Social media  / Felieton

Pożar było widać z połowy miasta. Nikt nie zadzwonił po straż. Wszyscy robili zdjęcia

111 interakcji
dołącz do dyskusji

W miniony weekend w okolicach mojego miasta doszło do olbrzymiego pożaru. Paliły się zbiorniki z paliwem, w akcji gaszenia których brało udział 21 zastępów straży pożarnej. Pożar można było ugasić szybciej i zmniejszyć straty, jednak bielszczanie sięgnęli po telefony komórkowe nie po to, aby wezwać pomoc, ale żeby nagrywać filmy i robić zdjęcia.

W Jasienicy koło Bielska-Białej doszło do poważnego pożaru. W budynku gospodarczym, który znajdował się w bliskiej odległości od budynku mieszkalnego, zapaliły się cztery 1000-litrowe zbiorniki z paliwem. Jeden lub dwa zbiorniki uległy rozszczelnieniu w wyniku czego doszło do wycieku. Lokalne media podają, że olej opałowy utworzył rzekę ognia.

W gaszeniu pożaru brało udział ponad 20 zastępów straży pożarnej, w tym specjalistyczny zespół ratownictwa chemiczno-ekologicznego. Strażacy ugasili pożar po 5 godzinach walki, a służby ratunkowe udzieliły pomocy trzem osobom – jedną z nich był 52-letni właściciel zabudowań, który wraz z innym członkiem rodziny uległ poparzeniu. Próbowali oni sami ugasić pożar, gdy ten był jeszcze w początkowej fazie.

I choć czarny słup dymu było widać z kilku dzielnic Bielska-Białej oraz okolicznych miejscowości, to nikt nie zadzwonił po straż pożarną. Służby dostały tylko jedno zgłoszenie, od właściciela budynku, który zadzwonił po straż ze sporym opóźnieniem. Wynikało ono z tego, że najpierw sam próbował gasić pożar i nie był w stanie jednocześnie wezwać dodatkowej pomocy. W wyniku próby walki z żywiołem człowiek ten został ranny.

W tym czasie nie było mnie w Bielsku, ale paradoksalnie mogłem o sprawie wiedzieć wcześniej niż straż pożarna.

Pamiętam, że rano czytałem na Facebooku o pożarze w Jasienicy i o tym, że płonie stodoła oraz budynek mieszkalny. Na licznych zdjęciach widziałem wysoki na wiele metrów słup czarnego dymu.

Okazało się jednak, że w dobie mediów społecznościowych, dla mieszkańców Bielska-Białej i okolic, ważniejsze okazało się wrzucanie zdjęć i filmów na Facebooka niż powiadomienie straży pożarnej o wielkim słupie dymu.

W wyniku takiej postawy straż dowiedziała się o ogniu, który objął zbiorniki z paliwem, wyłącznie od właściciela posesji. Nikt inny nie zgłosił pożaru, a jak podała straż, zgłoszenie od właściciela była chaotyczne i niekompletne – o co trudno winić człowieka, który uległ poparzeniu podczas próby gaszenia własnego majątku.

Lokalna straż pożarna prosi o zgłaszanie pożarów i informuje, że nadmiar informacji nigdy nie jest problemem. Kolejne zgłoszenia to często szansa na dodatkowe informacje, więcej szczegółów dotyczących tego, co właściwie płonie oraz danych na temat poszkodowanych, które pomogą dyspozytorom wysłać na miejsce odpowiednią liczbę zastępów straży pożarnej.

Przybijający jest fakt, że mamy 2016 rok, a ludziom trzeba przypominać, że gdy się pali, to trzeba zadzwonić po straż pożarną. Tak sobie myślę, że może byłoby sprawniej, gdyby dało się zgłaszać pożar na Facebooku albo chociaż straż pożarna zrobiła do tego jakąś specjalną aplikację. Może wtedy zapanowałaby moda na myślenie i normalną, ludzką postawę w sytuacjach zagrożenia.

PS Poniższa grafika:

W razie pożaru: opuść budynek zanim napiszesz na Twitterze, że się pali.

Żartobliwy podpis:

Oczywiście, bo każdy wie, że pożar należy transmitować na żywo za pomocą aplikacji Periscope.

To byłoby bardzo śmieszne, gdyby nie fakt, że niektórzy naprawdę tak postępują.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst