Oprogramowanie  / Artykuł

Piotr Lipiński: TOP 10 APPLE, czyli nie ma darmowych obiadów

136 interakcji
dołącz do dyskusji

Ludzie miewają ekscentryczne pomysły. Stawiają krasnala w ogrodzie. Albo kupują antywirusa na maca.

Mój ulubiony kolor to banalny niebieski, posiłek – czekolada, a komputer – iMac. Im większy, tym lepszy, byle zmieścił się w drzwiach. Jesienią miłośnicy Apple porzucą dzikie koty, rozstaną się z Tigerami, Lionami, Snow Leopardami i całą resztą menażerii. Zakosztują w krajobrazach – pewnie na kilka lat przeprowadzą się do kolejnych amerykańskich parków narodowych, poczynając od Yosemite. Być może więc to ostatnia chwila, żeby pozachwycać się komputerami Apple. Wszak człowiek z natury boi się nowego, bowiem oznacza to nieznane. Dlatego Amerykanie najpierw wylądowali na Księżycu, bo przed nimi był tam już pan Twardowski.

MacBook air główna

Jakiś czas temu sporządziłem anty-top 10 funkcji, które denerwują mnie w komputerach Apple. Jak wówczas wspomniałem, część z nich irytuje, kiedy przechodzi się z systemu Microsoftu na Apple. Dziś z przyjemnością wymienię to, co lubię w sprzęcie Apple. W końcu dobrze mieć pod ręką spisane uzasadnienie, dlaczego wydało się całkiem sporo pieniędzy.

Czasami ktoś mnie pyta, dlaczego używam komputera Apple. Odpowiadam, że po prostu dobrze mi się na nim pracuje. Co jest równie głębokim wyjaśnieniem jak nizina mazowiecka. Rzecz w tym, że po prostu nigdy nie zastanowiłem się, na czym ta wygoda polega. Składa się na nią suma drobiazgów, kamyczków, z których powstaje mozaika. Rzućmy więc te kamyczki:

Numer 1.

Pierwsze, co słychać uruchamiając komputer Apple, to cisza (pomijam tą durną melodyjkę na początku, która służy pewnie przedmuchaniu głośników). Huk, jaki wytwarzał mój ostatni PC z Windowsami, przypominał startującą eskadrę F-16. Sporo się od tamtych czasów zmieniło, ale nawet w miarę nowy windowsokomputer mojego syna również jest hałaśliwy. Z pewnością już nie jak myśliwiec, ale gdyby kiedyś zaginął wśród szpargałów syna, to odnaleźlibyśmy go posługując się samym słuchem.

Maszyn Apple przez większość czasu w ogóle nie słychać. Tak się do tej ciszy przyzwyczaiłem, że kiedyś zaczęły mnie irytować z rzadka pojawiające się odgłosy pracy twardego dysku. Wymienili mi go w serwisie. Ale żeby nie było zbyt słodko: niechlubnym wyjątkiem jest mój kilkuletni macbook pro. Rozgrzewa się jak piecyk i włącza hałaśliwe wiatraki. Rzadko bo rzadko, ale to wyraźnie wyrodny członek rodziny.

Numer 2.

Spacja czyni cuda. Pracuję na dziesiątkach tekstów, setkach zdjęć. Szybki podgląd plików niesłychanie ułatwia cyfrowe życie. W komputerach Apple najeżdżamy na dowolny plik, naciskamy spację i hop, widzimy „zawartość” pliku. Wszystko jedno jakiego: po naciśnięciu spacji możemy przeczytać tekst napisany w Wordzie, zobaczyć zdjęcie z jpg, posłuchać muzyki, obejrzeć film. Korzystam z tego bez przerwy. To jest klasyczny przykład usprawnienia, o którym zapominam, dopóki nie usiądę do komputera, który nie dysponuje takim ułatwieniem. A jak ważna jest to cecha, świadczy fakt, że wciąż pamiętam, jakim klawiszem można było podobny efekt osiągnąć w ubiegłym tysiącleciu w Norton Commanderze. Należało nacisnąć F3 i pojawiał się podgląd tekstu albo zdjęcia. Potem chyba napisano wtyczki rozszerzające możliwości też na innego rodzaju pliki. Ale tego już nie pamiętam, bo kiedyś na filmy chodziło się do kina, a nie oglądało w komputerze. A wieczorami wszyscy siadali przy ognisku i opowiadali, co upolowali na kolację.

Numer 3.

Spotlight. Kiedy przesiadałem się z Windows XP na iMaca, to narzędzie wprost mnie olśniło. Żeby odnaleźć dowolny tekst zagubiony gdzieś na twardym dysku, wystarczyło w spotlight wpisać słowa, jakie w nim występują. Nie nazwę pliku, ale właśnie jakaś frazę ze środka tekstu. Genialne! Do dziś ta metoda sprawdza się, gdy zapomnę, gdzie mogłem zarchiwizować jakiś plik. I będzie się sprawdzać coraz lepiej, bo człowiek z wiekiem głównie pamięta głównie to, że coś zapomniał. Na dokładkę wpisując nazwę programu mogę go od razu uruchomić. Oczywiście, to wszystko dziś nie robi aż tak oszałamiającego wrażenia, bo konkurencyjne systemy operacyjne też nauczyły się podobnego sposobu wyszukiwania. Teraz pora, żeby iMac wyświetlał mi pliki, zanim jeszcze o nich pomyślę. To bardzo prawdopodobne, bo Apple od dawna znacznie wcześniej ode mnie wie, kiedy przekażę mu część swojej gotówki.

imac

Numer 4.

Klawiatury. Trochę niedoceniany element naszych komputerów. Chyba nikt – poza graczami – nie ekscytuje się komputerowymi klawiaturami. A przecież to one, razem z myszami, pozwalają komputerom porozumieć się z nami. Zrozumieć, co ta gąbczasta forma białka chce od uporządkowanego świata bitów. Apple’owe klawiatury mają jedną poważną zaletę – są niemal identyczne. Pół dnia pracuję na notebooku, pół na stacjonarnym komputerze. Niezwykle cenię fakt, że przesiadając się między urządzeniami moje palce nie muszą zmieniać przyzwyczajeń.

Numer 5.

Aktywne rogi. To jest przedziwna funkcja, która właściwie wydaje się zbędna. Bo cóż jest takiego niezwykłego, że na przykład kiedy przesunę mysz w prawy górny róg, to schowają się wszystkie programy, pokazując czysty pulpit? Albo jak najadę myszą na prawy dolny róg, to ujrzę wszystkie okna programów? Ale jest to po prostu bardzo wygodne. Pamiętam, że kiedyś zasiadłem do komputera z jakimś Linuxem, który miał też aktywne rogi. Poczułem się jak w domu, a o ile pamiętam, byłem od mojego prawdziwego miejsca zamieszkania kilka tysięcy kilometrów.

Numer 6.

Stonowany interfejs. Jak wiadomo, o gustach się nie dyskutuje. Zgadzam się w zupełności z tym powiedzeniem - albo ktoś gust posiada albo też nie. Spokojny, dość szary interfejs kolejnych dzikich kotów zawsze pomagał mi skupić się na pracy. Ale dock, w którym rezydują skróty do najważniejszych programów, zawsze był dla mnie zbyt kolorowy. I niestety mam przeczucie, że wraz z amerykańskimi parkami narodowymi pojawi się nadmiar koloru. Rada na to jest prosta – zostać daltonistą.

Numer 7.

Usypianie. Gdy kupowałem pierwszego iMaca, usypianie w komputerach na Windowsach działało tylko wtedy, kiedy z gniazdka wyrwało się wtyczkę do prądu. A serio mówiąc: funkcjonowało na tyle kiepsko, że nie warto było z niego korzystać. Mojego laptopa Hewlett Packard można było co najwyżej zahibernować. Wybudzenie go wymagało zatrudnienia całego zespołu anestezjologów i trwało jakieś dwie doby. W komputerach Apple usypianie zawsze działało tak dobrze, że całymi miesiącami nie wyłączałem komputera.

macbooki pro

Numer 8.

Kolejne pulpity. To coś dla oszczędnych. Darmowe dodatkowe monitory. Oczywiście w pewnym sensie, czyli w przenośni. Lubię na różnych pulpitach uruchamiać programy w trybie pełnoekranowym i szybko przełączać się między nimi, przesuwając palcami po myszy. Oczywiście wolałbym postawić na biurku kilka prawdziwych wielkich monitorów, ale to dopiero wówczas, gdy któryś z moich wydawców wreszcie przyzna się, że napisałem bestseller.

Numer 9.

Preferencje każdego programu w tym samym miejscu. To bardzo ważne, bo ustawienia programów zmieniam bardzo rzadko. A gdy się z czegoś korzysta sporadycznie, to łatwo zapomnieć, jak to uruchomić. Na przykład jak ktoś rzadko gra w Mundialu, to zapomina, że trzeba wygrywać w eliminacjach.

Numer 10.

A na koniec - koniec. Czyli wymuszanie zamykania zawieszonego programu. Pamiętam, że w Windows XP był to koszmar. Ctrl+alt+delete działało wolniej, niż kelnerzy w PRL-u. Kiedy przesiadłem się na iMaca, byłem szczerze zdumiony, jak szybko można zmusić program, żeby się zamknął. Miałem wręcz wrażenie, że pierwsze, co każdy program musi dobrze robić, to na żądanie błyskawicznie się wyłączyć.

Ale nie radzę wyciągać pochopnych wniosków. Otóż chociaż zwracam uwagę na ową cechę, to nie znaczy, że programy na komputerach Apple często się zawieszają. Przeciwnie. Dzieje się to na tyle rzadko, że nie pamiętam skrótu klawiszowego, który jest odpowiednikiem wykutego na pamięć windowsowego ctrl+alt+delete.

A na koniec dodam tylko, że cudów nie ma. Przynajmniej w cyfrowym świecie. Kilkuletni komputer Apple ma tyle ikry, co wieloryb. Jak każdy inny wyraźnie zwalnia, choć raczej nie z powodu zaśmiecenia dysku, co przez aktualizacje oprogramowania, które często coraz więcej wymagają od sprzętu. I tu dochodzimy do parafrazy słynnego powiedzenia, że nie ma darmowych obiadów. Otóż w Apple nie mamy darmowych systemów operacyjnych, choć od jakiegoś czasu co roku możemy zainstalować, bez płacenia, nowego dzikiego kota. Ale z punktu widzenia Apple tylko w ten sposób przybliżamy dzień, kiedy musimy kupić kolejnego iMaca.

Piotr Lipiński – reporter, fotograf, filmowiec. Pisze na zmianę o historii i nowoczesnych technologiach. Autor kilku książek, między innymi „Bolesław Niejasny” i „Raport Rzepeckiego”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Na przełaj”, „Polityce”. Wielokrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagród „Press”. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”. Bloguje naPiotrLipinski.pl. Żartuje na Twitterze @PiotrLipinski. Nowa książka „Geniusz i świnie” – o Jacku Karpińskim, wybitnym informatyku, który w latach PRL hodował świnie – w wersji papierowej oraz ebookowej.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst