Oferta iPhone'ów to bajzel. Apple miał być prosty, staje się Androidem
Obecna oferta iPhone’ów to kompletny bałagan. Ogromne zróżnicowanie i stosunkowo niewielkie różnice w cenie między modelami wcale nie ułatwiają wyboru smartfona.

Dekadę temu Apple wydawał dwa, maksymalnie trzy smartfony na rok, a kolejne generacje szybko zastępowały poprzednie. Dziś nie dość, że wydaje się mnóstwo urządzeń, to jeszcze pozostawia się w sprzedaży starsze urządzenia. Obecnie w ofercie naliczyłem aż siedem modeli. Jobs by na to nie pozwolił.
Czytaj też:
Wybór jest dobry, ale w tym przypadku działa na niekorzyść kupującego
W świecie elektroniki użytkowej wybór oraz konkurencja jest dobra. Dzięki temu różni klienci mogą dostosować swój zakup do potrzeb. W urządzeniach z Androidem było to szczególnie widocznie. Producenci tacy jak Samsung sprzedają smartfony z najniższej półki cenowej za ok. 500 zł, rozsądne propozycje za ok. 1500-2000 zł, tańsze sztandarowe modele za 4000 zł, prawdziwe flagowce za ponad 6000 zł i urządzenia składane w cenie 8000-9000 zł.
U Apple’a wybór był prostszy, co w mojej opinii było siłą producenta z Cupertino. Kupowało się najnowszego iPhone’a i tyle. Nie myślało się, czy aby dopłacić 500 zł do dodatkowego aparatu, czy może kolejnych 500 zł do większego ekranu. Dziś? Apple robi to samo co konkurencja, tylko w nieco inny sposób.
Na wrzesień 2025 r. otrzymaliśmy cztery smartfony z serii iPhone 17. Teraz Apple wprowadził tańszego iPhone’a 17e. Jednocześnie firma sprzedaje starsze podstawowe modele iPhone 16 i 16 Plus. Łącznie naliczyłem siedem modeli. Każdy z nich kosztuje:
- iPhone 17e - 2999 zł,
- iPhone 16 - 3499 zł (w praktyce ok. 3200-3300 zł),
- iPhone 16 Plus - 3999 zł (rzeczywiście ok. 3800 zł),
- iPhone 17 - 3999 zł,
- iPhone Air - 5299 zł (w sklepach 4399 zł),
- iPhone 17 Pro - 5799 zł (w promocjach nawet do 5250 zł),
- iPhone 17 Pro Max - 6299 zł.
Mamy zatem bogatą ofertę od 2999 zł aż do 6299 zł. I jest to przykład tzw. drabinki Apple, gdzie każdy wyższy model kosztuje ok. kilkuset złotych więcej. Każdy poziom zapewnia ulepszenie. Zaczynając od iPhone 17e z jednym aparatem i wyglądem z iPhone’a 13 z 2021 r. Za dopłatą ok. 200-300 zł do szesnastki mamy nowocześniejszy wygląd i obiektyw więcej, ale tracimy na baterii czy wydajności.
Potem za dopłatą do 3800 - 4000 zł dostajemy kapitalną baterię w iPhone 16 Plus albo ekran 120 Hz w iPhone 17. Kolejne 400 zł to z kolei iPhone Air z wyjątkowo cienką obudową 5,6 mm i ładnym wyglądem. Następnie musimy dopłacić 1000 zł do iPhone’ów 17 Pro, aby dostać lepszy aparat i nową stylistkę. W cenie 500 zł wyższej mamy natomiast jeszcze lepszą baterię oraz większy ekran.
Brzmi skomplikowanie? Ponieważ w istocie tak jest.
Jako osoba interesująca się smartfonami nie mam problemu w wypunktowaniu wszystkich zalet i wad poszczególnych modeli. Wiem czego potrzebuję. Ale przeciętny Kowalski dostaje twardy orzech do zgryzienia podczas wyboru konkretnego wyboru. Apple założył na niego mnóstwo skutecznych pułapek.
Kiedyś największą magią Apple było to, że firma podejmowała trudne decyzje za nas, serwując produkt oczywisty. Dziś zrzuciła ten ciężar na klientów, zamieniając słynną prostotę w arkusz kalkulacyjny. I choć księgowi Tima Cooka zapewne zacierają ręce, po drodze zgubiono gdzieś trochę amazingu.



















