Randkujesz w internecie i nic z tego? Oto dlaczego ci się nie udaje

Aplikacje randkowe obiecują miłość, mimo to tylko garstka ją tam znajduje. Zamiast szukać winnych, warto zastanowić się, dlaczego budowanie bliskości przez internet okazuje się tak trudne. 

Randkujesz w internecie i nic z tego? Oto dlaczego ci się nie udaje

Gdyby wskazać święto najlepiej oddające ducha zatopienia się w świecie wykreowanym przez konsumpcję, w czołówce bez wątpienia znalazłyby się Walentynki. Ten dzień nie tylko celebruje miłość, ale także ją monetyzuje, nierzadko do granic przesady czy niesmaku. Balony w kształcie serduszek na straganach czy urocze aniołki patrzące znad jemioły w knajpach to tylko te bardziej niewinne nośniki walentynkowego, często kiczowatego klimatu.

W tej scenografii jakąś rolę próbuje dla siebie znaleźć człowiek. A raczej dwójka ludzi, bo kapitalizm wlewa nam do głowy, że w Walentynki nie wypada być samemu. W restauracjach są więc chmary zakochanych – mniej lub bardziej – i tych, co być może zakochania szukają. 

Są też ci, którzy tego dnia zostali w domu. Nie z powodu odrzucenia miłości, lecz dlatego, że dopiero jej poszukują: są samotni, świeżo po rozstaniu, w kryzysie. Ale i dla nich jest obietnica znalezienia drugiej połówki, bo z rozwiązaniem przychodzi, a jak!, technologia. Kolorowe aplikacje do randkowania już czekają, a wraz z nim setki, nie, tysiące potencjalnych partnerów i partnerek pragnących, podobnie jak ty, stworzyć romantyczną relację. 

Prawda?

No nie jest to takie proste. 

Jesteś facetem? Oto brutalne liczby

Lubimy aplikacje randkowe. Według badania Digital Care sprzed trzech lat korzysta z nich 32 proc. Polaków. Najchętniej w internecie randkują młodzi ludzie: rodzimy CBOS podaje, że robi to aż 70 proc. osób do 29. roku życia. Jednocześnie nadal aż 44 proc. z nich deklaruje się jako single. 

Portale do randkowania nie są niczym nowym. Już na początku tego wieku Polacy korzystali z takich stron jak fotka.pl, sympatia.pl, Badoo czy specjalnie zaprojektowanych pod dane grupy (np. Przeznaczeni.pl, stworzonego z myślą o łączeniu się w pary przez katolików). Zainteresowanie poznawaniem się w internecie wzmogło pojawianie się Tindera. Dzisiaj regularnie odpala go na swoich smartfonach około 80 milionów ludzi na świecie. 

W teorii wszystko jest proste. Wystarczy założyć profil, dodać krótki opis, wybrać zdjęcia, ustawić lokalizację i preferencje demograficzne (wiek, płeć) i można zaczynać. Na ekranie pojawiają ci się co chwilę sylwetki kolejnych osób. Nie podoba ci się – przesuwasz w lewo. Podoba – w prawo. Jeśli ta osoba również zrobi to samo, następuje dopasowanie (tzw. match). Możecie teraz do siebie napisać, umówić się na spotkanie. 

Tyle sucha teoria, którą zna niemal każdy. Praktyka jest jednak znacznie brutalniejsza. Spójrzmy znów na liczby. Według serwisu Enterprise Apps Today dostarczającego aktualności i statystyki dotyczące aplikacji randkowych, doświadczenia kobiet i mężczyzn na Tinderze różnią się, i to znacząco. Ponad połowa mężczyzn przesuwa w prawo średnio co drugi wyświetlany profil, podczas gdy wśród  kobiet to samo robi zaledwie… pięć procent. Przekłada się to bezpośrednio na powodzenie – u mężczyzn szansa na "matcha" w aplikacji wynosi przeciętnie kilka procent, u kobiet jest ona około dziesięciokrotnie wyższa. 

Dość powiedzieć, że jeden z Tinderowiczów, niejaki Hayden z USA przez 5 lat przesunął w prawo ponad 2 miliony razy (sic!), co dało mu 2053 "matchy", 1269 rozmów i... jedną realną randkę. Dramat, determinacja czy smutek algorytmów?

Czemu jest tak źle, dlaczego mężczyźni w aplikacjach randkowych cierpią?

Po pierwsze: nadreprezentacja mężczyzn względem kobiet. Na „polskim” Tinderze tych pierwszych jest 63 proc. A kobiet odpowiednio 37 proc. (źródło: Gemius). Siłą rzeczy więc szanse matrymonialne płci męskiej maleją, bo może ona wybierać wśród znacznie mniejszej liczby kobiet. 

Drugi powód jest trochę oczywisty, ale musi wybrzmieć: nie wszyscy na Tinderze (czy innych aplikacjach randkowych) szukają kogoś na stałe. Według badania opublikowanego w czasopiśmie naukowym „Cyberpsychology, Behavior, and Social Networking”, wśród prawie 1400 przebadanych użytkowników Tindera tylko połowa z nich chciała kogoś poznać na żywo. Wielu korzystało z platformy w celach rozrywkowych lub jako remedium na problemy osobiste. Co więcej, aż 65 proc. z ankietowanych… było w związku małżeńskim lub nieformalnym.

Wreszcie, to kobiety z reguły decydują, z kim pójdą na randkę. Jednym z efektów emancypacji stało się to, że stały się one bardziej wymagające wobec potencjalnych partnerów i znacznie zwiększyły poczucie własnej wartości. To świetna informacja dla nich i (pozornej) równości płci, ale też jednocześnie przeszkoda dla mężczyzn poszukujących relacji przez aplikacje (na koniec dnia tracą i na tym kobiety, które bezskutecznie szukają partnera) . Muszą wyjątkowo się postarać i wyeksponować swoje najlepsze cechy i atuty, by zwrócić na siebie uwagę. A w świecie zdominowanym przez skomplikowane algorytmy, kaprysy dopasowania i dużą konkurencję staje się to sporym wyzwaniem.

Za wysoko postawiona poprzeczka

Jak mówi mi prof. Tomasz Szlendak, socjolog z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, autor wydanej w ubiegłym roku książki "Miłość nie istnieje", niemożność znalezienia się przez kobietę i mężczyznę wynika z tego, że mamy dzisiaj do czynienia z kruszeniem się tradycyjnego konceptu miłości romantycznej. Czyli takiej, w której liczą się bliskość, oddanie, poświęcenie czy zaufanie. 

– To mechanizm, który składa się z komponentów: zakochania, intymności i zaangażowania. Do tego dochodzi jeszcze postchrześcijańska wyłączność seksualna. Właśnie te cztery elementy składają się na miłość romantyczną, która stanowiła społeczną machinę łączenia się w pary. Stanowiła, bo teraz to się destabilizuje – mówi.

Zdaniem profesora konstrukt ten zaczął się załamywać globalnie już w latach 90. ubiegłego wieku, na co wpływ miały procesy emancypacyjne i zbiorowy awans społeczny kobiet. Wraz z rosnącym wykształceniem rosły ich aspiracje, a w parze z nimi zmieniający się styl życia. Masowo poszły do pracy zarobkowej czy na studia, wyjechały z rodzinnych miejscowości. 

To całkowicie wywróciło do góry nogami dotychczasowy model rodziny. Wolność osobistą i chęć rozwoju – rozumianą jako np. robienie kariery zawodowej – trudno było pogodzić z tradycyjnym pojmowaniem relacji romantycznej, opartego na poświęceniu siebie kobiet na rzecz wspólnego ogniska domowego. 

– Jednocześnie mężczyźni zaczęli osiadać na mieliźnie – kontynuuje prof. Szlendak. – Część z nich została wypchnięta z prac w przemyśle przez roboty i nie była w stanie osiągnąć statusu, który umożliwiałby im w łatwy sposób znaleźć żonę. 

Rozchodzenie się dróg kobiet i mężczyzn zaczyna się już po szkole średniej. Dysproporcje płciowe widać na uczelniach, z których wykształcenie pobiera obecnie dwie trzecie kobiet. Podobnie jest z migracją ze wsi do miast. Mniejsza mobilność mężczyzn sprawia, że w metropoliach przeważają kobiety. Przez to szansa na znalezienie przez nie partnera maleje. Obie płcie po prostu się mijają. A kobieta, szukając wybranka, decyduje się zwykle na takiego, który ma co najmniej taki jak ona status czy wykształcenie. Już nie wystarczy, że, cytując klasyka „nie pije, nie bije”, albo przynosi pieniądze do domu. Poprzeczka ustawiona jest znacznie wyżej niż jeszcze 30 lat temu. 

Prof. Szlendak: – Dzisiaj ludzie już nie łączą się masowo w pary w koedukacyjnych miejscach pracy czy na studiach. Nawet szkoła już od dawna przestała być takim miejscem, bo przez dekady zmienił się rytm życia ludzi. Okres "niedorosłości" znacząco się wydłużył, tak samo moment, kiedy posiadanie partnera zaczyna być dla nas istotne. 

Dyktatura wyboru

Matrymonialne pustynie próbują – przynajmniej deklaratywnie – zagospodarować aplikacje randkowe. Sprawy jednak nie ułatwia fakt, że bardzo lubią one zarabiać, a że w tym przypadku przedmiotem obrotu jest romantyczność (w pakiecie z samotnością - przynajmniej wśród tych poszukujących miłości), to swoje ona kosztuje. Platforma szybko podsuwa cudowne rozwiązanie: użytkownik może zwiększyć szanse matrymonialne, wykupując odpowiedni pakiet. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, by pozostał przy darmowej wersji, ale to w płatnych wariantach zyskuje możliwość m.in. nieograniczonych polubień, trybu incognito czy zobaczenia, kto właśnie polubił jego profil (standardowo użytkownik widzi to dopiero po wzajemnym przesunięciu w prawo). 

W ten sposób wpadamy w kapitalistyczną logikę popytu i podaży, gdzie człowiek i jego szanse są odpowiednio wyceniane. Chcesz szybciej kogoś poznać? Zapłać. 

Bo jak mówi mi Gosia Fraser, dziennikarka i filozofka, autorka podkastu TECHSPRESSO.CAFE, aplikacje randkowe nie zostały stworzone po to, aby użytkownicy i użytkowniczki znajdowali tam miłość.

– One są zaprojektowane w taki sposób, aby spędzali jak najwięcej czasu na platformie oraz wykupywali na niej płatne funkcje pozwalające na rzekome zwiększenie skuteczności. Mechanizmy grywalizacji czy losowość to dobrze znane z innych platform cyfrowych mechanizmy uzależniające, psychologicznie dające nam ułudę aktywności w obszarze relacji z innymi, faktycznie jednak – ukierunkowane na to, abyśmy przynieśli maksymalny zysk ze swoich działań danej firmie – mówi.

Portale randkowe (jak zresztą te o innych celach) karmią się bowiem naszą uwagą i czasem spędzonym przed ekranem. Każdy znajdujący partnera lub partnerkę to potencjalna strata dla korporacji. Nie opłaca się jej więc, byś szybko znalazł bądź znalazła miłość. 

Zresztą sam sposób działania aplikacji wymusza na użytkowniku sprowadzenie do poziomu towaru, niczym przedmiot na sklepowej półce. Stąd niepisane wymaganie, by używać odpowiednich słów kluczowych w opisie profilu, podrasowywać zdjęcia (najlepiej podkreślając atuty – fizyczne i materialne), eksponować cechy mające na celu wyróżnić się z tłumu na tym wielkim globalnym targu piękności i doskonałości. 

Jak jednak zwraca uwagę Gosia Fraser, wysiłki te dają raczej odwrotny skutek.

– Mechanika działania aplikacji wymusza unifikację, wobec czego każdy "produkt" jest podobny innym "produktom". Zatraca się różnorodność, indywidualność, ale też relacje nawiązywane za pośrednictwem tego rodzaju platform są zunifikowane, sprowadzone do pewnego rodzaju schematów w interakcjach. Sfera relacji podlega zatem algorytmizacji – tłumaczy.

Ogromny, niemal nielimitowany wybór prowadzi do zjawiska zwanego paradoksem wyboru. Pojęcie to spopularyzował amerykański psycholog Barry Schwartz, który w książce o tym samym tytule pisał, że im więcej mamy opcji do wyboru, tym trudniej jest nam się zdecydować – i tym mniej jesteśmy zadowoleni z ostatecznej decyzji. 

Bo po co mam kogoś poznawać głębiej, spotykać się, kontynuować rozmowę, skoro na horyzoncie może czekać ktoś lepszy, bardziej dopasowany, ładniejszy? W takim świecie wystarczy jeden defekt, jedno niepowodzenie lub gorszy dzień, by zostać skreślonym. "Wystarczająco dobry lub dobra" to za mało. Drugiej szansy nie będzie, bo kolejne szanse (ale już nie tobie) daje aplikacja. I tak w kółko.

– Stąd popularne stwierdzenie, że Tinder nigdy się nie kończy, bo zawsze znajdzie się bardziej interesujący "obiekt", który będzie przewyższał nasze poprzednie wybory – twierdzi prof. Szlendak. – Świadomość tego procesu zniechęca do inwestowania w spotkanie. 

Jak zauważa socjolog, aplikacje działają zupełnie inaczej niż stary “rynek” matrymonialny. Na nim ludzie mają ograniczony wybór, zawężony do zwykle kilkunastu osób. Dlatego jego zdaniem portale do randkowania nijak mają się do konceptu miłości romantycznej, budowanej u podstaw, etapami, stopniowo.

Gdyby tego było mało, dodatkowo podlane to jest sosem współczesnej kultury indywidualizmu, gdzie liczy się głównie moje "ja". Podobnie jak w sklepie, tak i w aplikacji, staję się konsumentem. Płacąc za subskrypcję, wymagam, by dostarczony "produkt" spełniał moje oczekiwania. A jeśli tak się nie stanie, będę mógł go szybko zwrócić i wymienić na inny. Albo zapomnieć o nim, co w rzeczywistości portali randkowych przyjmuje postać ghostingu – nagłego zniknięcia, niewypowiedzianego głośno końca znajomości. 

Jak radzą sobie Tinderowicze?

Jak w takim razie na tym polu miniowym radzą sobie użytkownicy? Słowem: jakie obierają strategie randkowania oraz jakich partnerów szukają? Zapytałem o to kilku z nich.

Klaudia mówi o sobie jako "doświadczonej randkowiczce". Przekonuje mnie, że Tinder to aplikacja jak każda inna i nie ma tam większej filozofii. Kogo lajkowała? – Jeśli mi się nudziło i chciałam z kimś popisać, to byłam bardziej hojna w dawaniu lajków. Zdarzało mi się dawać w prawo profilom bez zdjęć, gdy miały ciekawy opis. Nigdy jednak nic z tego nie wychodziło, bo panowie po rozpoczęciu rozmowy nie chcieli pokazać mi swoich zdjęć, a ja czułam, jakbym rozmawiała z botem – mówi. 

Dla niej samej obraz jest ważny. Na swoim profilu pokazuje zdjęcia w makijażu i bez, z pełną sylwetki oraz takie, na którym paraduje w wysokich butach do tańca (który jest jej pasją). Kładzie też nacisk na opis. – Faceci z reguły nie piszą nic ciekawego. Wielu z nich nie potrafi też prowadzić rozmowy, zagadując jakimiś durnymi emotkami. Część mężczyzn od razu proponowało seks. To zniechęca. 

Jak podkreśla, to, czy potencjalny partner jest zamożny, czy ma samochód albo mieszkanie, było drugorzędne. Jeśli był zaradny i ogarnięty, wzbudzał jej zainteresowanie. – Zdarzało się, że z kimś się świetnie pisało, ale kontakt nagle się urywał, albo ktoś po prostu nie odpisywał. Dostęp do tylu ludzi w aplikacji jest jakimś ułatwieniem w poznaniu kogoś, ale z drugiej takie wieczne przesuwanie w prawo i w lewo jest zgubne, bo trudno skupić się na jednej osobie.

Patrycja, również doświadczona w randkowaniu w sieci, mówi mi, że gustuje w programistach. – Lubię facetów pracujących umysłowo, ambitnych i inteligentnych. Sama interesuję się nowymi technologiami, więc mam z takimi mężczyznami wiele wspólnych tematów – argumentuje. 

Jak przyznaje, miała na apkach duże powodzenie, więc nie musiała bardzo się starać. Co nie znaczy, że nie dbała o zdjęcia. – Mężczyźni to wzrokowcy, więc wybierałam takie, na których wyraźnie widać sylwetkę, twarz, momenty, gdy byłam w podróży – mówi. 

Nie lubi imprezowiczów czy "patusów", którzy pisali o jaraniu zioła, chlaniu, czy "rzucali wymaganiami". Oraz tych facetów, którzy kontakt zaczynali od pytania: "co tam?". Nudziło ją to, więc przestała odpisywać na kolejne, podobne próby podrywu. Zniechęcały ją również profile, na których mężczyźni chwalili się samochodami. Jak twierdzi, wie, czego chce – i już po pierwszych wiadomościach z potencjalnym partnerem jest w stanie stwierdzić, czy coś z tego będzie.

– Dobrze, gdy facet pisze, kogo szuka, a nie rzuca wymaganiami, szczególnie jeżeli sam nie ma zbyt wiele do zaoferowania – mówi. – Profile, które miały chamskie opisy, przesuwałam od razu w lewo, nie miałam ochoty się użerać z jakimiś burakami. A takich na apkach jest sporo. Spotkałam się z tekstami na profilach typu "nie będę twoim sponsorem", "grube laski nie dawajcie mnie w prawo”. To żenada.

Marek z kolei mówi o rozczarowaniu. Narzeka, że kobiety wcale nie szukają "dobrych chłopaków", ale ostatecznie lądują na randce z kimś, kto chwali się pieniędzmi na zdjęciach. – Znam wiele takich przykładów. Laska woli umówić się na spotkanie z gościem z BMW, a potem płacze, bo okazuje się, że poza tym samochodem nie ma sobą nic do zaprezentowania. A mnie olewają, bo nie mam całego dnia, by im odpisywać i prowadzić długich rozmów – twierdzi. Te doświadczenia przypominają głośną ostatnio historię mężczyzny, który według krążących opowieści miał na Tinderze przyznawać wprost, że stosował agresję j przemoc wobec kobiet. Mimo to w ciągu 48 godzin uzbierał – podobno – ponad 800 dopasowań. Tak jakby część kobiet stosowała zasadę, że "łobuz kocha najbardziej".

Jak przyznaje Marek, kluczowe na apce randkowej jest to, jak dobrze potrafisz budować pozory albo czy skutecznie umiesz się sprzedać. On sam prowadzi teraz firmę i nieźle zarabia, ale nie gwarantuje to mu sukcesu w poznawaniu kobiet w sieci. – Często proponuję im po jakimś czasie pisania na czacie rozmowę przez telefon albo komunikator wideo. I one to zlewają, odbierają bardzo negatywnie – opowiada. 

Uważa, że kobiety poznane przez niego w aplikacjach bały się wymagań. Długotrwałe pisanie, dopytywanie, próba poznania – to wszystko nie dawało efektu. – Nie widziałem u nich zaangażowania w rozmowę, poważnego podchodzenia do sprawy. Wiem, że naiwne byłoby twierdzenie, że w internecie są sami ludzie szukający stałego związku, ale sytuacje wspomniane przeze mnie zdarzały się regularnie.

Życie z jednym, bliskość z drugim

Z wzajemnych pretensji romantyzmu nie będzie. O nowe podejście do miłości pytam więc prof. Szlendaka. Bo skoro randkowanie i budowanie relacji romantycznej przestało być definiowane przez stare paradygmaty, a aplikacje okazują się mało skuteczne, to być może ludzie będą musieli dobierać się według nowych wzorców. Jakich? 

Socjolog mówi, że jednym z możliwych scenariuszów jest rozbicie komponentów miłości romantycznych (przypomnijmy: zakochania, intymności i zaangażowania, seksualności). Oznacza to, że elementy te nie będą musiałby być już automatycznie skupione w jednym człowieku. Za ich realizację mogłyby być odpowiedzialne różne osoby – żyć będziemy z jednym, ale bliskości emocjonalnej zaczniemy szukać u kogoś innego, podobnie dzielenia pasji czy zainteresowań. Czy brzmi to jak zapowiedź nowej formy poligamii?

– Niekoniecznie, bo tak aktualnie sytuacja wygląda już u części osób. Tylko, że nie chcą tego przed sobą przyznać – przekonuje prof. Szlendak. I dodaje, że nie oznacza to upadku miłości, ale jej znaczącego przedefiniowania, z naciskiem na autonomię jednostki, jej decyzje i zaspokajanie potrzeb.  

Miłość w świecie napędzanym przez indywidualizm i chęć osiągnięcia jak największych korzyści dla siebie może jednak przyjąć znamiona transakcji. Przypomina to kontrakt, którego niewypełnienie skutkuje zerwaniem umowy. Wyraźnie widać to już właśnie w aplikacjach randkowych, które stają się wielkim słupem ogłoszeniowym oraz matrymonialnym polem bitwy, z którego tylko nieliczni wychodzą zwycięsko.

Jest to tym bardziej znamienne, że nieudane próby w poszukiwaniu partnera lub partnerki prowadzą do konkretnych konsekwencji, począwszy do zaognienia wojny płci, na niepewności i obniżeniu samooceny kończąc. To z kolei odbija się na kryzysie tożsamości jednostki, zadawaniem sobie pytań o własną wartość, atrakcyjność. 

Samotni uciekają w romans z botem... albo softporno

Czytając komentarze w grupach w mediach społecznościowych zrzeszających użytkowników aplikacji randkowych, nie da się nie wyczuć rozczarowania, żalu, ale też agresji czy mizoginii. Faceci narzekają na nadmierne ich zdaniem wymagania kobiet, te z kolei punktują niedojrzałość i wyrachowanie mężczyzn. 

Piszą:

"Wszystkie te aplikacje to syf, większość kobiet tam to stałe bywalczynie, matki, rozwódki niezrównoważone psychicznie i odklejone. Nie ma tam czego szukać, chyba że szukasz tylko zabawy". 

"Niektórzy mężczyźni są jak kameleony, są skoncentrowani tylko na wykorzystaniu kobiety – emocjonalnie, fizycznie i finansowo – często w białych rękawiczkach, i potem patrzą jak ofiara sięga dna".

"Uważajcie na dziewczyny z Tindera. Kolejny raz dowiaduję się o kobietach, które oczerniają mężczyzn, którzy je olali. Nawet nie wiecie, jak łatwo to zrobić; a niestety większość środowiska wierzy kobietom".

Niemożność znalezienia relacji romantycznej potęguje epidemię samotności. Według badania przeprowadzonego w ramach projektu MindGenic AI aż 65 proc. osób w wieku 13-28 lat czuje się samotna, a 30 proc. ma problem z nawiązywaniem znajomości. A skoro kobiety z mężczyznami nie mogą (bądź nie potrafią) spotkać się twarzą w twarz (lub ekranem w ekran), relacji i otuchy – choćby chwilowej – szukają na przykład u sztucznej inteligencji. 

Znamy już historie zakochania się w bocie czy nadawania mu roli osobistego psychoterapeuty. Doraźnie może to przynieść ulgę, ale traktowanie modelu językowego jako substytutu prawdziwej relacji może skończyć się tragicznie, jak w historii 16-latka z USA, którego ChatGPT miał utwierdzać w jego myślach o samobójstwie, którego niestety potem dokonał. 

Jednak gdy ma się za sobą doświadczenia ghostingu czy nieudanych randek, perspektywa porozmawiania z chatem, który zawsze wysłucha, nie zdradzi i nie wyśmieje, wydaje się kusząca. A jeśli mimo to chce się utrzymać choć pozory bliskości z drugim człowiekiem, niektórzy decydują się na korzystanie z płatnych portali do śledzenia zdjęć, filmów i transmisji na żywo o zabarwieniu erotycznym, takich jak niesławny OnlyFans. Polacy należą do światowej czołówki pod względem wydatków na dostęp do materiałów. Według danych platformy w 2025 roku wydali na ten cel 87 milionów dolarów (prawie 20 proc. więcej niż rok wcześniej). Tyle że OnlyFans nie buduje ani bliskości, ani relacji, lecz monetyzuje i pogłębia poczucie samotności, zwłaszcza wśród mężczyzn.

– OnlyFans to portal, który daje pozory relacyjności, ożywia samotny akt konsumpcji tego typu treści i zdawałoby się – humanizuje go – mówi Gosia Fraser. – To oczywiście iluzja, bo w rzeczywistości żadnej relacji pomiędzy konsumującymi a oferującymi nie ma, poza tą transakcyjną. Relacje uczuciowe pomiędzy ludźmi zmierzają w kierunku merkantylnym, szczególnie w młodszych pokoleniach, które nie spoglądają już na związki jako na wartość samą w sobie, a postrzegają je jako potencjalne obciążenie. Chyba że odpowiadają na konkretne potrzeby: rozrywkę, wypełnienie czasu wolnego.

Na koniec dnia użytkownik zderza się z osamotnieniem, które odbija się na słupkach dzietności. W Polsce z roku na rok dzieci jest coraz mniej, a za jedną z głównych przyczyn uznaje się właśnie niedopasowanie mężczyzn i kobiet. 

Państwowy Tinder rozwiązaniem?

Czy w takim razie miłość w świecie kreowanym przez algorytmy i technologiczne wskaźniki ma szansę przetrwać? Większość z nas zna pewnie przypadki osób, które poznały się w intrenecie, czy to na forach, czy w aplikacjach, i które stworzyły udane, zdrowe i szczęśliwe związki. Niestety nadal jest ich znacznie mniej niż tych, którym się nie udało.

Niektórzy coraz wyraźniej dostrzegają wady technologii i przestają wierzyć we wszystkie obietnice składane przez właścicieli platform. Do tego stopnia, że w debacie publicznej pojawiają się oryginalne pomysły przełamania statusu quo, jak ten przedstawiony przez Klub Jagielloński, by randkowanie online oddać w ręce władz i stworzyć państwowego Tindera. Takiego, dla którego zysk nie będzie celem ostatecznym, i który będzie umożliwiał dopasowanie użytkowników pod kątem wskaźników, które są istotne dla trwałości relacji (jak status ekonomiczny, wiek, wykształcenie). Czy taki kierunek ma sens?

– Ludzie próbują przeszczepić miłość romantyczną do narzędzi, ale one temu nie służą – mówi prof. Szlendak. – Dawniej ludzie randkowali i miesiącami spotykali się z daną osobą, żeby ją poznać. Wtedy miłość miała szansę zakwitnąć, bo zauroczenie rodziło się na skutek przedłużonych kontaktów. Aplikacje tego nie dają, bo opierają się na ograniczonych informacjach. Wybieramy kogoś na ich bazie, a potem często okazuje się, że wyidealizowany przez nas obiekt spotkany na żywo nie realizuje tych oczekiwań. 

Bo poznawanie wymaga czasu i energii, a w świecie zmuszającym nas do przyspieszania nierzadko nie mamy ani jednego, ani drugiego. Na nasze nieszczęście aplikacje nie dają nam złotej recepty na budowanie trwałych relacji. Mogą nam pomóc w otworzeniu się i poznaniu nowych ludzi (jak choćby aplikacja FriendZone, o której pisał u nas Rafał Pikuła), ale nie wykonają za nas pracy organicznej. Tej polegającej na cierpliwym słuchaniu, rozmowach bez skrótów, sprawdzeniu się w codzienności, czy ćwiczeniu uważności na potrzeby drugiej osoby. Czasem bliskość zaczyna się od drobnostki – rozmowy w tramwaju, pożyczenia książki, pójścia na koncert. 

Technologia może więc otworzyć drzwi do nowych znajomości, ale równie łatwo zamknąć nas w świecie szybkich ocen i wyobrażeń. W praktyce o powodzeniu zdecyduje nie ślepe poddanie się kapryśnemu algorytmowi i logice aplikacji, lecz to, czy za ekranem pojawi się gotowość do prawdziwego poznania.