Gry  / Recenzja

Halo 5: Guardians to kapitalny multiplayer, ale tragiczna kampania – recenzja Spider’s Web

To miała być najlepsza kampania dla jednego gracza w historii serii. Twórcy Halo 5: Guardians z pompą wprowadzają nową grywalną postać i obiecują iście hollywoodzki rozmach. Wyszedł poszarpany potwór Frankensteina. Na całe szczęście łatwo wyprzeć go z pamięci, spędzając dziesiątki godzin z kapitalnymi trybami wieloosobowymi.

Strefa Wojny to najlepsze, co przydarzyło się Halo od… premiery Halo.

Znajdujesz się na pokładzie bojowej maszyny latającej Pelikan. Przez otwarty właz widzisz powierzchnię wody, która z czasem zamienia się w płytę lądowiska. Wybiegasz na pole bitwy. Nie jesteś sam. Zamiast kilku, widzisz kilkunastu towarzyszy. Wszyscy sterowani przez prawdziwych ludzi. Wszyscy zaskoczeni. Strzały! Snajper. Grupa kosmitów strzela w waszą stronę. Dokładnie tak samo, jak w kampanii dla jednego gracza. Zaraz, co jest grane?!

W tym samym czasie konkurencyjna grupa 12 graczy ląduje w innej części mapy. Również napotyka na opór sterowanych przez Obcych. Są lepsi. Zajmują pierwszą bazę. Drugą. Trzecią. Okazuje się, że wraz ze zdominowaniem pola bitwy znika osłona chroniąca rdzeń w naszej placówce. Nacierają, dążąc do pełnej dominacji. Nie tylko piechota, ale również pojazdy opancerzone. Nasza ostatnia linia obrony zamienia się w wojnę 24 graczy.

Halo 5: Guardians oferuje wieloosobowe starcia na niespotykaną nigdy wcześniej skalę.

Twórcy chwalą się, że mapy stworzone dla trybu Strefy Wojny są czterokrotnie większe od największych aren dostępnych w rozgrywkach wieloosobowych poprzednich części. Uwierzcie mi – to widać. Pod tym względem Halo 5: Guardians jest znacznie bliżej do Battfielda niżeli Call of Duty czy poprzednich odsłon serii. Kosmiczna wojna stała się totalna. Na bazy. Pojazdy. Mechy.

halo 5 guardians 8

Oczywiście są tego również złe strony. O wiele większa lokacja zmusza do biegania i szukania wrogów. Pomimo 24 żołnierzy na arenie, czasami trzeba biec kilkanaście sekund, aby dotrzeć do miejsca, w którym ma miejsce wymiana ognia. Snajperzy będą w niebie. Biorąc jednak pod uwagę olbrzymią dynamikę sieciowego Halo, weterani serii mogą kręcić nosami. Na całe szczęście twórcy pomyśleli również o nich, oferując „klasyczną” alternatywę.

Arena to sieciowe Halo, jakie znamy od lat – z intensywnymi starciami i dynamiczną akcją.

W dniu premiery, Halo 5: Guardians oferuje aż 15 lokacji stworzonych z myślą o walce na Arenie. Na niej zmierzy się do 8 graczy, po 4 na jedną drużynę. Śmiałkowie mogą wziąć udział w trybach Zabójca (przejmowanie kontroli nad potężną bronią), Przejmij Flagę, Bastiony (przejmowanie terenu), Przełamanie (wariacja flagi i klasycznego starcia), SWAT (tylko headshoty!), Zabójca – każdy na każdego, Snajpotyczka (strzelby i karabiny snajperskie!) oraz Neutralna Flaga.

Bogactwo trybów i możliwości to oczywiście wierzchołek góry lodowej. Z czasem 343 Industries odda narzędzia edytorskie graczom i pozwoli, aby ci tworzyli własne lokacje, modyfikowali rozgrywkę i określali nowe zasady, na których toczyć się będzie gra. Pod tym względem producenci w żaden sposób nie ograniczają miłośników sieciowych zmagań, kontynuując absolutnie najlepsze tradycje z serii Halo.

Halo jak Pokemony. Nie sposób nie napisać o chomikowaniu skarbów i ulepszaniu własnego awatara.

Halo 5: Guardians idzie z duchem czasu, oferując duże możliwości edycji naszego internetowego alter-ego. W Centrum Spartana nie tylko podejrzymy sieciową karierę, ale również spersonalizujemy wygląd herosa – jego pancerz, hełm, wizjer czy domyślny kolor. Nie zabrakło nawet skórek na bronie, co doceni każdy amator Counter-Strike: Global Offensive.

halo 5 guardians 9

Gdyby tego było mało, w 343 Industries zaimplementowali do sieciowej rozgrywki tak zwane Rekwizycje – paczki kart, w których znajduje się amunicja, elementy ubioru, skórki, barwniki, oryginalne tekstury na pojazdy, modyfikatory i wzmocnienia. Otwieranie pakietów Rekwizycji przypomina otwieranie skrzynek w Counter-Strike, także już teraz spodziewajcie się wysypu filmów z reakcjami na YouTubie i Twitchu.

Nic nie poradzę na to, że tego typu elementy od zawsze bardzo mi się podobały. Dzięki nim sieciowe rozgrywki nabierają dodatkowego koloru i sprawiają, że gra się nie tylko dla emocji, ale również realnie widocznych osiągnięć, wyrażonych w trudno dostępnych pancerzach, broniach i hełmach. A jest co zbierać. Co powiecie na 175 hełmów, 175 pancerzy, 53 wizjerów, 218 emblematów, 14 postaw, 17 animacji zabójstw i 28 skórek broni?

halo 5 guardians 5

Jeżeli chodzi o rozgrywkę – tutaj twórcy również poszli z duchem czasu i odważyli się na pozytywne zmiany.

W 343 Industries nareszcie przestali walczyć z wiatrakami i umieścili korzystanie z pomocniczych przyrządów optycznych broni pod prawym triggerem! O ile stare, kultowe pukawki wciąż jedynie powiększają pewien obszar ekranu, tak zupełnie nowe modele korzystają z efektownych ujęć wizjerów optycznych i przybliżają serię do Call of Duty, Destiny czy Battlefielda. Jasne, Halo traci tym samym nieco na swojej wyjątkowości, ale nie oszukujmy się – akurat ten element był po prostu zbyt archaiczny.

Alternatywne celowanie jest natomiast bardziej pomocne niż kiedykolwiek wcześniej. Areny stały się nieco bardziej otwarte, promując nie tylko agresywnych, ale również zachowawczych graczy. Headshoty z pół-automatycznych karabinów padają na naprawdę pokaźnych długościach. Do tego auto-aim nie jest inwazyjny i daje ułudę własnej precyzji. Ten efekt niestety psuje czasami podążanie celownika za schowanym przeciwnikiem, co należy jak najszybciej poprawić.

halo 5 guardians 1

Jako wielkiego fana Destiny, ucieszył mnie odrzutowy „dopalacz” schowany pod przyciskiem B. Dzięki niemu możemy błyskawicznie rzucić się do przodu, a także odbić do tyłu i na boki. Drobnostka, ale niezwykle praktyczna. Nie tylko podczas wymiany ognia na bliskich odległościach (tzw. motyli taniec), ale również podczas poruszania się. Przycisk B wielokrotnie uratował mnie przed upadkiem w przepaść i utratą cennych sekund na polu bitwy.

Wszystkie te pozytywne zmiany i kroki w dobrym kierunku psuje mi fatalna, dramatycznie krótka kampania.

Naprawdę, naprawdę potężne rozczarowanie. Kiedy na ekran wtoczyły się napisy końcowe, przecierałem oczy ze zdumienia. Producenci zaserwowali swoim fanom zakończenie tak nienaturalne i niesatysfakcjonujące, jak to tylko możliwe. Niczym w przeciętnym serialu, wielki finał zamienia się w denerwujący cliffhanger, który zostawia więcej pytań niż odpowiedzi.

halo 5 guardians 6

Byłbym w stanie to wybaczyć, gdyby pozostała część kampanii stała na odpowiednio wysokim poziomie. Tak niestety nie jest. Pod względem narracji całą opowieść dałoby się zmieścić w dwóch, maksymalnie trzech misjach. Tak oto okazuje się, że sztuczna inteligencja Cortana wciąż żyje. Wbrew rozkazom dowództwa, wojenny weteran Master Chief rusza jej tropem. Za dezerterem podąża z kolei agent Locke, bohater serialu Halo: Nightfall.

Pod względem fabuły nic, absolutnie nic nie ma tutaj sensu. Rozumowanie Chiefa jest na poziomie kilkuletniego dziecka. Nierozgarnięta Cortana robi fatalną reklamę systemowi Windows 10. Jedynie Locke – druga najważniejsza postać kampanii – wydaje się mieć łeb na kartu. To właśnie czarnoskóry agent sił wywiadowczych jest najjaśniejszą gwiazdą w tym dramacie. Niezależnie, jak niepoprawnie politycznie by to nie zabrzmiało.

halo 5 guardians 2

Wraz z fatalną historią idzie w parze fatalna rozgrywka.

Grając samemu, Kampania Halo 5: Guardians jest wtórna i nudna. Mając w pamięci wszystkie misje, tylko raz, JEDEN RAZ bawiłem się naprawdę dobrze. Gdy Locke i jego drużyna zbiegała z pionowego, olbrzymiego robota wielkości wieżowca, uśmiech mimowolnie pojawił się na mojej twarzy. To było coś niesamowitego. Szkoda tylko, że cała scena trwała raptem kilkanaście sekund.

halo 5 guardians 7

Cała reszta to strzelanie do tych samych przeciwników, z tymi samymi przerywnikami przy użyciu tych samych zmechanizowanych pojazdów. Nie ma żadnej nowej strony konfliktu i nowych technologii. Sytuację ratują świetne pukawki, ale nowy arsenał nie cieszy tak bardzo, gdy marnujemy go na tych samych, doskonale znanych oponentów.

Producenci nie pomyśleli o ani jednej ciekawej walce z tak zwanym bossem. To kuriozalna decyzja o tyle, że Halo 5: Guardians ugina się od gigantycznych robotów, na modłę Żniwiarzy z serii Mass Effect. Chociaż widzimy kilkanaście takich tworów, z żadnym nie stajemy do boju. Zamiast tego posyłamy do piachu kolejne kilkaset żołnierzy Przymierza i Proteanów, nerwowo rozglądając się w poszukiwaniu tej ciekawszej części kampanii. Ta nigdy nie nadchodzi.

halo 5 guardians 4

Ostateczne starcie toczymy z kopią przeciwnika z początku i środkowego etapu przygody. Ma się wrażenie, że producentom zabrakło czasu. Czuć, jak gdyby kampania miała być dłuższa o kilka kolejnych misji, dzięki którym cała ta szopka miałaby jakiś sens. Zamiast tego dostaliśmy zalew tych samych Obcych i monotonną walkę z falami wrogów. To już było! Pod tym względem Halo 5 jest o wiele mniej udane nie tylko od kapitalnego Reach, ale również Halo 4.

Sytuację ratuje możliwość rozegrania scenariusza przez sieć, w kooperacji z 3 innymi posiadaczami Xboksów One.

Od zawsze wiadomo, że walka ramię w ramię ze znajomymi ratuje nawet najsłabszą grę wideo. Dzięki mocy Xboksa One lokacje w kampanii stały się o wiele, wiele większe. Nie tylko w poziomie, ale również pionie. Można wspinać się na skalne półki, flankować wrogów bocznymi korytarzami, przemykać szybami wentylacyjnymi i tak dalej. Twórcom udało się zrobić miejsce dla 4 graczy i sprawić, że ci mogą wykorzystać przewagę terenową.

Walka w kampanijnym trybie kooperacji daje bardzo dużo frajdy. To właśnie w ten sposób warto przechodzić tytuł po raz pierwszy. Gwarantuję wam, że gdy już to zrobicie, będzie ciężko wrócić do tego potwora, mając pod ręką błyskawiczny dostęp do kapitalnych trybów wieloosobowych. Jeżeli wątek fabularny w Halo 5: Guardians miałby posiadać jakiekolwiek dodatnie strony, to tylko ze znajomymi z sieci Xbox Live po drugiej stronie internetowego kabla.

halo 5 guardians 3

Niestety, nowe Halo nie radzi sobie ze wspólną rozgrywką przed jednym telewizorem, metodą podzielonego ekranu. To potężny cios wymierzony w bardzo dobre tradycje serii. Dotychczas wystarczyło, że jedna osoba posiadała pudełko z grą, dwa pady i już można było bawić się ze znajomym. Aby zachować 60 klatek na sekundę, w 343 Industries musieli pozbyć się podzielonego ekranu, co moim zdaniem jest fatalną decyzją.

Tak się bowiem składa, że Halo 5: Guardians naprawdę nie grzeszy urodą.

Chociaż 60 klatek zostało zachowane, odbyło się to kosztem wielkich kompromisów. Gra jest surowa i pusta. Gdy akcja jest naprawdę intensywna, dochodzi do zaniżania jakości tekstur tak, że wracamy do epoki Xboksa 360. Modele postaci wyglądają przeciętnie, z kolei obiekty z filmików mają się nijak do swoich odpowiedników w czasie aktualnej rozgrywki.

Napiszę to wprost – Xboksowi One zabrakło mocy, aby dostarczyć Halo, które zapiera dech w piersiach. Gra jest bardzo kolorowa, bardzo płynna i zróżnicowana, ale zabrakło wizualnego trzęsienia zmieni na miarę nadchodzącego Tomb Raidera czy Killzone: Shadow Fall. Oczywiście Halo 5: Guardians nadrabia to mięsistą rozgrywką. Jeżeli jednak oczekiwaliście produkcji rewolucyjnej graficznie – oj, będziecie srodze zawiedzeni.

H5-Guardians-Campaign-Establishing-Blue-Team-Window-Into-The-Deep-Copy

Jeżeli jednak wytniemy kampanię dla jednego gracza i skoncentrujemy się na aspekcie wieloosobowym, otrzymamy produkcję, która zapewni od kilkudziesięciu do kilkuset godzin świetnej zabawy każdemu posiadaczowi nowej konsoli Microsoftu. To na doświadczeniach dla wielu graczy skupili się twórcy i czuć to naprawdę wyraźnie.

Zalety

  • Kampania po sieci na 4 osoby
  • Strefy Wojny!
  • Personalizacja awatara
  • Multiplayer na tygodnie, o ile nie miesiące
  • Nowa skala rozgrywek wieloosobowych
  • Lepsze celowanie, lepsze poruszanie się
  • Solidne spolszczenie

Wady

  • Warstwa wizualna nie zachwyca
  • Kampania to wielkie rozczarowanie
  • Brak co-opa na jednym ekranie
  • Bardzo nierówna warstwa muzyczna

Produkcja 343 Industries nie jest ani najlepszą grą na wyłączność dla Xboksa One, ani najlepszym shooterem tego roku, ani nawet najlepszą odsłoną Halo. To jednak najlepsza zabawa po sieci, jaką ma do zaoferowania konsola Microsoftu.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst