SW+

Czy wypada zalajkować post o Auschwitz?

Czy wypada zalajkować post o Auschwitz?
281 interakcji
dołącz do dyskusji

Holokaust i media społecznościowe to zbitka, która nigdy nie wróży nic dobrego. Chyba że spojrzymy na to, jak Muzeum Auschwitz-Birkenau prowadzi swoje profile na Twitterze i Facebooku. Stały się one jednymi z ważniejszych kanałów walki z dezinformacją i dbania o pamięć o ofiarach drugiej wojny światowej. 

„Camp Auschwitz” – w bluzie z takim napisem paradował jeden z uczestników niedawnego ataku na Kapitol. Dziennikarze szybko dotarli do informacji, kim jest długowłosy szturmowiec: według źródeł CNN to niejaki Robert Keith Packer z Wirginii. Pracownicy Muzeum Auschwitz-Birkenau szukali zaś, gdzie Packer mógł kupić – w jego mniemaniu zapewne zabawne – ubranie. 

11 stycznia na twitterowym koncie prowadzonym przez Miejsce Pamięci i Muzeum Auschwitz-Birkenau pojawił się apel do administracji Etsy, czyli wielkiego sklepu internetowego, w którym użytkownicy sprzedają swoje towary: „Jest to bolesne dla Ocalałych i pozbawione szacunku dla pamięci wszystkich ofiar Auschwitz”. Chodziło właśnie o ubrania z napisem „Camp Auschwitz” oraz grafiką z czaszką i dwoma skrzyżowanymi ze sobą kośćmi, które można było kupić za ponad 80 zł. 

Reakcja była natychmiastowa. Już po dwóch godzinach ubrań w ofercie nie było, a administracja Etsy odpisała z podziękowaniem za zwrócenie uwagi. 

Takie interwencje dla pracowników mediów społecznościowych Muzeum Auschwitz to niestety wciąż codzienność. Ale także dowód na to, jak dzięki mądrze wykorzystywanym mediom społecznościowym można nawet w tak trudnych tematach działać skutecznie i bez epatowania emocjami. 

Gdyby w 1944 roku był Instagram

Eva Heyman miała 13 lat, gdy trafiła do Auschwitz po tym, jak nazistowskie Niemcy zaatakowały Węgry w 1944 roku. Od lutego 1944 roku pisała pamiętnik. Osiem miesięcy później już nie żyła. Wspomnienia dziewczynki przetrwały dzięki jej matce, która przeżyła Holokaust. 

Blok 5. w Auschwitz. Cześć z 80 tys. butów ofiar obozu. Fot. akturer / Shutterstock.com

W maju 2019 roku na Instagramie pojawił się profil Eva.Stories. Miał on przybliżyć jej historię młodym, którzy z mediów społecznościowych czerpią informacje o świecie. Zderzenie współczesnych realiów z tymi wojennymi było naprawdę przejmujące.

Narratorką konta była aktorka wcielająca się w Evę, która opowiadała obserwującym o swoim życiu – na początku całkiem beztroskim, normalnym życiu nastolatki. Wraz ze zbliżaniem się niemieckiej inwazji nastrój jej Insta Stories coraz bardziej się zmieniał. Jej opowieściom, choć osadzonym w przeszłości, towarzyszyły emotikony i współczesny język internetu. Eva używała hashtagów, takich jak #lifeduringwar, a z czasem zaczęła oznaczać swoją lokalizację „GHETTO”. Twórcy chcieli odpowiedzieć na pytanie: co by byłoby, gdyby dziewczynka w czasie Shoah miała Instagram? 

– Jeśli chcemy nieść pamięć o Holokauście młodemu pokoleniu, musimy przenieść ją tam, gdzie oni są. A są na Instagramie – tłumaczył Mati Kochavi, jeden z twórców projektu.

Akcja promowana była w Izraelu m.in. za pomocą reklamy wielkoformatowej. Wywołała tam dyskusję o tym, jak i czy w ogóle można mówić o Holokauście w mediach społecznościowych. Do dziś ten profil zebrał 1,2 mln obserwatorów.

Jednostkowe historie mówią najwięcej

Judith van Dam-Blok urodziła się 24 stycznia 1901 roku w Amsterdamie. Na zachowanej fotografii widać piękne, duże oczy i pełne usta. Na jej ramieniu spoczywa jasna etola, a całość dopełnia elegancki naszyjnik. Judith zmarła w wieku 41 lat. 11 października 1942 roku dotarła do Auschwitz w transporcie 1703 Żydów deportowanych z Westerbork. W obozie zginęło także jej rodzeństwo: Dora, Sara, Lena i Rachel. Jej siostra Marianna, brat Abraham i ich matka Johanna zostali zamordowani w obozie zagłady w Sobiborze.

Pamięć o nich mogłaby przepaść. Mogliby się stać jednymi z anonimowych ofiar. Ale o to, by się tak nie stało, by ofiarom przywrócić twarze, walczy Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu, bo tak brzmi pełna nazwa Muzeum Auschwitz. Od ponad roku systematycznie opowiada historie urodzonych danego dnia więźniów niemieckiego nazistowskiego obozu, gdzie od 1940 roku do wyzwolenia w styczniu 1945 roku unicestwiono ponad 1,1 miliona osób. 

Dzięki temu miejsce-symbol stało się przykładem, jak opowiadać o dramatycznej historii w mediach społecznościowych, by ustrzec się infantylizacji, epatowania przemocą i oddać należną pamięć ofiarom. 

A jest to przecież niezwykle ważne. W tekście „Jak mówić o Zagładzie? Holokaust jako osobiste doświadczenie polskich Żydów” opublikowanym w 2017 r. w „Wiadomościach Historycznych” Kinga Czechowska z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu pisze: – To, czego nie może pomieścić jedno opracowanie naukowe, znajdujemy często w jednym pozostawionym świadectwie. Celem naszych wysiłków towarzyszących pisaniu o Zagładzie jest zrozumienie tego jednego wspomnienia, doświadczenia jednej osoby.

Z podobnego założenia wychodzą administratorzy profili społecznościowych Muzeum Auschwitz.

– Pierwszym pytaniem, które sobie zadaliśmy, zakładając konto na Facebooku, było to, czy użytkownicy mediów społecznościowych widzą tam dla nas miejsce? Mieliśmy pewną obawę, że z historią Auschwitz i powagą tematu wchodzimy pomiędzy bardzo różne treści: teledysk, śmieszne zdjęcie, a życzenia urodzinowe od przyjaciół. Mimo wszystko uznaliśmy, że jest to przestrzeń, w której powinniśmy być obecni. Zauważyliśmy bowiem, że ludzie o Auschwitz tam piszą, a także wyszukują informacje, przez co mogą trafić np. na strony zakładane przez negacjonistów. Uznaliśmy więc, że powinniśmy znaleźć się tam jako oficjalna instytucja – opowiada Paweł Sawicki z Biura Prasowego Muzeum Auschwitz.

Sawicki związany jest z placówką od 2007 roku. Wcześniej mieszkał w Warszawie i pracował w Polskim Radiu. Oprócz obowiązków prasowych, jest także jednym z przewodników po muzeum. W Programie II Polskiego Radia przez kilka lat tworzył cykl audycji dokumentalnych „Auschwitz – między zbrodnią a świętością” zawierający dźwiękowe relacje byłych więźniów Auschwitz.

Od dzieciństwa Sawicki odwiedzał Oświęcim, gdzie mieszkała część jego rodziny. Pierwszy raz z Muzeum Auschwitz zetknął się, gdy miał 10 lat, a zainteresowanie historią obozu przyszło kilka lat później. Dziś, między innymi dzięki jego działaniom media społecznościowe muzeum stały się tak popularne.

Paweł Sawicki, Fot. Muzeum Auschwitz

– Codziennie umieszczamy na Twitterze 12 nazwisk, które mają też pokazać wielowymiarowość i wielowątkowość tragedii Auschwitz, pokazać różne grupy ofiar, różne losy, wyjaśnić niuanse funkcjonowania obozu. Zatem ma to nie tylko wymiar upamiętniający, ale też edukacyjny. Zazwyczaj poza nazwiskiem i fotografią nie wiemy nic więcej, ale czasami możliwe jest opublikowanie szerszej historii jednego człowieka. To takie wzruszające skrawki historii, z którymi bardzo łatwo się identyfikować. To pomaga w zmierzeniu się z ogromem tego, co wydarzyło się w Auschwitz – opowiada Sawicki. Zdjęcia umieszczane na profilu pochodzą z kolejnych baz danych, do których dostęp jest coraz większy. 

Jasna strona mocy 

Na Twitterze muzeum ma dwa konta: polsko- i anglojęzyczne. Polskie ma ponad 10 tys. obserwujących. To drugie zaś jest ewenementem – zgromadziło bowiem ponad milion obserwujących. Przyciągnęło również Marka Hamilla, czyli Luke'a Skywalkera z „Gwiezdnych wojen”. Hamill jest aktywny na Twitterze, zabawny, często twittuje i ma sporą grupę followersów. W zeszłym roku napisał: – Czy łatwo jest śledzić konto @AuschwitzMuzeum? Nie. W rzeczywistości jest to jedno z najbardziej bolesnych i wstrząsających kont na Twitterze. Jest to także przypomnienie o jednym z najciemniejszych okresów w historii ludzkości, który musimy #NEVERForget. 

Jego wsparcie i zasięgi pomogły osiągnąć kolejny pułap liczby obserwujących. Na 75. rocznicę wyzwolenia obozu, która przypadała 27 stycznia 2020 r., muzeum postanowiło osiągnąć liczbę 750 tys. obserwujących twitterowe konto. Dzięki zaangażowaniu osób z całego świata – w tym wspomnianego Hamilla – liczba ta przekroczyła milion na dwa dni przed obchodami rocznicy.

Ale nie o wyścig o fanów chodzi, tylko o zasięgi, które pomagają, gdy pojawiają się przekłamania, fake newsy czy po prostu kłamstwa oświęcimskie. Sawicki nie wyobraża sobie, że miejsce mogłoby w takich sytuacjach nie zabierać głosu. 

Na przykład wtedy, gdy Kurt Schlichter, prawicowy publicysta serwisu informacyjnego Townhall, stwierdził, że jeśli wspierasz Baracka Obamę i Johna Kerry'ego, to „byłbyś świetnym pomocnikiem w Auschwitz”. Muzeum zareagowało: „Nie należy instrumentalizować tragedii więźniów Auschwitz i ich skomplikowanych dylematów moralnych, których dziś nie potrafimy zrozumieć”.

– Używamy Twittera do fact checkingu, poprawiamy także dziennikarzy. Przyjąłem taką zasadę, że dany artykuł możemy podać dalej, jeśli nie ma w nim błędu merytorycznego. Czasem internauci też zwracają nam uwagę na błędy w mediach, które sami zauważyli. Siła tej społeczności jest bardzo duża. Zdarzyło się na przykład, że dzięki tej sile mogliśmy usunąć literaturę nazistowską z Amazona – opowiada Sawicki.

Zderzenie generacji

Profile Muzeum Auschwitz w mediach społecznościowych są przedłużeniem samej instytucji. To, co nie jest dopuszczalne w Miejscu Pamięci, nie może się także wydarzyć na Facebooku, Instagramie czy Twitterze muzeum.

– Jeśli ktoś głosi treści antysemickie, negacjonizm, to nie mamy pola manewru, tacy użytkownicy są blokowani. Tak samo jak w Miejscu Pamięci. Jednak należy podkreślić, że przy ponad 2 mln odwiedzających rocznie skala zachowań problematycznych wśród odwiedzających jest bardzo niewielka. Tak samo jest w mediach społecznościowych. Zdarzają się interwencje z naszej strony, ale nadal są to raczej incydenty – dodaje Sawicki.

Opowiada także, że często o nieodpowiednich komentarzach dają im znać inni użytkownicy. To pokazuje, jak odpowiedzialną i wierną społeczność gromadzą wokół siebie profile placówki.

Zdarza się, że media społecznościowe wpadają w zastawione przez siebie pułapki. Tak było rok temu z tiktokowym trendem na kręcenie filmików z użytkownikami wcielającymi się w ofiary obozu Auschwitz-Birkenau mówiące z zaświatów. Młodzi ludzie udający ofiary obozu używali w swoich filmikach filtrów nadających ich twarzom oznaki wymęczenia, pojawiały się siniaki czy mocno podkrążone oczy. Użytkownicy opowiadali na filmikach o tym, co ich spotkało w obozie. Nagraniom często towarzyszyły współczesne popowe hity, takie jak „Locked Out of Heaven” Bruno Marsa i „Heathens” Twenty One Pilots. Mówiące z nieba ofiary można było znaleźć po hashtagu #holocaustchallenge. – Trend „ofiar” w TikTok może być krzywdzący i obraźliwy. Niektóre filmy są niebezpiecznie bliskie lub już przekraczają granicę banalizacji historii. Ale powinniśmy dyskutować na ten temat tak, by nie zawstydzać i nie atakować młodych ludzi, których motywacje wydają się bardzo zróżnicowane. To wyzwanie edukacyjne – wyjaśniało muzeum na Twitterze.

Zdjęcia dzieci ofiar Auschwitz. Zachowane jako pamiątka ich męczeństwa przez muzeum. Fot. meunierd / Shutterstock.com

– Świat w mediach społecznościowych – i zapewne też poza nimi – dąży do biegunowości, coś jest czarne albo białe. Znikają nam niuanse. W przypadku chociażby TikToka jest to bardziej skomplikowane. Ważne jest spojrzenie szersze i głębsze, niż tylko bardzo łatwe emocjonalne oburzenie. Motywacje tych osób, które postanowiły takie filmy opublikować, mogą być bardzo różne. Będą przykłady osób, które chciały dobrze i posłużyły się takim językiem komunikacji, który znają. A znajdą się też tacy, którzy chcieli jedynie wpisać się w trend, zdobyć sławę. Rozdzielenie tego jest bardzo trudne – zauważa Sawicki.

Odkrywanie historii

Profile społecznościowe Muzeum Auschwitz to nie tylko przykre momenty, gdy trzeba zderzyć się z czyjąś niewiedzą, krzywdzącym komunikatem czy fake newsem. To także te dobre historie, których jest całe mnóstwo. Paweł Sawicki opowiada, że każda relacja osoby, która dzięki muzeum nauczyła się czegoś nowego, niezmiennie cieszy. Podobnie jak zaangażowanie obserwujących, którzy do opublikowanych przez muzeum postów dopisują ciąg dalszy: piszą o członkach swoich rodzin, dokładają nowe informacje, czasem także dają impuls do nowego śledztwa. 

Tak było, gdy latem zeszłego roku muzeum opublikowało zdjęcie Jiříego Poppera. Pochodzący z Czech Żyd miał 20 lat, gdy zginął w obozie Auschwitz-Birkenau. Jeden z użytkowników Twittera zwrócił uwagę na przypinkę w klapie marynarki młodego mężczyzny i rozpoznał w niej logo hiszpańskiego klubu piłkarskiego Real Sociedad. Sawicki przyznaje, że dla kogoś, kto nie jest fanem klubu, rozpoznanie małego znaczka na czarno-białym zdjęciu było w zasadzie niemożliwe. Internetowe śledztwo ruszyło, zaangażowali się w nie hiszpańscy dziennikarze, a także sam klub. Okazało się, że drużyna z San Sebastian grała w latach 20. z Deutcher Fußball-Club założonym w Pradze przez niemieckich Żydów.

– Tego typu rzeczy nie byłyby możliwe bez mediów społecznościowych i szybkości działania ludzi zaangażowanych. Oprócz tego w internecie nadal obecni są Ocalali z Auschwitz, a także ich krewni. Prowadzenie dialogu z takimi osobami – nie tylko przez Twittera – to zawsze rzecz bardzo poruszająca – dopowiada Sawicki.

Fot. Muzeum Auschwitz

A o tym, jak muzeum jest ważne i doceniane przez międzynarodową społeczność, świadczy choćby Nagroda Dziedzictwa Europejskiego Europa Nostra dla wystawy „Auschwitz. Nie tak dawno. Nie tak daleko”: wspólnego projektu hiszpańskiej firmy Musalia (notabene z San Sebastian) oraz Muzeum Auschwitz. Została przyznana w listopadzie zeszłego roku.

Muzea w pandemii

Rok 2020 był dla placówki szczególnie trudny. Przez 161 dni była ona zamknięta dla odwiedzających, a ich obecność jest szczególnie ważna w takim właśnie miejscu: przestrzeni, która jest nie tylko muzeum, ale i faktycznym świadkiem jednego z największych aktów okrucieństwa w historii ludzkości. Gdyby nie pandemia, muzeum odnotowałoby pewnie kolejny rekord odwiedzających. Liczba do tej pory zwiększała się z roku na rok. W 2019 r. wynosiła ponad 2 mln. W 2020 r. muzeum odwiedziło tylko 500 tys. osób. Spadek frekwencyjny odbił się oczywiście na kwestiach budżetowych. Ale i na tym, że całą komunikację i edukację trzeba było przenieść do sieci.

Z tym problemem zmagały się oczywiście także inne placówki, jak choćby Muzeum Powstania Warszawskiego. Kontakt z utraconymi odbiorcami utrzymywano za pomocą różnych inicjatyw: oprowadzaniu online po placówce, Warszawie czy promocji książek i przewodników, które można kupić w internetowym sklepie muzeum.

– Kiedy w marcowy czwartek placówki zostały zamknięte, w piątek mieliśmy już pierwsze streamy z naszymi przewodnikami – opowiada Jan Ołdakowski, dyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego. Muzealnik jest także jednym z autorów koncepcji i programu działalności muzeum.

– Stwierdziliśmy, że skoro nasi przewodnicy i edukatorzy są dobrzy w bezpośrednim kontakcie, spróbujemy to przełożyć na internet. Świadomie stworzyliśmy rodzaj surowego medium, jakim była transmisja ze zwiedzenia muzeum, często kręcona z ręki. Przewodnik mówił: „to chodźcie obejrzymy teraz tamto miejsce”. Zupełnie tak, jakby uczestnicy stali obok niego. Niektóre streamy miały po 200 tysięcy odtworzeń – dodaje Ołdakowski.

– Muzea przestały być tylko wystawami. Wypowiadają się także w sprawach intrygujących ludzi. Nowoczesne muzea odnoszą się do współczesności, mówią coś na temat aktualnych spraw, takich jak patriotyzm, wolność czy tolerancja. My przyjęliśmy zasadę, że przede wszystkim odwołujemy się do samych powstańców, naszych bohaterów i to im oddajemy głos. Jednocześnie staramy się zachęcać do budowania postaw obywatelskich. W naszym muzeum pokazujemy głównie przeszłość, ale próbujemy zbudować z nią relację do współczesności. Żeby miała też wpływ na teraźniejszość czy przyszłość – twierdzi Ołdakowski.

Serduszka dla Auschwitz

Choć placówki zajmujące się szczególnie trudnymi rozdziałami z historii ludzkości już na dobre rozgościły się w mediach społecznościowych, czasami nadal wyczuwalny jest zgrzyt pojawiający się przy zderzeniu tych dwóch porządków: współczesnej, uproszczonej i szybkiej komunikacji w sieci i skomplikowanej, bolesnej historii. Wyzwaniem jest opowiedzenie historii osoby ocalałej z Auschwitz czy powstańca w 280 znakach, bo przecież tylko tyle możemy zawrzeć w twitterowym wpisie.

Marta Szadowiak, założycielka agencji Projekt PR, pracująca m.in. z instytucjami kultury, widzi ważną misję edukacyjną we wprowadzaniu do mediów społecznościowych trudnych treści. Według niej nie musi to wiązać się z trywializowaniem tematu, a jest raczej rozpowszechnianiem go w mediach masowego rażenia, dostosowując język do użytkownika.

– Na Facebooku czy Instagramie pod postem o zagładzie dalej można dać serduszko albo kliknąć „wow”, co jest mocno kontrastowe do tematu. Na przykład „W X roku zginęło X ludzi. Reakcja lubię to: Ja i 3459 osób”. I pewnie to budzi najwięcej wątpliwości obserwatorów. Ale w gruncie rzeczy Facebook i Instagram nie są zbudowane tak, że pasują do nich tylko treści rozrywkowe, a w wydźwięku lekkie, łatwe i przyjemne. To zachowania i reakcje – słowo-klucz – użytkowników sprawiają, że tak postrzegamy te platformy. Poważny temat może ulec trywializacji po tym, jak tysiąc osób kliknie „haha” na FB. Niby odbiorcy mogliby się wstrzymać i nie serduszkować postów o zagładzie na Instagramie, ale wtedy ucierpi na tym widoczność profilu – tłumaczy ekspertka od PR. 

– By serduszka nie miały wątpliwego wydźwięku, lepiej informować o działalności samego muzeum, a nie o zagładzie jako takiej. O nowych wystawach, wydarzeniach, odwiedzinach – tłumaczy Szadowiak. Tak byłoby bezpieczniej, bez banalizującego wydźwięku serduszek. Tych samych serduszek, którymi instagramowicze obdarowują codziennie miliardy postów o życiu pięknym jak z obrazka, idealnych sylwetkach, foremnych wypiekach czy słodkich pieskach.

Kwestia odczytywania intencji osoby siedzącej po drugiej stronie światłowodu, konstruującej post czy komentarz wedle znanych tylko sobie intencji, to sprawa niezwykle skomplikowana. Dlatego osoby komunikujące się w sieci w imieniu muzeum muszą być szczególnie ostrożne i działać w wyważony sposób. 

Czasem, jak opowiada Paweł Sawicki, jest pokusa, by odpowiedzieć każdej osobie. Albo wdać się w każdą dyskusję, a są przecież tacy, którzy prowokują i próbują wciągnąć muzeum w awanturę. Tego, jak unikać takich sytuacji, pracownicy Biura Prasowego Muzeum Auschwitz uczą się cały czas. Jak podkreśla Paweł Sawicki, mają z tyłu głowy bezpiecznik: myśl, że nie publikują treści w swoim imieniu, tylko jako reprezentanci niezwykle ważnej światowej instytucji.

Selfies w Auschwitz? To niestosowne

Każdy z profili społecznościowych Muzeum Auschwitz ma swój własny charakter, zadanie i sposób prowadzenia. Facebook jest od nieco dłuższych treści. Twitter – skróconych historii ofiar. A Instagram jak to Instagram – do pokazywania zdjęć, np. tych robionych przez odwiedzających Miejsce Pamięci, co oczywiście w dobie pandemii koronawirusa zostało zamrożone. Zdjęcia są różne. Wszyscy kojarzymy np. te słitaśne, uśmiechnięte focie na tle obozowych baraków i torach prowadzących na rampę do wyładunku więźniów czy drutów kolczastych okalających obóz.

Fot. meunierd / Shutterstock.com

– Mieliśmy kiedyś dyskusję na temat selfies w Muzeum. Pojawiały się głosy nawołujące, by w ogóle zakazać ludziom wnoszenia aparatów. Ale ludzie robią takie zdjęcia i to jest nasz współczesny sposób komunikacji. Nie wszystkie one są z definicji niestosowne. Może ktoś nie potrafi wyrazić swoich emocji inaczej? Zawsze trzeba rozważyć motywację danej osoby, a także uważać na zbyt szybkie reagowanie. Próba emocjonalnego napiętnowania w social mediach potrafi wywołać efekt fali negatywnych komentarzy, która w efekcie może zamienić się w zaszczuwanie ludzi – opowiada Paweł Sawicki, reprezentant miejsca, które jest pomnikiem tego, do czego może prowadzić zaszczuwanie jednych ludzi przeciwko innym.