Tech  / Artykuł

AdBlock, Do not track, cookies - wszyscy polują na… Google

Google płaci twórcom AdBocka Plus, by narzędzie nie blokowało reklam Google'a; Twitter oficjalnie poparł politykę "Do not track" (pol. nie śledź) Microsoftu - te na pozór dwie rozbieżne informacje mają wiele wspólnego. To istotne rozdania w zakulisowych grach wokół tego, gdzie jest największy pieniądz w Sieci, czyli w reklamie.

Dla wielu osób szokiem może być informacja, że twórcy narzędzia AdBlock Plus akceptują pieniądze od Google'a, który w ten sposób gwarantuje sobie, że rosnące na popularności narzędzie do blokowania reklam internetowych nie wyrządzi mu krzywdy. I choć skala popularności AdBlocka Plus jest raczej ograniczona do tzw. geeków, czyli najbardziej zaawansowanych użytkowników internetu, to jednak Google musi robić wszystko, aby zminimalizować straty w przychodach, a przede wszystkim obronić się przed ewentualnym wystrzałem popularności narzędzia do blokowania reklam.

AdBlock Plus nie jest największym problemem Google'a na rynku reklamy internetowej, z której przecież Google w całości żyje (ponad 95% przychodów firmy pochodzi właśnie z działalności reklamowej na własnych stronach oraz na stronach partnerskich). Dużo groźniejsza w wymiarze biznesowym jest działalność Microsoftu, który od pewnego czasu jawnie występuje przeciwko Google'owi i to nie tylko w ujęciu marketingowym, co chwilę wypuszczając kolejny prześmiewczy materiał z serii Scroogled, ale także w ujęciu formalnym - Microsoft promuje swoją politykę Do not track we własnej przeglądarce Internet Explorer (opcja nie śledzenia użytkownika jest tam włączona jako domyślna).

Do tej pory, zapewne ku uciesze Google'a, żadna z liczących się organizacji reklamodawców nie akceptowała polityki Microsoftu, który w zasadzie ze swoimi "szlachetnymi" postulatami pozostawał na rynku sam. (szlachetnymi w cudzysłowie, ponieważ intencje Microsoftu wcale nie wydają się być do końca czyste; chodzi zapewne o osłabienie Google'a) Reklamodawcy słusznie dowodzili, że sposób, w jakim Microsoft zaimplementował opcję Do not track oznacza w praktyce, że żaden użytkownik internetu świadomie nie zgodzi się na oglądanie reklam.

A przecież nie o to chodzi, bo internet żyje z reklam jak każde inne medium. Reklamy w internecie muszą być, ponieważ nie ma innej globalnej możliwości utrzymywania serwisów (chyba, że użytkownicy zaczną płacić za swoje ulubione serwisy, na co się nie zanosi). Tymczasem szykujący się do reklamowej ofensywy Twitter oficjalnie poparł stanowisko Microsoftu i w branży powiało nieco niezbyt miłym zapachem.

Ale to jeszcze nie koniec kłopotów Google'a. Światowe zamieszanie z cookies, czyli plikami zapisującymi informacje o aktywności użytkownika internetu w różnych domenach również uderza w największego sprzedawcę reklamy w Sieci. W Polsce dyskusja o cookies przybiera raczej inne od zamierzonych kształty ze względu na absurdalne rozwiązanie akceptacji cookies przez użytkownika. Na świecie wszyscy przyglądają się Mozilli, która dąży do ograniczenia o ile nie eliminacij cookies ze swojej przeglądarki Firefox.

To wszystko o ile nie pod ścianą, to jednak stawia Google'a w kłopotliwej sytuacji - oto bowiem z każdej strony czynione są zakulisowe zagrania wymierzone w podstawy biznesu giganta. Google wciąż stoi w niezłej pozycji ze względu na świetną rynkową pozycję przeglądarki Chrome, która oczywiście nie blokuje cookies, a opcję Do not track ma tak sprytnie zaimplementowaną, że w zasadzie jej użycie raczej nigdy nie będzie masowe, ale mimo to wcale nie może dziwić fakt, że przynajmniej z AdBlockiem Plus Google chce mieć w miarę poukładane relacje.

A Google rozwiązuje problemy jednym narzędziem - pieniędzmi.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst