nowa Mamba Hyperflux wygląda jak… Razer Mamba. Czyli konstrukcja, którą pokochały miliony graczy na całym świecie.

To prosty gryzoń o praworęcznym profilu, wyposażony w najbardziej niezbędne przyciski. Z dodatków znajdziemy tu tylko trzy guziki: przyciski wstecz/do przodu pod kciukiem oraz mały przycisk na lewej krawędzi obudowy – to przełącznik Hypershift, pozwalający przypisać do przycisków drugi zestaw funkcji.

Myszka jest bardzo wygodna, a gumowe elementy pozwalają manipulować nią z ogromną precyzją (choć brudzą się przy tym niemiłosiernie).

Różnicę między zwykłą Mambą a Mambą Hyperflux da się jednak odczuć już przy pierwszym ruchu. Nowa myszka Razera jest niesłychanie lekka. Dzięki temu, że w środku nie ma akumulatora, jej masa wynosi zaledwie 96g. Dla porównania, zwykła bezprzewodowa Mamba liczy sobie gramów aż 125.

Nie sposób mówić o myszce Mamba Hyperflux bez wspominania o podkładce Razer Firefly Hyperflux.

Podkładka ta jest bowiem integralną częścią zestawu. Choć na pierwszy rzut oka nie różni się niczym od standardowej podkładki Razer Firefly, to już w jej wnętrzu sporo się dzieje, co można zobaczyć na dedykowanym materiale producenta:

Podkładka jest indukcyjna, więc po położeniu na niej myszki z wbudowanym kondensatorem, zaczyna wytwarzać się pole elektromagnetyczne napędzające gryzonia. Co dość istotne, indukcja działa na całej powierzchni podkładki, od krańca do krańca. Nie ma tam żadnego martwego pola – dopóki Razer Mamba Hyperflux znajduje się na podkładce, dopóty działa.

Powierzchnia maty jest naprawdę spora. Przy wymiarach 355 x 282,5 mm jest po czym przesuwać myszkę. Sama podkładka, choć ma wbudowane podświetlenie, jest też cieniutka, nie ma więcej niż 3-4 mm grubości.

Jedynie w punkcie podłączenia zasilania jej grubość wzrasta do 12,9 mm.

Podkładka jest też dwustronna. Wystarczy wyjąć środkową część z obudowy i ją obrócić. Do wyboru mamy albo twardą, plastikową powierzchnię zapewniającą najwyższą szybkość, albo mięciutką tkaninę, dla lepszej precyzji.

Osobiście zdecydowanie wolę tkaninę, tyle że… podobnie jak gumowe elementy myszki, jest ona niemożliwa do utrzymania w czystości. Jako że po moim mieszkaniu biegają dwa koty, z żalem obróciłem podkładkę na plastikową część, z której łatwiej jest usunąć sypiącą się ze zwierzaków sierść.

Zależnie od tego, której strony podkładki używamy, możemy dokonać stosownej kalibracji w dedykowanym programie Synapse 3, którym sterujemy wszystkimi ustawieniami myszki.

Jeśli z jakiegoś powodu nie chcemy korzystać z podkładki Firefly Hyperflux, albo zabieramy myszkę na LAN party, możemy używać Mamby w trybie przewodowym. Razer dołożył do zestawu elastyczny, miękko opleciony przewód o długości 2,1 m.

Jak to działa w praktyce? Cóż… jak myszka. Piekielnie szybka myszka.

Razer Mamba Hyperflux to sprzęt stworzony dla zawodowców. Zaprojektowany z myślą o e-sporcie i najbardziej wymagających graczach. Optyczny sensor 5G może pracować z rozdzielczością sięgającą 16 000 DPI. Nie ma też mowy o jakichkolwiek opóźnieniach – myszka reagowała z identyczną sprawnością w trybie bezprzewodowym, co podczas połączenia przewodowego.

Gryzoń jest też idealnie wyprofilowany. Po wielogodzinnych maratonach gamingowych w ogóle nie czułem zmęczenia nadgarstka, podobnie jak po całym dniu pracy. Przyciski mają idealny skok i klik.

Żałuję tylko, że Razer nie zaimplementował w żadnej formie tzw. „free scrollingu” do swojej myszki. Bardzo przywykłem w innych używanych akcesoriach – Logitechu MX Master 2s i Surface Precision Mouse – do tego, że mogę po prostu mocniej „machnąć” palcem, a kółko myszy nie przestaje się obracać póki go nie zatrzymam. W Mambie nie mamy takiej opcji.

Widać, że tutaj producent postawił na precyzję. Kółko myszy ma wyraźną fakturę i bardzo dokładne przełożenia. Nie ma szans pomylić się w czasie rozgrywki np. z wybieraniem broni.

Nie mogło zabraknąć podświetlenia.

O Razer Chroma ze szczegółami pisaliśmy przy okazji dwóch obszernych materiałów, toteż zainteresowanych odsyłam tutaj:

Myszka Razer Mamba Hyperflux oraz podkładka Firefly Hyperflux naturalnie również wyposażone są w autorskie podświetlenie Chroma. Sterujemy nim tradycyjnie z poziomu Synapse’a, gdzie możemy dowolnie bawić się kolorami, programować sceny, dopasowywać podświetlenie do konkretnej gry… możliwości są praktycznie nieskończone, szczególnie gdy na biurku mamy kilka akcesoriów Razera.

Czego zabrakło?

To zależy. Jeśli spojrzymy na Mambę Hyperflux wyłącznie w kategorii myszki do gier i e-sportu, to… w sumie nie brak niczego. To rewelacyjne narzędzie, które doceni każdy profesjonalny gracz czy entuzjasta.

Jeśli jednak spojrzymy na nowy produkt Razera w kategorii myszki i do gier, i na co dzień, sytuacja wygląda nieco inaczej.

Po kilku tygodniach z Mambą Hyperflux muszę stwierdzić, że o ile fantastycznie się nią gra, o tyle całodzienna praca nie jest przesadnie przyjemna. Komfort gryzonia jest doskonały, żeby było jasne, ale brak dodatkowych przycisków czy wspomniana rolka przewijania sprawiają, że używanie Mamby do pracy nie jest tak przyjemne, jak korzystanie np. z Logitecha MX Master 2s. Do tego całość łapie brud w zastraszającym tempie. Może są ludzie, którym nie będzie to przeszkadzać, ale ja zarówno podkładkę jak i myszkę musiałem przecierać kilka-kilkanaście razy dziennie, by osadzający się kurz i pyłki nie doprowadziły mnie do szału.

I chyba największy problem, jaki mam z tym zestawem, to fakt, że… nadal wymaga on przewodu. W myszce bezprzewodowej najbardziej cenię sobie to, że jest ona – nomen omen – bezprzewodowa. Że żaden kabel nie wala mi się po biurku i tylko raz na dwa-trzy tygodnie muszę na kilka godzin podłączyć myszkę do zasilania.

Tutaj kabel – cienki bo cienki, ale zawsze – non stop jest widoczny. Mamy tu tę samą wadę, co w przypadku bezprzewodowego ładowania telefonów. Niby w teorii ma być wygodniej, ale w praktyce nie dość, że przewód do ładowarki dalej jest potrzebny, to dodatkowo ułożona w jednym miejscu podkładka znacznie ogranicza swobodę korzystania z myszki poza biurkiem.

Z tego powodu Razer Mamba Hyperflux to propozycja nadająca się wyłącznie do stosowania w jednym miejscu. Nie wrzucimy jej do torby z laptopem, nie wyjmiemy w kawiarni bez konieczności podłączenia kablem do komputera.

A to znacząco ogranicza jej uniwersalność, co przy tej cenie jest grzechem śmiertelnym.

Razer Mamba Hyperflux to sprzęt skrojony pod bardzo konkretną niszę, której wcale nie będzie przeszkadzał ten brak uniwersalności. Dla całej reszty… pozostanie on wyłącznie bardzo drogą ciekawostką.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst