1. SPIDER'S WEB
  2. plus
  3. SW+

Facebook już po awarii, ale i tak jest zepsuty. Czy stał się już zbyt duży, żeby upaść?

Facebook już po awarii, ale i tak jest zepsuty. Czy jest za duży, żeby upaść?

To nie kilkugodzinna awaria Facebooka jest prawdziwym problemem firmy Zuckerberga. Są nim coraz poważniejsze i coraz lepiej udokumentowane oskarżenia dotyczące szkodliwych działań tego giganta. – Nie ufajcie im, w Facebooku liczą się przede wszystkim zyski. A nie ludzie – ostrzega Frances Haugen, była menedżerka spółki. Tyle że awaria Facebooka pokazała też ogromną skalę uzależnienia całego świata od tego, co i jak oferuje ten tech-gigant.  

Frances Haugen. Zapamiętajmy to nazwisko byłej menadżerki Facebooka, 37-letniej blondynki ze stanu Iowa, analityczki danych mającej świetne wykształcenie, dyplom MBA Harvardu i doświadczenie w pracy dla wielu technologicznych gigantów, w tym Google’a i Pinteresta. Zapamiętajmy je, bo dla Facebooka może ono stać się decydujące na drodze ku ostatecznej odmianie ku dobremu lub zepchnięciu na boczny tor biznesów szemranych i brudnych.

Nazwisko, które sam Facebook chciał od kilku tygodni poznać po tym, jak anonimowy sygnalista – ich były pracownik – złożył skargi i potwierdzające je dokumenty do federalnych władz. We wrześniu prawnicy Frances Haugen złożyli osiem skarg w Komisji Papierów Wartościowych i Giełd (SEC), w których zarzucają Facebookowi, że publicznie kłamie nt. walki z mową nienawiści czy dezinformacją oraz że wiedział o tym, jak jego produkty, w tym Instagram, szkodzą młodym użytkownikom, ale też szerzej społeczeństwu jako takiemu. I co więcej, mimo tej wiedzy w imię zysków nie podejmował skutecznych kroków. 

Od tygodni Facebook wiedział też, że zbliża się do jego brzegów potężny kataklizm i usilnie próbował poznać nazwisko sygnalisty. Szczególnie odkąd w obszernym materiale „The Facebook Files” wszystkie te zarzuty opisał „The Wall Street Journal”. W niedzielę zaś w popularnym programie „60 minutes” w telewizji CBS Frances Haugen po raz pierwszy pokazała twarz i oficjalnie opowiedziała, dlaczego zdecydowała się zeznawać przeciwko byłemu pracodawcy, którego określiła mianem „znacznie gorszego niż wszystko to, co widziała wcześniej”.

Ale prawdziwie mocne zarzuty wyciągnęła podczas wtorkowych zeznań przed podkomisją Senackiej Komisji ds. Handlu. – To, jak dziś działa Facebook, budzi we mnie poważne obawy o bezpieczeństwo naszego narodu – grzmiała. I wezwała polityków do działania: – Jestem tu dziś dlatego, bo uważam, iż produkty Facebooka szkodzą naszym dzieciom, podsycają społeczne podziały i osłabiają demokrację. Kierownictwo firmy wie, jak sprawić, by Facebook i Instagram były bezpieczniejsze. Jednak nie robi tego, bo nad interes ludzi przedkłada swoje astronomiczne zyski. 

Więc kiedy w środku tych niezwykle mocnych zarzutów nagle usługi oferowane przez całą korporację Zuckerberga globalnie przestały działać, oczy już całego świata skierowały się w stronę tej firmy, która od kilku lat budzi coraz poważniejsze kontrowersje. A mimo to wciąż i wciąż rośnie. Od wybuchu pandemii jej kurs na nowojorskiej giełdzie podskoczył z 150 do niemal 380 dolarów. Ten wzrost zatrzymał się, gdy zaczęły wyciekać oskarżenia Haugen, a prawdziwy krach nadszedł wraz z sześciogodzinnym blackoutem.

– Imperium Facebooka zaczyna pękać. Tego samego dnia dostaliśmy do ręki dowody na to, że Facebook nie tylko ponosi, przynajmniej częściową, odpowiedzialność za wiele patologii, z którymi mierzymy się w sieci, ale też na to, że zarząd firmy o nich wiedział i nadal nie zamierzał nic zmieniać. Władza platformy sypie się w posadach, co może paradoksalnie posłużyć za pretekst do pozytywnej reformy. Tymczasem jest jednak przestrogą dla biznesów i organizacji społecznych, żeby nie polegały na kanałach komunikacji i narzędziach kontrolowanych przez jedną firmę – ostrzega Katarzyna Szymielewicz, prezeska Fundacji Panoptykon.

Facebook zepsuł Facebooka 

Poniedziałek, ok. 17.40 polskiego czasu. Za oceanem zbliżało się południe, gdy Antigone Davis, przedstawicielka Facebooka, występowała w telewizji CNBC. Niepewnym głosem, niemal nie patrząc w kamerę, co chwila spoglądając na notatki, broniła swojej firmy przed poważnymi oskarżeniami Haugen. 

W pewnym momencie CNBC przestało już pokazywać sylwetkę Davis, a zaczęło planszę z notowaniami Facebooka. A te od rana traciły już ponad 5 procent. Wartość akcji spółki Marka Zuckerberga pikowała do końca sesji, powodując miliardowe straty. Nic dziwnego – do kłopotów z oskarżeniami Haugen doszedł kolejny. Kolejni użytkownicy, kolejne rynki raportowały to samo: nie działa. Nie działa Facebook, nie działa Instagram, nie działa WhatsApp. Od tych gigantycznie popularnych usług zostało odciętych 3,5 miliarda ludzi na całym świecie. 

Sytuacji nie uspokoiły też komunikaty samego Facebooka, który wiadomości o tym, co właściwie się dzieje, musiał udostępniać na… Twitterze. Niepokój wzrastał także, gdy zagraniczne media zaczęły informować, że Facebook chce naprawić usterkę, resetując własne serwery. Jednak nie mógł tego zrobić zdalnie, ponieważ zostały niejako odcięte od świata zewnętrznego. Podobnie zresztą jak niektórzy jego pracownicy uwięzieni w siedzibie firmy. Do budynku nie mógł dostać się też zespół, który miał ręcznie dokonać restartu serwerów. Wejść nie pozwalały im karty dostępu, które działają w oparciu o te serwery. Wszystko wyglądało tak, jakby Facebook zatrzasnął klucz we własnym samochodzie.

Po kilku godzinach sieć była już pełna analiz i przypuszczeń, co mogło być przyczyną tak rozległej i długotrwałej awarii. Dziennikarze „New York Timesa” szybko ustalili, że najpewniej nie stoi za nią atak hakerski, lecz błędy w konfiguracji serwerów.

Alex Hern, dziennikarz technologiczny „Guardiana”, w serii wpisów na Twitterze opisywał, że winna okazała się wewnętrzna polityka firmy, której wszystkie systemy działają w oparciu o serwery Facebooka. – Facebook przypadkowo wysłał aktualizację protokołu trasowania (deep-level routing protocol), która w uproszczeniu mówi: 'Hej, nie mamy już żadnych serwerów' (...). Zazwyczaj, taki błąd można w łatwy sposób naprawić, wystarczyłoby wysłać kolejną aktualizację protokołu mówiącą w uproszczeniu: 'Nie martwcie się. Mamy jednak serwery. Są tutaj!'.

Agencja prasowa Reuters donosiła, że awaria może mieć związek z niewłaściwym działaniem systemu nazw sieciowych, czyli Domain Name System (zazwyczaj określanego skrótem DNS). Mówiąc krótko, system ten jest swoistym „drogowskazem internetu”. Zastępuje nazwy domenowe, których używamy i które są czytelne dla ludzi (np. Facebook.com, Spidersweb.pl czy YouTube.com) i zamienia na adresy IP używane przez komputery, routery i inne urządzenia sieciowe. Brak wpisu w DNS powoduje, że żaden komputer nie jest w stanie rozwiązać nazwy domenowej i uzyskać „prawdziwego” adresu IP. Eksperci przepytywani przez Reutersa podejrzewali, że nieprawidłowe działanie DNS w przypadku takich firm jak Facebook regulowane jest wewnętrznie i przypuszczalnie mogła spowodować je awaria.

Awaria została opanowana około północy polskiego czasu. Trwała niby tylko sześć godzin, ale jako że Facebook w wydanym komunikacie nie sprecyzował, kto dokonał zmiany w konfiguracjach i czy była ona planowana, to zaczęły pojawiać się głosy, że mogło do tego dojść wskutek nieumyślnego błędu lub sabotażu. Niektórzy – jak Jason Kint, prezes Digital Content Next – sugerowali, że awaria to nie jest przypadek, lecz próba odwrócenia uwagi od prawdziwych kłopotów, które właśnie ciemnymi chmurami zbierają się nad firmą Zuckerberga.

Wewnętrzny La Résistance

– Wiele wskazuje na to, że awaria była winą Facebooka, a nie ataku zewnętrznego np. hakerów. Oczywiście może to być przypadkowy błąd lub pomyłka, ale niewykluczone, że to działanie wewnętrzne, sabotaż od strony pracowników chcących walczyć ze swoim pracodawcą. Warto wziąć pod uwagę kontekst: byli pracownicy z firmy ujawniają w mediach nieprawidłowości, a Francis Haugen miała zeznawać przed Senatem i oskarżyć Facebooka o świadome pomijanie wiedzy dotyczącej szkodliwości swoich algorytmów, czyli żerowanie dla zysku na ludzkich słabościach – mówi Jacek Grzeszak, ekspert z Polskiego Instytutu Ekonomicznego specjalizujący się w analizach wpływu Big Techów na gospodarkę. Dodaje, że być może w Facebooku rodzi się podobny opór, jaki przez wiele miesięcy eskalował w Google, aż w końcu doprowadził do otwartego buntu i powstania parazwiązku zawodowego.

Zresztą to nie pierwszy przypadek, gdy właśnie pracownicy i współpracownicy tej firmy zdradzają, jak wiele Facebook ma za pazurami. W kwietniu tego roku więcej światła na jej działanie rzuciła Sophie Zhang. Analityczka została zatrudniona do pracy w zespole zajmującym się walką z nieautentycznym zaangażowaniami (fake engagement), czyli z płynącymi z fałszywych lub skradzionych kont aktywnościami. Po 2,5 roku pracy ujawniła wiele rażących prób nadużycia platformy na wielką skalę przez polityków, którzy za pomocą Facebooka wprowadzali w błąd własnych obywateli. Trzy lata temu światło dziennie ujrzała afera Cambridge Analitica dzięki Christopherowi Wyliemu, który widząc, że jego szefowie wykorzystują informacje o nieświadomych użytkownikach Facebooka do manipulowania wyborcami, zebrał dowody i przekazał je dziennikarzom brytyjskiego dziennika „The Guardian”. 

– Można domniemywać, że w Facebooku jest grupa niezadowolonych pracowników, którzy kiedyś byli idealistami chcącymi zmieniać świat na lepsze. Tyle że teraz widzą, co się dzieje, mają świadomość, jak działają algorytmy i mają wiedzę, że firma mogłaby przeciwdziałać różnym złym działaniom, a tego nie robi. Dowodów na nieetyczne działania Facebooka przybywa i tak, w tym sensie wątpię, aby ta awaria była zupełnie przypadkowa – dodaje Grzeszak.

fot. TY Lim/Shutterstock.com

– To byłaby dość niezręczna próba odwrócenia uwagi od politycznego kryzysu – zauważa Szymielewicz i podkreśla, że trwająca kilka godzin globalna awaria pokazała raczej nieporadność w zarządzaniu własną infrastrukturą, co podważa wiarygodność platformy w oczach klientów biznesowych i zaufanie zwykłych użytkowników. – Jeśli to miałaby być forma szantażu czy próba wywarcia nacisku na Brukselę demonstrująca, jak nieodzowny jest Facebook jako platforma, to byłaby to szalenie ryzykowna strategia lobbingowa – dodaje Szymielewicz.

Przypomina jednak, że podobnie Facebook zachował się na początku tego roku w przypadku Australii, kiedy dochodziło do rozmów na temat regulacji opłat od agregatorów informacji – jakimi są Google i Facebook – względem lokalnych mediów. – Facebook w ramach protestu i demonstracji siły usunął ze swojego serwisu ich newsy. To działanie nie zostało jednak odebrane jak zręczny ruch negocjacyjny pokazujący siłę przetargową, ale raczej jak przyznanie się do dominującej pozycji. Ta demonstracja możliwości cenzorskich Facebooka tylko potwierdziła formułowane pod jego adresem zarzuty i to, że ani Australia, ani Unia Europejska nie powinny dłużej czekać z prawną regulacją giganta – mówi Szymielewicz.

Facebook wiedział, nie powiedział

Najnowsze doniesienia mówią jednak także o tym, że Facebook tylko udaje poprawę mechanizmów swojego działania. To właśnie pokazują „The Facebook Files” Haugen. Była już pracowniczka Facebooka dołączyła do firmy w 2019 roku po tym, jak bliska jej osoba uległa radykalizacji pod wpływem treści przekazywanych na portalu. Haugen uznała więc, że chce przeciwdziałać takim procesom i zmienić Facebooka na lepsze, a to najlepiej robić od środka.

Podczas pracy najpierw jako główna product manager do spraw dezinformacji obywatelskiej, a później do spraw kontrwywiadu widziała, że Facebook wielokrotnie napotykał konflikty między jego zyskami a bezpieczeństwem użytkowników. I rozwiązywał na korzyść własnych zysków, stawiając je ponad dobrem ludzi. Jakich spraw dotyczyły te konflikty? Według Haugen choćby działania algorytmów, które promują treści zawierające nienawiść i dezinformację.

To ich funkcjonowanie miało przyczynić się m.in. do zbrodni na tle etnicznym w Mjanmie, ale też do promowania postaw antyszczepionkowych. Haugen przekonywała również, że jej była firma badała i ma świadomość tego, jak Instagram szkodzi nastolatkom, prowadząc ich do uzależnień, obniżenia poczucia własnej wartości czy poprzez promowanie szkodliwych nawyków żywieniowych. Potwierdzają to zresztą ujawnione przez Haugen badania Facebooka na temat Instagrama. Według nich aż 66 proc. nastoletnich użytkowniczek Instagrama doświadcza „negatywnych porównań społecznych”, a w przypadku 13 proc. korzystanie z serwisu pogłębia ich problemy psychiczne, prowadząc do myśli samobójczych.

– W tej chwili na manipulacji i nadmiernym profilowaniu oparte są modele biznesowe największych firm IT, w tym Facebooka. Po tzw. „The Facebook Files” mamy dowody, że Facebook testował swoje nowe algorytmy i wiedział, że mogą one prowadzić do degradacji demokracji, ale mimo wszystko zdecydował się je stosować w imię interesu ekonomicznego – tłumaczy Magda Biernat z Centrum Cyfrowego. 

To nie koniec oskarżeń Haugen. Z ujawnionych przez nią dokumentów wynika, że celebryci, politycy i inni znani użytkownicy Facebooka byli traktowani w inny sposób niż pozostali internauci: wobec tych profili stosowano odmienne zasady moderowania lub nie stosowano ich wcale.

Jak pisał „New York Times”, ujawnione przez Frances Haugen dokumenty pokazały także to, że firma boi się utraty władzy, wpływów i użytkowników. Stąd przyzwalanie na coraz bardziej wątpliwe etycznie działania, bo to ich efekty powstrzymują użytkowników przed porzuceniem Facebooka na rzecz atrakcyjniejszych alternatyw, np. TikToka, do którego wyraźnie migrują najmłodsi internauci. Ten odpływ – zwracają uwagę dziennikarze NYT – potwierdzają zresztą wewnętrzne prognozy Facebooka, według których do 2023 roku codzienne korzystanie z tej platformy przez nastolatków) spadnie o 45 proc. 

Facebook jest za duży, by upaść 

Może i jest widoczny odpływ młodych od Facebooka, ale i tak wciąż pozostaje on potęgą, szczególnie na rynku reklamowym. Razem z Google ma aż 80 proc. udziału w rynku reklamy cyfrowej w Wielkiej Brytanii, jak wyliczył na początku tego roku Competition and Markets Authority, czyli odpowiednik naszego Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. I nie jest to wcale odosobniony przypadek. Awaria całego ekosystemu Facebooka pokazała wyraźnie, że to monopol globalny. 

fot. Michele Ursi/Shutterstock.com

– Nagłe zniknięcie Facebooka i jego filii ilustruje to, co wiemy od dłuższego czasu: platforma urosła tak duża i potężna, że ​​stała się częścią tkanki samego społeczeństwa – mówi SW+ dr Carl Öhman, autor głośnej analizy z 2020 roku „Co się stanie, jeśli Facebook upadnie? Względy etyczne i prawne związane z upadkiem wielkich technologii” przygotowanej dla Uniwersytetu Oxford. Już wtedy Öhman ostrzegał, że biorąc pod uwagę prymat Facebooka jako największej na świecie platformy społecznościowej jego ewentualna upadłość czy awarie mogą pociągnąć za sobą etyczne, prawne i społeczne reperkusje o naprawdę katastrofalnych skutkach dla społeczności, które na co dzień korzystają z tej platformy, a także dla użytkowników, których dane osobowe zbiera i przechowuje Facebook. 

I tak się zadziało. Kolejne media obiegły takie historie jak ta opisana przez NYT: Samir Munir, który jest właścicielem firmy dostarczającej jedzenie w Delhi, skarżył się, że nie był w stanie dotrzeć do klientów ani zrealizować zamówień, ponieważ prowadzi firmę za pośrednictwem swojej strony na Facebooku i przyjmuje zamówienia za pośrednictwem WhatsApp. „Wszystko upadło, cała moja firma upadła” – opowiadał reporterom. 

– Ta awaria może mieć realne polityczne skutki. Dzięki niej wiele osób, w tym decydentów politycznych i biznesowych, mogło się przekonać niejako na własnej skórze, jak wiele ważnych dla społeczeństwa procesów polega na dostępności usług jednej firmy. I to firmy, której potęga wyraźnie chwieje się w posadach, która zwyczajnie nie zasługuje na takie zaufanie i rolę „krytycznej infrastruktury” w naszym społeczeństwie informacyjnym – ocenia Szymielewicz. I dodaje, że Facebook bardzo się stara utrzymać fikcję niezależności komunikatorów, które kupił i włączył do swojego imperium wbrew zastrzeżeniom europejskich i amerykańskich urzędników.

– Awaria pokazała, jak jest naprawdę: wszystkie te usługi polegają na tej samej infrastrukturze i są kontrolowane z tego samego miejsca w firmie. To nie jest bezpieczna sytuacja, ani z perspektywy ochrony prywatności, ani z perspektywy odporności na ludzkie błędy czy cyberataki. To kolos na glinianych nogach. Wyjściem z tej sytuacji wydaje się funkcjonalne rozwarstwienie Facebooka i dopuszczenie uczciwej, otwartej konkurencji w ramach tej największej sieci społecznościowej – tłumaczy Szymielewicz.

Facebook: bańka czy banieczka

Te reperkusje mogą być znacznie poważniejsze, bo mogą dotknąć całego wspomnianego rynku reklamy internetowej. – Na Facebooka również można również spojrzeć jak na rodzaj bańki spekulacyjnej: reklamodawcy bardzo dużo inwestują w ryzykowny produkt w postaci targetowanej reklamy. Od lat pojawiają się poważne, oparte na twardych danych analizy, z których wynika, że rynkowa wycena tego produktu jest nieracjonalna. Mówiąc brutalnie: reklamodawcy płacą w dużej mierze za fejkowy ruch generowany przez boty albo za przypadkowe kliknięcia czasem wymuszone tym, jak został zaprojektowany interfejs Facebooka, które nie przekładają się na intencje zakupowe. Jeśli ta bańka spekulacyjna w końcu pęknie, Facebook może się znaleźć w sytuacji porównywalnej banku Lehman Brothers w 2008 roku. A to by rzeczywiście oznaczało upadek: może nie całej platformy, ale jej komercyjnego silnika i modelu biznesowego – ocenia Szymielewicz.

Protesty przeciwko Facebookowi w 2018 r., fot. Frederic Legrand-COMEO/Shutterstock.com

To jest właśnie scenariusz, przed którym ostrzegał też wspomniany dr Öhman. Poparty jest on tym, że ogólnie Big Techy znajdują się pod coraz większą presją regulatorów na całym świecie, a nowe regulacje mogą poważnie ograniczyć zdolność firm do gromadzenia i analizowania danych użytkowników. – To z kolei może znacznie obniżyć wartość platformy Facebooka dla reklamodawców, których przyciągają szczegółowe, oparte na danych spostrzeżenia dotyczące zachowań użytkowników, a tym samym wyższe współczynniki konwersji reklamy do sprzedaży dzięki ukierunkowanym reklamom. Brak takich danych mógłby podważyć dotychczasowy model biznesowy Facebooka, w którym reklama generuje ponad 98,5 proc. przychodów Facebooka – tłumaczy. 

Czyli uregulowanie najbardziej kontrowersyjnego i budzącego najwięcej uwag aspektu działania Facebooka mogłoby się stać de facto gwoździem do jego trumny. A małą próbkę tego, jak wyglądałby świat bez Facebooka, właśnie mieliśmy. Co wcale nie przekonuje ekspertów do tego, by jednak Facebooka łagodniej traktować. – Wielki biznes próbuje przekonywać, że czas na jego uregulowanie już minął, ale pamiętajmy: to narracja wygodna dla nich, a nie dla nas, użytkowników i klientów. A przecież chodzi o nasze dobro. Na działanie nigdy nie jest za późno – podkreśla dr Öhman. 

Dlatego Jacek Grzeszak postuluje, aby na Facebooka i inne wielkie platformy cyfrowe spojrzeć jak na sektor bankowy, który jest przecież ściśle regulowany i kontrolowany przez państwa. – Jest „za duży, żeby upaść”, ale w związku z tym jest objęty szczegółowymi regulacjami, są fundusze gwarancyjne, regulacje dotyczące depozytów itd. – dodaje ekonomista. 

Sama Haugen zaś podczas zeznań przed Senatem porównała działalność Facebooka do tego, jak zachowywały się kiedyś koncerny tytoniowe. Mimo że miały świadomość szkodliwości swoich produktów, wciąż wydawały ogromne kwoty na reklamę i lobbing, robiąc wszystko, by władza nie zaczęła ograniczać dostępu do papierosów.

Widać to i dzisiaj. Według raportu Corporate Europe Observatory o lobbingu w instytucjach Unii Europejskiej 10 firm, które w ostatnim roku wydały najwięcej na takie działania, to właśnie 10 wielkich technologicznych graczy. W tym rankingu z sumą 5,5 mln euro Facebook jest na drugim miejscu (po Google) wśród najwięcej inwestujących w lobbing. To są tak ogromne sumy, że łącznie Big Tech wydaje dziś więcej na takie działania w Unii niż każda inna gałąź biznesu włącznie z przemysłem farmaceutycznym, paliwowym czy wspomnianym tytoniowym. 

Mimo tego – wydawać by się mogło – zaklętego kręgu i tak eksperci twardo postulują konieczność dobrania się do skóry wszystkim Big Techom. Choć wciąż nie ma jednej jasnej ścieżki rozwiązania problemów z Facebookiem i innymi platformami cyfrowymi. Szymielewicz należy do zwolenników uspołecznienia i podziału tego giganta. – Potrzebne jest funkcjonalne rozwarstwienie Facebooka, które w pierwszy kroku wymaga wymuszenia na platformie pełnej interoperacyjności. W takim otwartym, zdecentralizowanym ekosystemie inne aplikacje i platformy społecznościowe mogłyby się komunikować z serwerami samego Facebooka i, w oparciu o jego infrastrukturę, rozwijać alternatywne usługi – mówi Szymielewicz. I tłumaczy to na przykładzie: – Alternatywny interfejs do przeglądania strumienia aktualności, który nie opiera się na zyskach z reklamy i tym samym zakłada inne wskaźniki niż zaangażowanie.

Według niej ten model byłby nie tylko odpowiedzią na patologie, z jakimi mamy do czynienia na Facebooku, ale też zwiększałby stabilność całego ekosystemu. – Przy w pełni działającej interoperacyjności awaria jednego serwera nie paraliżuje komunikacji w całej sieci społecznościowej, bo do tych samych treści i osób w sieci prowadzą różne, alternatywne ścieżki – tłumaczy Szymielewicz. 

– Od lat trwa dyskusja, co zrobić z Facebookiem. Są dwa podejścia, które ze sobą konkurują. Bardziej amerykański scenariusz to postulat rozbicia Facebooka, cofnięcia fuzji, które zostały już dokonane. Uznanie, że USA błędnie oceniły, że przejęcie Instagrama i Whatsappa nie będzie zagrożeniem dla konkurencji i tym samym pomogło umocnić się monopoliście. Drugie podejście, bardziej popularne w Unii, nastawione jest na regulacje jednego dużego podmiotu. Podnoszony jest argument, że rozbicie Facebooka na mniejsze spółki nie rozwiąże problemów z transparentnością i wpływem algorytmów na społeczeństwo – wymienia Grzesiak.

Nad takimi regulacjami zresztą Unia Europejska już pracuje. To dwa wielkie ramowe rozporządzenia Digital Service Act i Digital Market Act. To właśnie wokół nich trwają tak gorączkowe prace lobbystów. Tak bardzo, że po niecałym roku prac łącznie do Komisji Europejskiej spłynęło aż blisko 2,3 tys. różnych poprawek i uwag do tych aktów prawnych.

Ogłoszona właśnie inicjatywa na rzecz dodania nowych praw i wolności do Karty Praw Podstawowych Unii Europejskiej pokazuje także, że konieczne są zmiany – i to na poziomie meta. Wśród sześciu nowych, postulowanych artykułów dwa dotyczące „cyfrowego samostanowienia” i „sztucznej inteligencji” ewidentnie dotyczą też działań Facebooka. Prawnicy i obrońcy praw człowieka – za inicjatywą stoi Wiedeńskie Forum na rzecz Demokracji i Praw Człowieka, a z polskiej strony ambasadorem kampanii jest były RPO Adam Bodnar – podkreślają, że dziś koniecznością jest zabronienie nadmiernego profilowania i manipulowania ludźmi oraz że każdy z nas powinien mieć prawo do przejrzystych, weryfikowalnych i sprawiedliwych algorytmów. 

Regulować, kontrolować, rozbijać 

Po reakcjach najważniejszych ludzi w Facebooku widać, że tego giganta ostatnie dni faktycznie poruszyły. I nawet nie chodzi o spadki giełdowe – wycena firmy i tak wciąż w perspektywie kilku lat jest mocno na plusie. Za to odczuwalne jest, że tym razem w przeciwieństwie choćby do Cambridge Analitica Facebook nie ma argumentów do bronienia się swoją niewiedzą.

Mark Zuckerberk, konferencja Viva 2018 r., fot. Frederic Legrand - COMEO/Shutterstck.com

Owszem, sam Mark Zuckerberg w długim oświadczeniu opublikowanym na Facebooku (gdy skończyła się już awaria) próbuje obalać wszystkie zarzuty Haugen. Pisze: – Jeśli media społecznościowe były tak samo odpowiedzialne za polaryzację społeczeństwa, jak twierdzą niektórzy, to dlaczego obserwujemy wzrost polaryzacji w Stanach Zjednoczonych, podczas gdy w wielu krajach utrzymuje się ona na stałym poziomie lub spada przy równie intensywnym korzystaniu z mediów społecznościowych na całym świecie?

Brakuje jednak argumentom Zucka szczegółowości i mocy dowodowej, jaką mają zarzuty jego byłej pracowniczki. Co więcej, Nick Clegg, wiceprezes ds. globalnych i komunikacji w rozmowie z CNN przyznał, że część zarzutów wobec Facebooka jest uczciwa, bo firma „nie wszystko robiła dobrze”, ale zapewniał, że Facebook chce się zmieniać, by być teraz bezpieczniejszy. 

Tyle że te obietnice dla wielu analityków brzmią niebezpiecznie podobnie do obietnic Big Tobacco, które pół wieku temu w odpowiedzi na problemy zdrowotne palaczy rozpoczęły kampanie promujące „bezpieczne, light papierosy”. Oczywiście oficjalnie Facebook odcina się od tych analogii. Nic dziwnego, raczej nie chciałby doświadczyć losu koncernów tytoniowych. Owszem, wciąż potężnych, zarabiających ogromne sumy, ale coraz bardziej spychanych do pozycji biznesu brudnego i niezdrowego.

Ilustracja tytułowa:fot. M-SUR/Shutterstock.com