Tech  / Artykuł

Od wyobraźni pisarza do rąk czytelnika długa droga, czyli rzecz o procesie wydawniczym

Niezależnie od tego, jaką drogę wydawniczą uznamy za najbardziej dla nas odpowiednią, zanim książka dotrze do finalnego odbiorcy musi przejść przez młyn procesu wydawniczego. Manuskrypt, by dotrzeć do rąk czytelnika ma przed sobą długą drogę, która w każdym modelu wydawniczym, nawet self-publishingu, wygląda bardzo podobnie.

W przypadku wydawnictw tradycyjnych oraz vanity press etapy te są identyczne. Pod tym względem obydwie formy zazębiają się ze sobą, generując taki sam efekt. Nieco inaczej sprawa ma się w przypadku self-publishingu, o którym w głównej mierze traktuje ten cykl, choć różnice leżą głównie po stronie wykonawczej, nie technicznej.

Zanim jednak przejdę do opisywania poszczególnych kroków, chciałbym zwrócić uwagę na to, iż „self-publishing” wcale nie oznacza, że wszystko trzeba zrobić samemu. Choć człon „self” mógłby wskazywać na to, iż pisarz odpowiada za każdy aspekt wydania swojej książki (nie mówiąc już o jej napisaniu), nie do końca oddaje to rzeczywistość. W języku angielskim o wiele częściej figuruje nazewnictwo „indie publishing”, czyli po prostu wydawanie niezależne i to ono wydaje mi się bardziej adekwatnym.

To, czy zdecydujemy się na rozciągnięcie naszych możliwości do absolutnego maksimum, próbując wszystko robić samemu, zależy wyłącznie od nas. W praktyce jednak korzystniej jest - zarówno dla własnego zdrowia jak i ostatecznego kształtu wydanej książki - oddać część obowiązków w ręce innych ludzi.

Mając to w pamięci, porównajmy jak wygląda proces powstawania książki w przypadku wydawców tradycyjnych/vanity oraz autorów chcących opublikować swoje dzieło samodzielnie w formie ebooka.

Redakcja

Umowa z wydawcą podpisana, manuskrypt zdany. Pierwszym krokiem, który podejmuje podmiot wydawniczy zanim przystąpi do technicznej części produkowania książki, jest przyjrzenie się, czy manuskrypt ma ręce i nogi. Czy nie ma w nim luk fabularnych, dziur logicznych, rażących błędów językowych, etc. Może któryś z fragmentów można napisać lepiej? Może zmiana pewnych elementów zwiększy szanse książki na sukces?

Osobiście jestem zdania, że redakcja (każda jedna, zarówno ta autorska, jak i wydawnicza) jest najważniejszym etapem pisania książki, czy dowolnego innego pisania. Tworząc pierwszy szkic próbuje się po prostu przelać myśli na papier, opowiedzieć historię, po trupach (czasem dosłownie) do celu. Najczęstszą ofiarą tego pędu jest oczywiście poprawność językowa i spójność historii. Bywa tak, że w ferworze pisania, szczególnie wtedy, gdy nie mamy z góry ustalonego planu opowieści, w naszej historii pojawią się gargantuiczne wyrwy i dziury gorsze niż na polskich drogach.

Zadaniem redakcji jest te dziury jak najlepiej załatać, a zadaniem pisarza - pokornie przyjąć uwagi, zagryźć zęby i wywalać niepasujące do całości fragmenty. Jak stwierdził Stephen King: „Pisać jest rzeczą ludzką. Redagować - boską”. A jeśli wasze małe, pismackie serduszko pęka usuwając tak piękne - waszym zdaniem - opisy klamek w drzwiach, przypomnijcie sobie słowa Ernesta Hemingwaya - "Zabijajcie to, co kochacie". Czyli bez sentymentu wywalajcie słabe fragmenty, nawet jeżeli siedzący w was grafoman protestuje z całych sił.

shutterstock_169042502

Osoby wydające samodzielnie bardzo często lekceważą istotę redakcji, traktując ją jako gwałt na akcie tworzenia. Skutkuje to potem zalewem tworów pokracznych, niepoprawnych językowo, pełnych kalek, klisz i nieścisłości rozmiaru Wielkiego Kanionu.

Dlatego o ile redakcję pierwszego szkicu pisarz przeprowadza sam, o tyle każda kolejna redakcja (a bywa ich wiele) powinna odbyć się pod czujnym, bezstronnym okiem zewnętrznego obserwatora.

To nie może być ulubiona ciotka, która będzie pisarza chwalić pod niebiosa, jednocześnie przymykając oko na nieścisłości fabularne, „bo kto by się tam przejmował”. Surowa redakcja, jakkolwiek bolesna, zawsze się opłaca. Im bardziej surowa, tym lepsza, a im bardziej celne i bolesne uwagi otrzymamy na etapie redagowania dzieła, tym mniej usłyszymy ich już po publikacji od czytelników oraz krytyków.

Jeżeli pisarz nie ma nikogo takiego w swoim otoczeniu, czasem dobrze jest za redakcję po prostu zapłacić profesjonaliście-freelancerowi. Jest to kosztowne, z pewnością. Jednakże korzyści solidnej redakcji są nie do przecenienia.

Korekta

Naturalnym towarzyszem redakcji jest oczywiście korekta językowa. Jej wagi także nie sposób przecenić, bo jesteśmy tylko ludźmi - skoro literówki zdarzają się przemykać niezauważone w tekście liczącym sobie 500 słów, to co dopiero w przypadku liczącej 80 tys. Słów książki?

Dlatego choć korekta jest osobnym etapem procesu wydawniczego, to tak naprawdę ma miejsce również podczas innych etapów. Redaktor na pewno zwróci uwagę na rażące błędy. Korektor wygładzi literówki, poprawi interpunkcję, zamieni kropkę na średnik. Po składzie książki raz jeszcze trzeba ją przejrzeć, aby wyeliminować kaprysy programów DTP. A może już na etapie pisania, autokorekta edytora tekstu stwierdziła, że wie lepiej jakie słowo miało być w danym miejscu?

Im więcej par oczu przejrzy książkę przed jej publikacją, tym lepiej. Ba, często literówki wyłapuje się jeszcze na etapie egzemplarza sygnalnego! Te małe, parszywe chochliki potrafią umknąć wszelkim środkom eksterminacji, dlatego bardzo rzadko na rynek trafia książka, w której nie ma ani jednej literówki. Ot, życie.

Podobnie jak redakcji, indie publisher nie powinien lekceważyć korekty. Dajmy do przeczytania naszą książkę jak największej liczbie osób nie tylko po to, żeby się nią zachwycały i obsypywały nas komplementami. Prośmy o krytykę. O zwracanie uwagi na błędy. Każdy z nich pisarza zaboli, to oczywiste. W perspektywie jednak, niepomiernie przysłuży się książce.

Projekt okładki oraz blurb

Obok treści książki, są to dwa najważniejsze elementy mogące zawyrokować o jej powodzeniu. Dla jasności - blurb to ten opis, który zazwyczaj znajduje się z tyłu, bądź na skrzydełku okładki. To on pojawia się na stronie internetowej księgarni tuż pod tytułem i ma zachęcić czytelnika do sięgnięcia po książkę. Czasem jest to także rekomendacja innego, znanego pisarza, bijąca z frontu okładki.

Sprawnie napisany blurb może zdziałać cuda dla pierwszego wrażenia, przykuwając momentalnie uwagę czytelnika. Zły blurb to śmierć.

Osobiście uważam, że pisanie blurbów to wielka sztuka i nigdy nie podjąłbym się tego samodzielnie. Blurb wymaga podkreślenia w kilku zdaniach największych, fabularnych walorów powieści. Ma sprawić, żeby czytelnik chciał otworzyć książkę i dowiedzieć się, o co w zasadzie chodzi.

Dlatego, o ile nie posiadacie owego marketingowego drygu, lepiej poprosić kogoś innego o przygotowanie opisu, bądź takowy opłacić. A jeśli robimy to sami, to cyzelować, cyzelować, cyzelować, aż będzie tak bliski ideału, jak tylko się da.

Identycznie ma się rzecz z okładką - to ona jest pierwszym, co widzi czytelnik biorąc książkę do ręki, lub przechadzając się wzdłuż półek wirtualnych księgarni. Od tego, czy przykuje ona uwagę zazwyczaj zależy być albo nie być powieści, bo choć nie należy książki po okładce oceniać, to już na pewno okładka jest najważniejszym środkiem, żeby w ogóle do oceny powieści kogokolwiek nakłonić.

shutterstock_259160825

W przypadku zarówno wydawania tradycyjnego jak i samodzielnego, w 9 na 10 razy lepiej jest, żeby autor nie miał żadnego wpływu na kształt okładki.

Nawet przy wydawaniu tradycyjnym, pisarz powinien po prostu zdać się na koncepcję i grafików wydawnictwa, bo ci najzwyczajniej w świecie lepiej się na tym znają. Nieważne, że chcemy na przykład, żeby okładka zawierała w sobie symbolikę całej książki, którą przyozdabia. Zazwyczaj to po prostu nie działa. Wydawcy doskonale zdają sobie z tego sprawę, więc okładki są oczywiście konsultowane z autorami, ale tylko sporadycznie mają oni ostateczny głos w tej kwestii.

Tym bardziej - przygotowując książkę samemu, o ile nie jesteśmy absolutnie pewni swoich umiejętności graficznych, naprawdę lepiej jest komuś za to zapłacić. Przygotowanie okładki zazwyczaj bywa bardzo kosztowne (od 700 zł wzwyż za autorską grafikę, jak wynika z moich ustaleń), ale inwestycja w dobrą okładkę zawsze się zwraca.

Jeżeli jednak uprzemy się na samodzielne próby, warto pamiętać o kwestiach prawnych tworzenia okładki - to niby drobiazgi, ale należy się upewnić, czy wykorzystana przez nas czcionka posiada licencję uprawniającą nas do użycia jej na okładce. Jeśli nie, należy znaleźć inną, nierzadko płatną. Podobnie z ilustracją - korzystając z tzw. „Stocków”, czyli baz zdjęć i grafik (co jest powszechnie stosowaną praktyką także w wydawnictwach tradycyjnych) konieczne jest sprawdzenie, czy daną grafikę można wykorzystać do zastosowań wydawniczych.

Skład książki, czyli DTP

To na tym etapie surowy manuskrypt jest obrabiany w taki sposób, aby zaczął przypominać książkę i nadawał się do druku. Złożenie książki to naprawdę tytaniczna praca, nie mniej wymagająca niż na przykład montaż kilkugodzinnego filmu. Stosuje się do tego profesjonalne programy, zazwyczaj Adobe InDesign, a czasem darmowy LaTeX.

Jeżeli zakładamy, że publikując samodzielnie interesuje nas wyłącznie wydanie ebooka, możemy spróbować podjąć się składu książki samodzielnie. Istnieją do tego odpowiednie programy, których obsługa wymagać będzie jednak z całą pewnością sporej dozy edukacji. Na szczęście coraz częściej edytory tekstu mają wbudowane konwertery do formatu e-pub/mobi. Uzyskane w ten sposób pliki można następnie stosownie obrobić, na przykład w darmowym Calibre.

Warto jednak pamiętać, że choć z początku chałupnicze metody mogą być wystarczające, to o ile nie jesteśmy profesjonalistami w dziedzinie DTP, nasz skład książki zawsze będzie wyglądał… cóż, gorzej niż taki, przygotowany przez ekspertów.

Z tego względu powinniśmy rozważyć zlecenie konwersji, tym bardziej, że nie jest to tak drogie jak mogłoby się wydawać.

Od siebie mogę polecić przyjrzenie się ofertom Legimi oraz Virtualo. Obydwie platformy nie dość, że oferują skład książki za naprawdę rozsądne pieniądze, to dodatkowo są świetnymi platformami przyszłej dystrybucji dzieła (tak, polskie księgarnie internetowe również wspierają self-publishing).

Egzemplarz sygnalny

To jest etap, który niestety self-publishera wydającego wyłącznie ebooka omija, choć on ma za pewne inne okazje, żeby cieszyć się z zakończonych prac nad książką.

W momencie gdy do autora trafia egzemplarz sygnalny, czyli próbny wydruk dzieła, oznacza to zazwyczaj, że prace przygotowawcze dobiegły końca i pozostaje tylko dopracować drobiazgi, wygładzić możliwe literówki, które umknęły młotowi korekty, ewentualnie zmienić materiał okładki czy papier, jeżeli te nie będą prezentowały się najlepiej.

shutterstock_166766804

Równolegle z egzemplarzem sygnalnym zazwyczaj gotowe są także materiały marketingowe - plakaty, zakładki, etc. oraz trwają przygotowania do dystrybucji książki.

O marketingu i dystrybucji książki będzie jednak innym razem - to temat zbyt obszerny, aby próbować go wcisnąć w ten, już i tak pokaźny, artykuł o procesie wydawniczym.

Proces wydawniczy jest złożony, a przez to dość długotrwały

Nierzadko od momentu przekazania manuskryptu redaktorowi do finiszu cyklu mija wiele miesięcy - i nie ma w tym nic dziwnego.

Dlatego wielką cnotą pisarza oczekującego na publikację powinna być cierpliwość, aczkolwiek… z umiarem. Jeżeli widać, iż wydawca lekce sobie waży właściwe przygotowanie książki, a co gorsza - nie dotrzymuje terminów obwarowanych umową, w interesie pisarza jest zareagować.

Tutaj widać ogromną przewagę samowydawania, aczkolwiek tym samym wielkie wyzwanie. Ponieważ nawet jeśli self-publisher zdecyduje się przekazać większość zadań komuś innemu, opłacając profesjonalistów, nadal to właśnie on musi pozostać koordynatorem projektu, mistrzem logistyki, który nad tym wszystkim zapanuje i skoordynuje w czasie.

Niewątpliwie daje to wielką kontrolę nad procesem przygotowawczym do publikacji, lecz także kładzie ogromną presję na osobie autora, który przecież musiał jeszcze książkę w pierwszej kolejności napisać. Nie mówiąc już o tym, co czeka go dalej, po publikacji swojego dzieła.

Decydując się na self-publishing warto zatem najpierw poważnie się zastanowić, czy nasze umiejętności są odpowiednio wysokie, aby samodzielnie przygotowana książka miała jakikolwiek start do profesjonalnie obrobionych produkcji.

Indie publishing tylko z pozoru jest łatwiejszą drogą. W rzeczywistości wymaga od pisarza o wiele więcej, niż model tradycyjny, a jak widać po zdecydowanej większości pozycji opublikowanych samodzielnie - nie wszyscy autorzy potrafią tym wymaganiom sprostać.

Z tego powodu zawsze należy obiektywnie oceniać swoje możliwości, mierząc siły na zamiary. Jeżeli jednak jesteście pewni swojego potencjału to hej - nic, tylko brać się do pracy.

Tym bardziej, że dopiero czasy internetu dały pisarzom tak ogromne możliwości. Teraz pozostaje zrobić z nich właściwy użytek. 

Czytaj również:

*Grafiki pochodzą z serwisu Shutterstock

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst