Homotechnicus. Pokolenie Alfa
  1. SPIDER'S WEB
  2. plus
  3. SW+

Trolle, amisze, cyfrowi przewodnicy i technologicznie obojętni. Jakim rodzajem rodzica jesteś?

Rodzice w cyfrowym świecie mogą być dla swoich dzieci zarówno ośmieszającymi je trollami, zakazującymi wszystkiego strażnikami, jak i przewodnikami. Nie mamy wielopokoleniowych doświadczeń z tego, jak wychowywać dzieci w cyfrowym świecie. Łatwo więc o błędy, a te mogą długo i boleśnie ciągnąć się za dzieckiem.

Jakim rodzajem rodzica jesteś? Trolle, amisze, cyfrowi przewodnicy i technologicznie obojętni

Prawdopodobnie najwięcej dla praw dzieci do własnego wizerunku zrobiła Anna Maier – osoba, która... nie istniała. W 2016 roku media na całym świecie opisywały, jak 18-latka z austriackiej Karyntii miała być pierwszą w Austrii, a może i w Europie nastolatką, która pozwała swoich rodziców za publikację bez jej zgody ok. 500 zdjęć z jej dzieciństwa. Wśród umieszczanych na Facebooku fotografii miały być także te wykonane w czasie przewijania czy pierwszych prób korzystania z nocnika. Każdy etap jej rozwoju miał być dokumentowany i wystawiony na ocenę kilkuset znajomych rodziców, którzy mieli ignorować to, że dziewczyna żąda usunięcia zdjęć.

Media na całym świecie za lokalną austriacką prasą opisywały głośny temat. Ale kiedy zaczęły drążyć, okazało się, że historia 18-latki jest najprawdopodobniej nieprawdziwa, bo nie słyszał o niej nawet jej rzekomy adwokat, a w lokalnych sądach nie złożono żadnego takiego pozwu. Mimo to temat wzbudził ważną dyskusję o oversharentingu, czyli przesadnym epatowaniu wizerunkiem dzieci w mediach społecznościowych oraz ich prawach do ochrony własnego wizerunku.

Może i Anna nie była prawdziwa, ale lawina ruszyła. Rok później o swoje prawa upomniał się 16-latek z Włoch, który pozwał matkę za publikację jego zdjęć na Facebooku. Sąd przyznał mu rację, zakazując kobiecie umieszczania fotografii bez zgody dziecka i nakazując usunięcie dotychczasowych materiałów, także filmowych. Procesów czy choćby pretensji dzieci do rodziców, którzy zapominając o ich prawach, dzielili się i dzielą życiami i wizerunkami najmłodszych, będzie przybywać. Ale są one więcej niż tylko objawem oversharentingu. To przede wszystkim objaw tego, że choć rodzice powinni dziś wychowywać i edukować, to sami potrzebują wychowania i edukacji.

Marcin Perfuński 13 lat temu dowiedział się, że zostanie ojcem. – Było wtedy pełno poradników o świadomym wychowywaniu dzieci. Ale żadnego poradnika, kursu ani warsztatu, które poruszałyby temat wychowania dzieci w świecie nowych technologii. To był moment, gdy zaczynała się rewolucja mediów społecznościowych. Facebook dopiero wchodził do Polski. Nie wiedzieliśmy, jakie znaczenie będą miały sociale, gry sieciowe i towarzyszące im czaty. Że staną się podstawą do budowania relacji wśród dzieci. To był jeszcze wtedy taki grunt nierozpoznany – wspomina Perfuński. Niespodziewanie w ciągu tej dekady okazało się, że nie da się wychowywać dziecka bez podejmowania kluczowych decyzji związanych właśnie z rolą technologii w jego życiu. – A nikt nas do tego nie przygotowywał. Nie nauczyli nas tego nasi rodzice, nie ma tu wielowiekowej wiedzy wyniesionej z doświadczeń poprzednich pokoleń. Musimy się więc uczyć sami – opowiada dziś ojciec pięciu córek, autor bloga Supertata.tv i audycji Strefa Rodzica w Polskim Radiu Dzieciom, w których właśnie stara się prowadzić przez meandry nowoczesnego rodzicielstwa.

Tekstem o tym jak, kiedy i jaką edukację medialną powinniśmy wprowadzić do naszych szkół, zaczęliśmy dwa miesiące temu w Spider’sWeb+ cykl artykułów pod hasłem „Homotechnicus. Pokolenie Alfa”.

To rodzice najmłodszego pokolenia stają w ogromnej mierze przed wyzwaniami związanymi z tym, jak je wprowadzić w nowy świat. Dodatkową trudnością jest to, że tym razem z procesem wychowawczym nie stoją doświadczenia poprzednich pokoleń.

Do końca tego roku będziemy zastanawiać się nad wyzwaniami, przed jakimi stoimy, by zapewnić bezpieczny i pozwalający na zachowanie dobrostanu start w życie.

Rodzaje cyfrowego rodzicielstwa

40 proc. nastolatków zapytanych o to, jakie zasady korzystania z internetu stosują wobec nich rodzice, odpowiedziało: żadnych. Takie wyniki płyną ze świeżo opublikowanego badania „Nastolatek 3.0”, które wykonała Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa. – Czyli duża grupa rodziców czuje się albo tak zagubiona w tym świecie, albo tak nie docenia jego wpływu na dzieci, że rezygnuje z jakiejkolwiek próby cyfrowego wychowania – ocenia Rafał Lange, doktor socjologii, współautor badania.

Z drugiej strony niemal jedna trzecia przebadanych dzieci mówi, że rodzice rozmawiają z nimi o cyfrowym świecie. Profilaktycznie lub wtedy, gdy nastolatek zgłosi problem albo rodzic sam coś podejrzewa. 6,8 proc. nastolatków przyznaje też, że rodzice ustalają im maksymalny czas, jaki mogą spędzić w sieci.

fot. New Africa / Shutterstock.com

Ale już w granicach błędu statystycznego są rodzice sprawdzający i kontrolujący, co dzieci robią w sieci choćby poprzez kontrolę wyszukiwarki i kont w socialach (3,2 proc.), mający dostęp do kont w mediach społecznościowych dzieci (2,1 proc.) czy wręcz pozwalający na korzystanie z sieci tylko w swojej obecności (0,7 proc.).

Na podstawie tego badania można wskazać więc trzy modele cyfrowego rodzicielstwa. Nazwijmy je rodzicami: pasywnymi cyfrowo, przewodnikami i strażnikami.

Obojętni

Te trzy podstawowe modele rodzicielstwa widzi także Perfuński. – To najbardziej przebijające się postawy. Przy czym najwięcej jest rodziców, którzy nie bardzo rozumieją, co się dzieje i po prostu przymykają oczy – mówi ekspert. – Kupują smartfony dzieciom, bo wszyscy je mają, ale potem nie interesują się za bardzo, co się z dzieckiem dzieje. Uważają, że już lepiej, by siedziało przed ekranem, niż gdzieś się niebezpiecznie szwendało. Nawet jeżeli w tej cyfrowej strefie niebezpieczeństwa też mogą czyhać na dziecko – podkreśla.

Taka postawa jest dosyć wygodna. – Internet, media społecznościowe traktują trochę jak telewizję. Skoro oni przeżyli przed telewizorem dzieciństwo oraz dojrzewanie i dają sobie radę, to ich dziecko przeżyje przed ekranem. A zresztą z czasem jak pojawią się prawdziwe problemy, to tak jak mi, minie im fascynacja grami czy YouTubem. Tyle że to jest błędne myślenie. Już wiemy, że młodzież wychowana na internecie ma pewne deficyty w kwestiach społecznych. Jeżeli ktoś przenosi zbyt dużo interakcji do internetu, to potem ma problemy z rozpoznawaniem emocji, mowy ciała czy mimiki. I my takie emocjonalne zombie teraz hodujemy – mówi nam dr Lange. 

Ta część rodziców uważa, że dziecko i tak zna się lepiej na tym, co się dzieje w cyfrowym świecie i nie chce się wtrącać. Obawia się blamażu w oczach własnego potomka albo rzeczywiście nie zna tej rzeczywistości, więc nie wie też o wyzwaniach i ewentualnych w niej problemach. – Trochę ponarzekają, że dziecko ciągle z nosem w ekranie. Czasem pójdą z nim do psychologa, ale nie podejmują szczególnie aktywnych działań, aby być partnerem w cyfrowym świecie – mówi Perfuński.

fot. Andrew Angelov / Shutterstock.com

Nie jest specjalnym zaskoczeniem, skąd bierze się tak ogromna powszechność takiego właśnie podejścia: – Rodzice bardzo często nie mają wystarczająco dużo czasu, by śledzić i interesować się tym, co młodzi robią w sieci – podkreślała podczas prezentacji raportu „Nastolatek 3.0” Marta Witkowska, psycholog i terapeutka analityczna, ekspert Akademii NASK.

– Tyle że brak czasu nie może być wymówką. Jeśli rodzic nie interesuje się cyfrową codziennością dziecka, to zapewne nie ciekawi go również ta w realu. A jeśli się interesuje, to będzie ciekawiło go też to, co dziecko robi w internecie, jakie ma aplikacje, na jakich platformach ma założone konta, bo będzie to po prostu jeden z tematów do rozmów w domu. Nie można też usprawiedliwiać się tym, że nie znamy się na nowych technologiach. Tak mogą mówić dzisiejsi dziadkowie, ale nie rodzice, czyli 20-30-40 latkowie, którym internet towarzyszy od lat. Jeśli porzucają dzieci w cyfrowym świecie, bo „go nie ogarniają”, to tylko ich decyzja. Zresztą nie trzeba być ekspertem, ale wystarczy być obecnym, a wiedzę można zdobywać razem z dzieckiem – mówi Sabina Piłat, nauczycielka i pomysłodawczyni projektu filmowego "Nauka w plecaku".

Amisze

Po drugiej stronie tego wahadła są strażnicy, których Marcin Perfuński nazywa wręcz „cyfrowymi amiszami”, bo najchętniej w ogóle odcięliby dzieci od tych „złych technologii”. Są grupą najwęższą, ale być może też najszybciej rosnącą. Widzą wyraźnie zagrożenia związane z siecią – zarówno te czysto powiązane z cyberbezpieczeństwem, jak i dotyczące rozwoju, socjalizacji i edukacji dziecka. Ale wcale niekoniecznie są to osoby cyfrowo wykluczone (choć takie też się tu znajdują).

Wręcz przeciwnie – spora ich część to bardzo świadomi użytkownicy ze sporymi kompetencjami, dużo uczący się i dokształcający w temacie. Stąd u części z nich decyzje o kontroli swoich dzieci w sieci to nie tyle objaw lęków, co raczej poszukiwanie nowego modelu wychowawczego. Czytali choćby o tym, że dzieci najważniejszych menedżerów Doliny Krzemowej uczą się w szkołach tradycyjnie analogowych i w takim podejściu upatrują ścieżki do wychowania godnego współczesnych wyzwań.

– Odczytują cyfrowe otoczenie wyłącznie jak zagrożenie – ocenia Perfuński. Dodaje też, że oczywiście są niebezpieczeństwa, ale nie jest tak, że wystarczy, by dziecko dostało smartfon i nagle przepadnie, a jego życie i dobrostan staną się automatycznie zagrożone. – Wszystko zależy od relacji z rodzicami i rówieśnikami, od otoczenia dziecka. Jak te technologie stają się naturalną częścią życia, a nie zakazanym owocem, to naprawdę nie ma co przesadzać z katastroficznymi wizjami. Szczególnie że są badania pokazujące, że cyfryzacja może być bardzo pomocna dla rozwoju człowieka. U dzieci, które korzystają z technologii, rozwijają się szybciej kompetencje przydatne, by zostać np. chirurgami laparoskopowymi – dodaje.

Fot. Syda Productions / Shutterstock.com

Przed przesadną kontrolą przestrzega też Sabina Piłat, która uważa, że dzieci objęte zakazami, ograniczeniami i śledzone przez rodziców prawdopodobnie i tak znajdą sposób, aby tego zakazanego owocu spróbować – ale już na własną rękę.

– Od lat widzę, jak moi uczniowie prowadzą w mediach społecznościowych „podwójne życie”. Mają dwa konta. Jedno oficjalne dla rodziców i nauczycieli, gdzie wszystko jest poprawne i grzeczne. I drugie nieoficjalne, pod pseudonimem, dostępne tylko dla zaufanych rówieśników. Może to być efektem zbyt dużej kontroli, zakazów, blokad, które skutkują tym, że rodzice otrzymują pozory kontroli, a faktycznie nie mają pojęcia o życiu ich dzieci w mediach społecznościowych. Lepiej zostawić dziecku przestrzeń. Pokazać, że mu ufamy. Wtedy ono zaufa nam i zwróci się do nas, kiedy wydarzy się coś niepokojącego – mówi ta nauczycielka.

Moderatorzy / wychowawcy

I właśnie to zaufanie jest kluczowe w trzecim modelu cyfrowego rodzicielstwa, czyli rodzicach „obecnych”, starających się być cyfrowymi wychowawcami czy tech-przewodnikami. – To jest wciąż garstka, grupa wręcz awangardowa. Sami są albo aktywni, albo przynajmniej dokształcają się o kolejnych mediach społecznościowych, trendach, pojawiających się zagrożeniach. Starają się ewentualne problemy z nimi związane wyłapywać i rozmawiać o nich z dziećmi – tłumaczy Perfuński.

Oni też wprowadzają pewne ograniczenia w swobodzie cyfrowego działania potomków, ale nie ze względu na strach czy wychowanie metodą kar i nagród, a raczej jako pilnowanie cyfrowego dobrostanu swoich dzieci.

Taką tech-przewodniczką stara się być Edyta Daszkowska, mama dziewczynek w wieku 5,5 i 2 lata. Właśnie kiedy została mamą, zaczęła się mocniej zastanawiać nad tym, jak wychowywać w świecie ekranów. – Cztery lata temu, gdy moja starsza córka w wieku ok. 20 miesięcy zaczęła oglądać pierwsze bajki, zaczęłam się zastanawiać nad tym, jak dużą rolę pełnią ekrany w życiu dzisiejszych dzieci. Wtedy w polskim internecie, na forach rodzicielskich na Facebooku królowało ganianie za to, że dzieciom pozwala się na taką rozrywkę, wręcz rodziców mieszano za to z błotem. Można się więc było całkiem zdołować i uznać za wyrodnego rodzica. Ale nie grało mi to z tym, co się dzieje z naszą kulturą, z rozwojem technologii, więc zaczęłam szukać bardziej pogłębionych informacji – opowiada Daszkowska, która swoje doświadczenia i zdobytą wiedzę zaczęła przelewać na instagramowym profilu Cyfrowedziecko.

Badań i danych o tym, co technologie robią z dziećmi, jest coraz więcej. Tyle że niekoniecznie rodzice – i tak już zafrapowani wieloma problemami – mają głowę, by je wyszukiwać. I stąd prawdziwy wysyp takich właśnie rodzicielskich kont jak to Daszkowskiej, które starają się na podstawie własnych doświadczeń tłumaczyć rodzicom ekspercką wiedzę. Przykład: Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) zaleca, aby dzieci do 2. roku życia w ogóle nie patrzyły na ekrany urządzeń elektronicznych, zaś te przed 5. rokiem życia spędzały przy nich nie więcej niż godzinę dziennie. Dlatego Daszkowska swoim dzieciom wydziela w ciągu dnia specjalny „czas ekranowy” m.in. na bajki, traktując to jako pewną codzienną rutynę, a nie nagrodę.

– Po odebraniu z przedszkola mojej starszej córki obie mają 30-45 minut na bajki i ekran. Nie jest to nagroda, nie odbieramy też im tego czasu w ramach kary. Jest to po prostu częścią dnia, dzięki czemu nie ma próśb o wydłużenie, nie ma takiego głodu wynikającego z atrakcyjnego przeznaczenia np. za bycie grzecznym. Zamiast tego jest to zwykła czynność – opowiada Daszkowska. Dodaje, że wiele takich decyzji jest w jej rodzinie planowane w bardzo pragmatyczny sposób. – Przykładowo pierwszy smartfon dziewczynki dostaną wtedy, gdy będą faktycznie samodzielnie poruszać się do szkoły czy po najbliższej okolicy. Wtedy to faktycznie stanie się przydatne, a one będą też miały wystarczająco duże kompetencje – podkreśla prowadząca Cyfrowedziecko.

Rodzice wykluczeni i hipokryci 

Oczywiście takie postawy to tylko modelowe wzorce. W procesie wychowania zarówno rodzice z zasady obojętni mogą interesować się bardziej technologiami, strażnicy odpuszczać na trochę, a przewodnicy gubić się i nie wiedzieć do końca, co począć w danej sytuacji.

Eksperci podkreślają jednak, że podstawowym problemem rodziców jest niewiedza o tym, co się tak naprawdę dzieje w cyfrowym życiu ich dzieci. Z badania NASK wynika, że opiekunowie często nie zdają sobie nawet sprawy, ile faktycznie czasu spędzają w internecie ich podopieczni. Według rodziców ich dzieci korzystają z sieci średnio 3 godziny i 38 minut. To o ponad godzinę krócej, niż deklarują same nastolatki.

Fot. New Africa / Shutterstock.com

Zdaniem dorosłych nastolatki są najbardziej aktywne w internecie między godz. 16 a 22. Tymczasem dzieci często aktywnie używają smartfonów w nocy. Podobnie jest z doświadczaniem przez młodych przemocy w internecie. Podczas gdy prawie 75 proc. rodziców badanych nastolatków twierdzi, że ich dzieci nie padły ofiarą żadnej formy agresji w sieci, to brak bezpośredniego doświadczenia przemocy internetowej deklaruje tylko ponad połowa badanych nastolatków (56,2 proc.).

– Rodzice słyszą bardzo dużo historii o tym, co się dzieje złego, o patostreamingu, FOMO, uzależnieniu od gier, rajdach na e-lekcje. Te historie najmocniej się przebijają i one też najmocniej wpływają na postawy rodziców oraz generują tak dużo lęków. A przecież są i pozytywne aspekty internetu. Osobiście uważam, że technologia jest wspaniała i może poprawiać nasze życia, o ile wie się, jak z niej korzystać – podkreśla Daszkowska i dodaje, że uważa tak, bo stara się na bieżąco uczyć, by być partnerem dla swoich dzieci.

Przytakuje jej Perfuński. – Rodzice najczęściej zaczynają się interesować i interweniować, dopiero gdy dzieje się coś złego i wtedy są często totalnie zagubieni.

Zdaniem Daszkowskiej strach i niewiedza rodziców najsilniej odbija się w sposobie wychowywania dzieci. – Za to eksperci wskazują, że kluczowe jest, by po prostu być razem z dziećmi w tym internecie. Bądź taką domyślną przeglądarką swojego dziecka, niech do ciebie w pierwszej kolejności kieruje pytania. Ale by tak się stało, trzeba dziecku w internecie towarzyszyć. Najlepszy czas ekranowy to spędzony razem z rodzicami. Nie tylko dlatego, że można mu pomóc w sytuacji, gdy trafi na coś trudnego czy szkodliwego, ale także dlatego, że wtedy można faktycznie próbować zrozumieć świat swojego dziecka i razem z nim w nim uczestniczyć – tłumaczy Edyta Daszkowska. I podkreśla, że kluczowa jest stara prawda o dobrych relacjach z dzieckiem.

Fot. George Rudy / Shutterstock.com

– To jest jak z nauką jazdy na rowerze. Rodzice dziecko wsadzają na siodełko, czuwają, biegają dookoła, asystują, pilnują, by nauczyło się pedałować, nie zdarło sobie kolan, nie nabiło siniaków. Ale jednak nie da się asekurować dziecka cały czas. Ono musi samo pojechać – mówi Marta Witkowska z NASK i podkreśla, że podobnie jest w cyfrowym świecie. – Nasza, rodziców obecność i rady, rozmowy oczywiście są niezbędne. To, że dziecko spędza w sieci tak wiele godzin, niekoniecznie jest czymś złym. Przecież ono może tam rozwijać swoje pasje, otrzymywać wsparcie od rówieśników. Tylko kluczowe jest, by wiedziało, że ma w tym partnera w postaci rodzica i w razie gdyby coś się złego działo, to on pomoże i chwyci kierownicę – dodaje Witkowska. 

Oversharenting i rodzice-trolle

Czasem jednak i sam rodzic ma problem ze sprawnym pokierowaniem tym rowerkiem. A chyba najbardziej widocznym problemem z tymi nowymi zasadami cyfrowego ruchu jest oversharenting. – Dzieci mają prawo do ochrony prywatności i innych dóbr osobistych, gwarantowane przez międzynarodową konwencję o prawach dziecka, polską konstytucję i inne akty prawne, ale w praktyce to rodzice decydują o wizerunku dzieci i mogą z nim zrobić niemal wszystko. Jedynym wyjątkiem jest tworzenie i rozpowszechnianie dziecięcej pornografii, poza tym rodzice mogą robić wszystko, bo prawo dziecka do prywatności obowiązuje tylko na papierze – mówi Anna Golus, współpracowniczka „Tygodnika Powszechnego” specjalizująca się prawach dziecka, która w zeszłym roku obroniła na Uniwersytecie Gdańskim doktorat o udziale dzieci w programach reality show, a przy tym autorka książki „Dzieciństwo w cieniu rózgi. Historia i oblicza przemocy wobec dzieci”.

Przypomina też, że także w Polsce w ostatnich latach głośno było o kilku przypadkach rodziców, którzy bezrefleksyjnie wrzucali do sieci m.in. zdjęcia swoich dzieci. Najdalej posunęła się chyba rodzina Dzikowskich z Poznania, która postanowiła nadawać na żywo transmisję ze swojego codziennego życia. Dzikowscy zdecydowali się na zainstalowanie kamer praktycznie we wszystkich pomieszczeniach swojego mieszkania. Podczas transmisji widzowie mogli zobaczyć m.in. przebierające się dzieci mające od kilku do kilkunastu lat, przemoc słowną w kierunku dzieci oraz jednego z młodszych członków rodziny podczas wykonywania dosyć intymnych czynności.

– Rodzicom brakuje nie tylko refleksji, że mogą zaszkodzić dziecku, publikując jego zdjęcia np. na nocniku, ale przede wszystkim szacunku do dziecka. Mimo wielu przemian kulturowych dotyczących dzieciństwa, choćby coraz mniejszej skali przemocy fizycznej, rodzice nadal traktują dzieci jak swoją własność, jak przedmiot, którym można się pochwalić niczym nowym meblem, aby zdobyć chwilę uwagi w mediach społecznościowych. Gdyby rodzice traktowali dzieci inaczej, to zastanowiliby się, co mogą one czuć zarówno w tym momencie, kiedy stają się obiektem drwin, jak i co mogą poczuć w przyszłości – mówi Anna Golus.

Dziś każdy może niemal na żywo transmitować czy dokumentować życie swojego dziecka, a potem obficie dzielić się nim w mediach społecznościowych. Bezrefleksyjnie robią to zarówno internetowi influencerzy docierający do setek tysięcy osób, jak i rodzice zupełnie nieznani, dzielący się swoim życiem przed kilkoma setkami swoich znajomych. Jaki będzie społeczny i psychologiczny koszt takiego przeprowadzonego na żywym organizmie eksperymentu, przekonamy się za kilka czy kilkanaście lat.

Pewne jest zaś to, jak duża będzie jego skala. Przyglądała się jej dr Marta Bierca, socjolożka z Uniwersytetu SWPS, w raporcie „Sharenting po polsku, czyli ile dzieci wpadło do sieci?” wykonanym wspólnie Alicją Wysocką-Świtałą (CluePR). Z ich badań wynika, że 40 proc. polskich rodziców dzieli się w internecie zdjęciami i filmami dokumentującymi dzieciństwo ich dzieci, a rocznie każdy z tych rodziców wrzuca średnio 72 zdjęcia i 24 filmy z własnymi dziećmi w rolach głównych.

Z tego badania wynika również, że aż 81 proc. rodziców ocenia udostępnianie zdjęć własnych dzieci pozytywnie lub neutralnie. To pośrednio może wynikać z faktu, że ponad połowa, bo 57 proc. deklaruje, że o prywatności dziecka decydują rodzice. Zatem jeśli decydują się na wrzucanie do internetu zdjęć lub filmów z własnymi dziećmi, nie ma w tym nic złego. – Matki i ojcowie wskazują na dumę z dziecka jako kluczową motywację do dzielenia się zdjęciami i filmikami. Traktują postowanie w mediach społecznościowych jako zamiennik rozmowy z rodziną czy bliższymi znajomymi i poprzez nie informują, co się u nich i dziecka dzieje, jakie robi postępy, jak ładnie się uśmiecha – dodaje dr Marta Bierca.

Fot. Vitalii Stock / Shutterstock.com

– Dawniej dostęp do prywatnych wspomnień czy rodzinnych albumów mieli jedynie najbliżsi, a nie setki czy tysiące znajomych z Facebooka, z którymi w większości nawet nie mamy żadnego kontaktu – mówi Sabina Piłat i wspomina, że sama kiedyś zauważyła na facebookowej tablicy zdjęcia nagich dzieci na plaży, które wrzuciła znajoma jej znajomej. – Ktoś z moich znajomych je skomentował, więc wyświetliły się także u mnie. Uznałam, że skoro ja je widzę, to może zobaczyć je każdy i zainterweniowałam. Poprosiłam wspólną znajomą, aby zwróciła matce uwagę i zaraz zdjęcia zniknęły, ale w tym czasie i tak mogły zostać już skopiowane – dodaje.

Badania zebrane we wspomnianym raporcie o sharentingu pokazują, że wielu rodziców nie zdaje sobie sprawy z istniejących zagrożeń. Nie potrafią ograniczyć grupy odbiorczej tylko do najbliższych znajomych, wskazują, gdzie ich dziecko znajduje się w danej chwili.

– Rodzice wiedzą, że publikowane materiały mogą trafić np. w ręce pedofili, ale to ich nie powstrzymuje. Są przekonani, że ich to nie spotka – mówi dr Bierca. To jednak naiwna postawa. Według wyliczeń brytyjskiego dziennika „The Independent” nawet połowa pedofilskich zbiorów fotograficznych może pochodzić z mediów społecznościowych. – Platforma społecznościowa daje im złudne poczucie bezpieczeństwa. Każe myśleć o tym, jak o zabawie, więc nie myślimy o jej ciemnej stronie – dodaje.

A ciemną stroną mogą być również kradzieże tożsamości dziecka, czyli tzw. digital kidnapping. Specjaliści szacują, że do 2030 roku aż dwie trzecie tego rodzaju przestępstw będzie dotykać osób, których rodzice przesadnie epatowali wizerunkiem dzieci oraz informacjami o ich życiu w internecie.

Problem w tym, że publikowanie filmików czy zdjęć jest zwykle pierwszym etapem. W kolejnym jest zakładanie całych profili dzieciom (robi tak ok. 5 proc. rodziców) czy branie udziału w internetowych challenge’ach. Jednym z popularniejszych jakiś czas temu było np. kręcenie filmików przedstawiające reakcje niemowląt na oblewanie ich zimną wodą, a następnie publikowanie ich na TikToku. – Dzieci były zszokowane, przestraszone, płakały, a zadowoleni z siebie rodzice liczyli lajki. To głęboka bezmyślność i brak empatii – ocenia Anna Golus.

Taka postawa rodziców przez specjalistów nazywana jest troll parentingiem. Polega na dzieleniu się zdjęciami lub filmami kompromitującymi czy ośmieszającymi dzieci. A nawet materiałami dokumentującymi karanie dziecka i stosowane wobec niego kary.

Wychować rodzica

Od czasów, kiedy Marcin Perfuński został ojcem i kiedy nie było żadnych poradników, warsztatów czy kursów, które poruszały temat wychowania i bezpieczeństwa dzieci w świecie nowych technologii, minęło kilkanaście lat. W tym czasie luka została nieźle wypełniona. Dziś rodzice mogą się dokształcać, sięgając chociażby po poradniki NASK, raporty Fundacji Dbam o Mój Zasięg czy książki, takie jak „Jak nie zgubić dziecka w sieci? Rozwój, edukacja i bezpieczeństwo w cyfrowym świecie” autorstwa Zyty Czechowskiej i Marcela Mikołaja, „Cyfrowe dzieci. Sztuka skutecznego porozumiewania się z dziećmi” Beaty Pawłowicz i Tomasza Srebnickiego czy mające za kilka dni premiere "Twoje dziecko w sieci. Przewodnik po cyfrowym świecie dla czasami zdezorientowanych rodziców" Agnieszki E. Taper.

Fot. Fizkes / Shutterstock.com

Optymistycznym kierunkiem jest to, że nawet zapracowani rodzice starają się doszkalać w temacie. Edyta Daszkowska, choć nie ma wykształcenia pedagogicznego, to właśnie pod wpływem cyfrowego rozwoju swoich dzieci obecnie kończy kurs na temat cyfrowej równowagi.

W świecie internetu i mediów społecznościowych można wychowywać wtedy, gdy sam rodzic nadąża za tym, co się dzieje. – Nie wiesz, czym jest Ekipa? To się dowiedz. I nie wyśmiewaj, nie krytykuj, że głupie, bo z miejsca stracisz zaufanie dziecka. Zamiast tego jeżeli rodzic czuje, że to, co dziecko robi, kogo obserwuje, czym się fascynuje, może być szkodliwe, to trzeba je zrozumieć i tłumaczyć, jakie są te szkodliwe aspekty – podkreśla Perfuński i podaje przykład „pranków na YouTubie” tak popularnych wśród dzieci. – Tak, moje córki też oglądały, dopóki nie wytłumaczyło im się, że ta osoba, której robiony jest żart, może z tego powodu cierpieć. I dziś już ich to nie śmieszy.

Eksperci i cyfrowo aktywni rodzice przekonują, że nawet trudne, problematyczne sytuacje można przekuć w dobrą, wychowawczą naukę. Perfuński jako przykład podaje przykład, gdy wyciekły rozbierane zdjęcia youtuberki Natsu, która teraz działa w ramach Team X. – To była świetna okazja dla rodziców, by razem z dziećmi przegadać problem: „zobaczcie wasza idolka, osobą, która lubią, ucierpiała, bo w internecie nic nie ginie, nawet jak ma się tylko 10 obserwatorów, to trzeba uważać”. Grunt, by traktować takie sytuacje jako okazję do rozmowy i wspólnej nauki o tym, jak z technologii czerpać to, co dobre – podkreśla ojciec i ekspert.

Ilustracja tytułowa: Anastasia Ni / Shutterstock.com