SW+

„Jestem jak COVID, nie będziesz mogła złapać oddechu” – tak podrywamy na Tinderze w czasie pandemii

Zeszły rok był przełomowy. Po raz pierwszy więcej osób poznało swojego partnera lub partnerkę w sieci niż tradycyjnie – na żywo, zamawiając piwo w barze czy siedząc w szkolnej ławie. Miłość, tak jak reszta naszego życia, przenosi się do internetu. I żadna pandemia tego nie zatrzyma. 

Internet mamy ze sobą niemal wszędzie. Jesteśmy w ciągłej gotowości do odczytania wiadomości, odpisywania, sprawdzenia informacji i flirtów. Gotowi do wypełnienia ciszy, której nie da się jednak zagłuszyć informacyjnym szumem i zakopać pod natłokiem doznań. 

„Pieprzenie i wanilia.” Joanny Jędrusik, choć w tytule ma wakacje, tak naprawdę nie jest książką o podróżach. Co więcej, to tak naprawdę nie jest też książka o samym Tinderze. To opowieść o próbie ucieczki i o tym, że jeśli uciekamy przed sobą, to taka podróż jest zawsze skazana na porażkę. 

Autorka „50 twarzy Tindera” – książki, w której bez pruderii opisywała świat romantycznych randek, pikantnego seksu i potrzebie zwykłej ludzkiej bliskości – znów zabiera się za odkrywanie przed czytelnikami świata widzianego z perspektywy mniej lub bardziej udanych randek. Tym razem wyrusza jednak ze swojskiej Polski i zabiera nas w podróż, która dla większości z nas pozostała tylko studenckim marzeniem. 

Droga, którą autorka obiera, jest malownicza: biegnie przez kilka różnych miast rozsianych po całych Stanach Zjednoczonych, Alaskę, Peru i Meksyk. Większości z tych miejsc poznajemy dzięki zapoznanym na Tinderze cicerone, przewodnikom, którzy służą często jako punkt wyjścia do snutej o danym mieście opowieści. Dzięki temu dostajemy specyficzny miks. Lekkie anegdotki z Tindera mieszają się z opowieściami o randkach, czasem jakby wyciągniętymi prosto z romantycznych seriali i scenami bezpruderyjnego seksu. A wszystko przyprawione historiami o paskudnych fragmentach współczesnego świata. 

Po Luizjanie obwozi nas fotograf pokazujący kolejne zakłady przemysłowe zatruwające wodę, glebę i powietrze, od których politycy odwracają oczy. No cóż, katastrofalne dane zachorowań na nowotwory dotyczą przede wszystkim ubogich mniejszości. W Seattle nieoczekiwanie poznajemy grupę zafascynowanych polską solidarnością członków lokalnych związków zawodowych. W Nowym Jorku dzięki dzielącym pokój ze współlokatorami chłopakom dochodzimy do wniosku, że nasz rynek mieszkaniowy wcale nie jest aż tak zły, a pracodawcy nie tak krwiożerczy. Książka Jędrusik to opowieść, która miejscami może niemal służyć za katalog problemów społecznych nękających współczesny świat. Gdyby nie lekki ton doprawiony pieprznymi opisami i zabawnymi anegdotami, byłaby nieznośnie przygnębiająca. 

Jędrusik nie kryje się ze swoimi opiniami czy poglądami i szuka przede wszystkim osób, które je podzielają. Tylko w jednym miejscu, w czasie lotu na amerykańskie południe, ten zgodny chór przerwany zostaje przez kontrę wygłoszoną przez zwolenników Trumpa. Lot jest ten jednak krótki i opowieść wraca w swoje utarte ścieżki. Wracamy do świata, w którym wszyscy się ze sobą zgadzają, świetnie bawią się w swoim towarzystwie, piją, kochają się i żartują. A pod powierzchnią tego wszystkiego kipi samotność, której nie ukoi nawet Tinder.

„Pieprzenie i wanilia”, Joanna Jędrusik. Wydawnictwo Krytyki Politycznej. 2020. 

Książka dostępna w wersji papierowej i jako e-book.

Kiedy zaczął się lockdown, wydawało się, że ostatnie, o czym myślimy, to randkowanie. Szybko jednak okazało się, że właśnie w czasie społecznego dystansu potrzebujemy więcej kontaktów w sieci. Także tych na Tinderze. – Match Group, do którego należy Tinder podał, że zanotował aż 30 proc. wzrost ruchu – opowiada nam Joanna Jędrusik, która od lat obserwuje jak kultura randkowania przez aplikacje zmienia nasze społeczeństwo. 

Joanna Jędrusik, fot. Jakub Szafrański

Korzystałaś z Tindera podczas pandemii?

Joanna Jędrusik: Tak. Trochę z ciekawości – chciałam sama zobaczyć, jak to wygląda w czasie pandemii. Trochę musiałam, bo jak chcesz coś mądrego powiedzieć o zjawisku, to musisz je samemu zaobserwować. Zainteresowało mnie, jak wygląda w świecie tinderowego randkowania lockdown. Na każdą ważną rzecz, która dzieje się na świecie, bardzo szybko widać odzew użytkowników Tindera. Kiedy wydarzyła się pierwsza awaria Czajki, to zaraz pojawiły się w profilach żarty o incydencie kałowym. Dwa, może trzy dni po ogłoszeniu lockdownu zaczęła się pojawiać cała masa zdjęć w maseczkach i opisy typu: „Jestem jak COVID, nie będziesz mogła złapać oddechu”.

Tinder bardzo szybko wprowadził na całym świecie darmową opcję Passport. Normalnie jest ona płatna i polega na tym, że możesz rozmawiać z użytkownikami innych krajów, skądkolwiek zechcesz. Użytkownicy Tindera na całym świecie dość szybko zaczęli łączyć się z użytkownikami w Wuhan, żeby dostawać wiarygodne informacje na temat tego, co się tam dzieje. Co prawda aplikacja jest tam zablokowana, ale ludzie nadal z niej korzystają za pomocą VPN-ów. Dzięki temu Tinder posłużył jako źródło wiedzy m.in. dla dziennikarzy na temat tego, jak faktycznie wygląda sytuacja w epicentrum epidemii. Na początku była przecież nikt nie wierzył w informacje, które podają chińskie media. Potem sporo czytałam o rozmawianiu z Włochami z najbardziej zagrożonych regionów. Więc niespodziewanie Tinder zaczął pełnić takie dodatkowe, komunikacyjne role w trakcie pandemii. 

Czy coś zmieniło się w sposobie, w jaki przeciętny użytkownik korzystał z aplikacji? 

Mimo groźby zarażeń od razu miałam wrażenie dużo większego ruchu niż normalnie i ogromnej responsywności w porównaniu z normalnym dniem. Siedzisz i dostajesz wiadomość, to od razu odpisujesz, bo wiadomo, że nie masz nic lepszego do roboty. 

No tak, nawet jeśli pracujesz z domu, to nie boisz się, że szef znienacka przejdzie za twoimi plecami i zerknie na to, co robisz na telefonie.

To było widać. Do tego masa ludzi była zamknięta w domach i nagle nie miała do kogo ust otworzyć. Nic więc dziwnego, że część z nich miała ochotę porozmawiać z obcymi ludźmi. To była rozrywka, na którą normalnie by się nie pokusili. 

To wydaje się logiczne. 

Tak, a mimo to podczas lockdownu pojawiały się nagłówki: „Czy lockdown zabije Tindera?”, „Czy lockdown zabije Bumble?”. Dziennikarze wieszczyli, że ludzie przestaną chodzić na randki i nikt nie wejdzie na aplikacje randkowe. Po dwóch lub trzech tygodniach już były pierwsze badania pokazujące, że jednak jest odwrotny trend. Było widać, że nie dość, że więcej użytkowników zakładało konta w apkach randkowych, ale też znacznie zwiększył się w nich ruch.

Match Group, który w Stanach ma największych graczy tego rynku – m.in. Tindera, Ok, Cupid, Bumble – jako pierwszy podał, że zanotował aż 30 proc. wzrost ruchu. Zwiększyła się liczba wysyłanych wiadomości. Szybko zareagowano na potrzebę rozmów twarzą w twarz. Na przykład twórcy Hinge’a wprowadzili czaty wideo. W aplikacjach, w których czat wideo już funkcjonował, jego popularność znacząco wzrosła. 

Ala na samym Tinderze wideo się nie pojawiło?

Nie, na Tinderze nadal nie masz nawet opcji wysyłania zdjęć. Dlatego jeśli ktoś ci powie, że dostał na Tinderze dick pick (czyli zdjęcie penisa – przyp. red.) – to nie, nie dostał. Nie ma tam po prostu takiej opcji. 

Żeby wysłać komuś fotkę, trzeba z Tindera wyjść? 

Tak, ale po co? Jasne, jak już masz zamiar się z kimś spotkać, to normalne jest, że chcesz obczaić jego Facebooka, ale nie przenosisz się tam z rozmową, bo nie chcesz mieszać Tindera ze swoimi znajomymi i rodziną. 

Czekaj, dlaczego to normalne? Co ci daje czyjś Facebook?

Naprawdę mało ludzi dziś nie ma Facebooka, więc jak ktoś nie chce mi go pokazać, to jestem, delikatnie mówiąc, podejrzliwa. Na porządku dziennym jest to, że ktoś mówi, że jest rozwiedziony, ale wchodzisz na jego Facebooka i jest na zdjęciach z kobietą, która ma takie samo nazwisko. Jak pociśniesz, to okazuje się, że właściwie nie jest rozwiedziony, tylko w trakcie rozwodu albo w separacji. Według badań sprzed kilku lat ponad 40 proc. użytkowników Tindera jest w związkach. Mi takie rzeczy przeszkadzają, jestem na to wyczulona. Gdy widzę czyjegoś Facebooka, bardzo mocno zastanawiam się, czy ta pani na zdjęciach z dziećmi, które wyglądają dokładnie tak, jak mój rozmówca, jest na pewno tylko siostrą. Warto sprawdzać takie rzeczy.

Zdarzyło mi się też, że ktoś nie chciał się dzielić swoim profilem z innych powodów. Przykład: rozmawiałam z facetem już kilka dni o filmach i muzyce i było normalnie. Ale gdy wreszcie weszłam na jego konto na Facebooku, okazało się, że ma je całe zawalone korwinistycznymi memami, zaczynając od Korwina rozjeżdżającego rowerem Tuska i Angelę Merkel. To byłaby strata czasu, gdybyśmy mielibyśmy się spotkać. 

To dziwne, że Facebook jest w tej sytuacji narzędziem, które ujawnia prawdziwsze oblicze rozmówcy. W końcu tam też mamy do czynienia ze skrupulatnie tworzoną personą, budowaniem naszego wizerunku na potrzeby znajomych. 

Bardzo długo Facebook był niezbędny, żeby w ogóle założyć konto na Tinderze. Przez pierwsze trzy lub cztery lata nie było innej opcji. Jeśli ktoś twierdził wtedy, że nie ma konta na Facebooku, to było bardziej niż podejrzane. 

To znaczy, że Tinder uważał, że Facebook tak dobrze weryfikuje ludzi i odsiewa boty, że korzystał z niego jak niektóre instytucje korzystają z potwierdzeń tożsamości od banków? Czy był jakiś inny powód? 

Tinder przez pierwsze miesiące zasysał dane z Facebooka i sprawdzał liczbę wspólnych zainteresowań obu stron. Algorytm dzięki temu podsuwał nam osobę, która miała ich najwięcej. Oczywiście aplikacja najpierw pokazywała nam osoby z naszego otoczenia, często znajomych. To naturalne, że nasze polubienia się pokrywają. To były świetne czasy, ale eksperyment się skończył. Teoretycznie Facebook Dating ma mieć takie opcje, jak porównywanie zainteresowań. Tyle że Facebook całkowicie zawalił wejście tej opcji na rynek europejski. Właściwie dalej nie wiadomo, co się z nim dzieje i czy się w ogóle u nas pojawi. 

Ta aplikacja ma przy tym dać możliwość wyłączenia z poszukiwań potencjalnych randkowiczów znajomych. Tak by nie widzieli, że szukamy miłości, romansu czy numerku na jedną noc. Taka tajemniczość dla wielu osób też może być ważna? 

Ogromnie i nawet nie chodzi o te 40 proc., które nie chce, żeby ich żona dowiedziała się o aplikacji. Nie wszyscy mają ochotę się chwalić tym, że są singlami. U nas wzbudza to nieuzasadnione poczucie wstydu. Jesteśmy konserwatywnym społeczeństwem, które nie umie rozmawiać o takich rzeczach, jak używanie Tindera. Owszem, coraz mniej się wstydzimy, ale jednak wstydzimy się nadal. 

W wypadku Tindera może też chodzić o przyprawianie wizerunku poszukiwacza przygodnego seksu. Randkowanie on-line szczególnie przez aplikacje wciąż budzi takie skojarzenia. 

Nasze media się do tego zdecydowanie przyczyniły. Pisały o Tinderze jak o maszynce do romansów na jedną noc. Kiedy Tinder wchodził, to niektóre media opisywały straszliwe przypadki morderstw, porwań i gwałtów dokonanych na osobach poznanych przez apkę. Właściwie żałuję, że nie byłam wtedy na socjologii i nie zrobiłam analizy porównawczej wejścia na rynek Ubera i Tindera. To było dokładnie to samo. Czytało się masę newsów o tym, że jakiś kierowca Ubera wywiózł kogoś do lasu i pokroił siekierą, a inny pomordował swoich klientów. Oczywiście potem się okazywało, że to w ogromnej większości fake newsy. Jasne, były też przerażające historie, które się zdarzyły naprawdę, ale tego była garstka.

Dokładnie te same fake newsy pojawiały się o Tinderze, że na porządku dziennym są gwałty i inne przerażające historie. Potem miejsce tych przerażających legend zajęło przekonanie, że Tinder służy tylko do spotykania się na seks.

W 2019 r. w Stanach Uniwersytet Stanforda opublikował badania, z których wynika, że więcej osób poznało osobę, z którą jest w relacji przez internet niż na żywo. Całe życie przenosi się do sieci. To była stała rosnąca tendencja, a po pandemii ten kurs tylko się zaostrzy.

Są badania, z których wynika, że wśród par LGBT ten odsetek rośnie do ok. 70 proc. Nieheterycy mają, że tak powiem, utrudniony rynek randkowy, więc aplikacje są jeszcze popularniejsze. To nie przypadek, Tinder był w końcu kopią Grindra. Dla osób nie-hetero to jest naprawdę bardzo przydatna aplikacja – szczególnie, że w niektórych społeczeństwach nie chcą się outować. Internet więc znacznie ułatwia znalezienie partnera. 

Żyjemy już w świecie, gdzie łatwiej nam podrywać na Tinderze niż w barze?

Tak, również dlatego że nie kierujesz się tym, że ktoś jest po prostu ładny i się tobie w tej chwili podoba, więc jesteś w stanie zignorować pewne rzeczy, pewne minusy. 

Ale przecież na Tinderze też widzę czyjeś zdjęcie i na jego podstawie podejmuje decyzję. „Swipuję” w prawo lub w lewo. 

Ale widzisz też opis. Jeśli ktoś ma opis „jestem korwinistą”, to jaki by nie były ładny, nie przewiniesz go w prawo. Jeśli poznasz go w barze, to takiej wiedzy nie ma się od razu. 

Możesz zacząć z kimś romansować, nie wiedząc, że oczekuje pobożnej katoliczki, która pójdzie z nim szybko do ślubu. Aplikacja oszczędza czasu i rozczarowań obu stronom. Pod warunkiem, że użytkownicy umieją zwerbalizować swoje potrzeby i napisać, kogo szukają. 

Czy pandemia na stałe już zmieni nasze randkowe zwyczaje? Dua Lipa i James Corden prześmiewczo śpiewają o nowych zasadach randkowania. Że pierwsza randka jest na Zoomie. Że jeśli nie masz Instagrama, to lepiej go załóż, bo jak inaczej sprawdzić, z kim w rzeczywistości mamy do czynienia? Że wylądowanie wśród „bliskich znajomych” to jak sygnał do dalszych działań. A zobaczenie czyjej twarzy na żywo bez maseczki to teraz jest trzecia baza. 

Pandemia przyspieszyła tendencję do angażowania technologii w poznawanie nowych osób, tak samo jak przyspieszyła tendencję rozwojową nauczania online. Wiadomo, na początku z tego żartujemy, ale prędzej czy później wszyscy się przyzwyczają. Ale żart o tym, żeby założyć Instagrama całkiem słuszny. Pewnie osobom, które szukają pary, może pomóc w autoprezentacji.

A może po wszystkim będziemy znacznie bardziej konserwatywni, wystraszeni kontaktów z obcymi, bo przecież nie wiadomo od kogo można się zarazić? 

Biorąc pod uwagę, jak beznadziejnie niezdyscyplinowanym społeczeństwem jesteśmy, to wątpię. W Polsce wszyscy zachowują się jakby COVID nie było, codziennie jest dużo więcej chorych niż w marcu czy kwietniu. Do pandemii wszyscy przywykli, a rządowi nie jest na rękę wprowadzać ograniczenia. Skoro dalej można iść na wesele, do kościoła czy do szkoły, to dlaczego mielibyśmy sobie zabronić randki? W końcu to tylko dwie osoby, a nie cała masa w jednym pomieszczeniu.

Joanna Jędrusik – kulturoznawczyni, publicystka, autorka książek „50 twarzy Tindera” i „Pieprzenie i Wanilia”, twórczyni podcastu Pod kołdrą z Jędrusik i fanpejdża Swipe me to the end of love.

Tagi:
przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst