Tech

Kto komu za co płaci i czym

cc-by Ben Husmann

Jeśli wszystko jest za darmo, to kto za to płaci? I w jakiej walucie?

Żyjemy w cudownych czasach. Jeszcze parę lat temu, żeby skrzyknąć się ze znajomymi na piwo trzeba było wydać kilka, kilkanaście złotych. Dzisiaj, nie dość że możemy zrobić to za darmo, to jeszcze Facebook dorzuci nam zniżkę, żebyśmy przypadkiem nie przepłacili w pubie. To magiczne i rewolucyjne. Nic dziwnego, że ludzie przecierają oczy ze zdumienia i nie mogą uwierzyć w to szczęście.

A może zamiast pić piwo w pubie lepiej obejrzeć na domowym telewizorze najnowszy odcinek serialu? Kiedyś trzeba było płacić za kablówkę i czekać miesiącami, aż któraś ze stacji ulituje się i kupi odcinki sprzed trzech sezonów. Teraz wszytko jest dostępne natychmiast i za darmo w internecie, a dobry wujek Google pomoże znaleźć to, czego szukamy. Oczywiście bez żadnych opłat. Chińskie serwery są szybsze nawet od chińskich zupek. ?Instant? to słowo klucz w obydwu przypadkach.

Wydawać by się mogło, że komórka w cenie kilku minut rozmowy i drukarka atramentowa tańsza niż tusz to największe szczęście, jakie możne spotkać konsumenta. A jednak nie – płacenie za cokolwiek jest passe. Przed GMailem na porządną skrzynkę pocztową trzeba było wydać parę złotych. Google rozdaje je za darmo. Podobnie jak system operacyjny dla smartfonów i pakiet biurowy. Naprawdę nie rozumiem, czemu muszą wyprawiać takie kombinacje z podatkami. Powinni po prostu zarejestrować się jako organizacja charytatywna i problem z głowy.

Dostawcy treści też zupełnie powariowali. Rozdają swoje filmy, utwory i artykuły za darmo. A tak przy okazji – Przemek, czy mamy już zrobioną rezerwę na poczet płatności dla operatorów internetowych? W końcu musimy jakoś wynagrodzić im to, że ich użytkownicy zapychają sieć odwiedzając Spider?s Web.

Płacenie przez usługodawców usługobiorcom jest kolejnym logicznym krokiem. Dlaczego mamy korzystać z Google i Facebooka za darmo? Dlaczego nikt nie płaci nam za oglądanie głupich filmów na YouTube i słuchanie muzyki? Są już pierwsi odważni proponujący ten model, nawet w Polsce.

O co w tym wszystkim chodzi? Trudno to przyjąć na tzw. zdrowy chłopski rozum. W końcu praca wykonana przez ludzi dostarczających nam te wszystkie wspaniałości gratis ma pewną, konkretną, wyrażalną w dolarach wartość. A podobno nie ma darmowych obiadów (poza tymi na stołówce Google).

Wycena rynkowa Google nie bierze się z kosmosu (co do Facebooka można mieć pewne wątpliwości). Za darmowe usługi płacimy, ale w tym przypadku odpowiednia waluta rezyduje nie w portfelach, tylko w głowach. Jest nią uwaga. Jedyny produkt Google i Facebooka to właśnie uwaga ich użytkowników. Zbadana, posegmentowana i sprofilowana za pomocą danych, które im dostarczamy. Najważniejszą funkcją GMaila nie jest wysyłanie emaili, tylko zbieranie tych danych i wyświetlanie reklam.

Problem z uwagą polega na tym, że w przeciwieństwie do pieniędzy, bardzo trudno ją mierzyć. Czy jesteś w stanie powiedzieć, ile czasu zajęło ci dziś oglądanie reklam i w jaki sposób te reklamy wpłynęły na twoje decyzje zakupowe? Jeśli tak – gratuluję! Ja tego nie potrafię i jak sądzę należę do większości. Człowiek jest tak zbudowany, że zwykle nie poświęca uwagi temu, czemu poświęca uwagę. Chyba, że akurat dostanie w głowę Getting Things Done Allena. Uwaga to bardzo cenna rzecz tyle, że bardzo trudno ją wycenić w tradycyjnej walucie. Jestem jednak pewny, że zarówno Google jak i Facebook są w stanie zrobić to dużo lepiej niż ja. Mają nade mną przewagę rynkową wynikającą z asymetrii informacji.

Im większy wydatek, tym bardziej świadomie do niego podchodzimy. Kupno samochodu albo mieszkania poprzedza zwykle przyzwoite badanie rynku. Kupno batonika – nigdy. W końcu kosztuje tylko 1 zł. Zupełnie jak telefon od operatora, któremu przeciętny klient nie poświęca dużo więcej uwagi niż wspomnianemu batonikowi.

Model biznesowy Facebooka i Google jest pod tym względem podobny do modeli operatorów komórkowych i producentów kapsułkowych ekspresów do kawy, ale znacznie bardziej wyrafinowany. Ci drudzy łapią klienta na wędkę bardzo taniego (albo nawet darmowego) produktu, a faktyczny koszt jego użytkowania spychają w przyszłość i rozkładają na raty na tyle małe, by klient pominął je przeglądając swój domowy budżet. Ci pierwsi dokonują jeszcze jednej sztuczki – przewalutowują opłatę tak, żebyśmy myśleli że nie płacimy nic. Wystarczająco zaawansowana inżynieria marketingowa jest nie do odróżnienia od magii.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst