1. SPIDER'S WEB
  2. Technologie
  3. Sprzęt

Pojechałem na wycieczkę i zabrałem ze sobą prąd. EcoFlow River Max i Delta - test

Impreza na działce, weekend w namiocie, sesja fotograficzna w plenerze, całodzienne zabawy z dronem - w obecnych czasach w każdej z tych sytuacji potrzebujemy zapasu prądu. Ale skąd go wziąć, skoro zwykły powerbank nie wystarczy, spalinowego generatora nie chcemy (nie dziwię się), a gniazdek w okolicy nie ma? Przekonałem się ostatnio, jak można rozwiązać ten problem.

EcoFlow River Max i Delta

A rozwiązanie jest proste - to stacja ładowania. Przy czym do mnie na ostatnie tygodnie trafiły dwa różne modele, podobne tylko z pozoru, ale tak naprawdę przeznaczone dla dwóch różnych grup użytkowników.

EcoFlow River Max i EcoFlow Delta to naprawdę poważni zawodnicy.

Mniejsza ze stacji, która trafiła do mnie na testy, to EcoFlow River Max (3399 zł). 576 Wh możliwej do zgromadzenia energii, 7,7 kg masy własnej, 500 W mocy wejściowej, 600 W mocy wyjściowej (1200 W - moc szczytowa), pakiet złącz USB (w tym USB-C), a także 2 gniazda AC i wyjście do ładowarki samochodowej. Czas ładowania do 80 proc.? Godzina. Czas ładowania do pełna - ok. 1,5 godziny. Wymiary - niecałe 30 cm na 18,5 cm na 23 cm. Do kieszeni raczej tego nie schowamy, ale przenoszenie z wykorzystaniem wbudowanego uchwytu nie sprawiało problemu nawet mi.

EcoFlow River Max - uchwyt spokojnie nadaje się do transportu w jedną osobę.

Na tle drugiej stacji, czyli EcoFlow Delta (7299 zł), River Max wygląda jednak jak sprzęt ultrakompaktowy. Delta zgromadzi w sobie bowiem aż 1260 Wh, ma 40 x 21 x 27 cm, a do tego waży ponad 14 kg. Nic dziwnego, że w jej przypadku zdecydowano się na uchwyty, które ułatwią transport w dwie osoby, choć i w tym przypadku poradziłem sobie w pojedynkę.

Czym jeszcze różni się Delta od River Max? Chociażby liczbą gniazd - w tym przypadku mamy aż 4x AC, 2 USB-C, 4 USB-A z szybkim ładowaniem o różnych prędkościach. Do tego Delta obsługuje maksymalną moc 1800 W i może nawet działać jako zapasowe zasilanie w razie awarii - po prostu podłączamy sprzęty do stacji, stację do prądu i w razie awarii automat zajmuje się przełączeniem na podtrzymywanie tak, żeby nie stracić naszej pracy i nie uszkodzić podłączonych urządzeń.

EcoFlow Delta - też da się transportować pojedynczo. Ale najwygodniej może być w dwie osoby. Uchwyty idealnie się do tego nadają.

Można więc w skrócie potraktować EcoFlow River Max jako stację zasilania i ładowania dla wymagających, natomiast EcoFlow Delta to już prawdziwy kombajn, ze wszystkim, czego można tylko sobie wymarzyć. Nawet jest w stanie podładować odrobinę… samochód elektryczny, choć z oczywistych względów nie miałem okazji tego przetestować.

Miałem za to okazję sprawdzić, jak obie stacje energii spisują się w praktyce.

I tak po prawdzie sam zacząłem się zastanawiać, czy nie przydałaby mi się taka stacja w domu.

Przykład pierwszy? Proste - zdjęcia, które znajdują się w tym tekście. Wszystkie z nich zostały wykonane nocą, na niemal opuszczonym parkingu, gdzie nie ma większych szans na znalezienie gniazdka elektrycznego. Mimo to bez trudu podłączyłem - i to do mniejszej stacji, czyli River Max - dwie lampy błyskowe (energia błysku 300 Ws), ustawione na maksymalny poziom i z włączonym oświetleniem modelującym. Godzina robienia zdjęć, ponad 100 zapisanych fotografii i River Max wciąż pokazywał mniej więcej połowę naładowania akumulatora. Problemy? Zero.

Problemów nie było też od strony transportowej czy logistycznej już na miejscu. EcoFlow River Max trafił do bagażnika, gdzie stabilnie przeżył podróż, a potem na miejscu też nie dawał się przewrócić - mimo kilkukrotnych prób. Co jednak chyba było dla mnie najważniejsze (poza samym dostępem do zasilania), to fakt, że gniazda AC są ustawione tak względem siebie, że bez najmniejszego problemu dało się w nie włożyć dwie grube wtyczki, bez przesadnych akrobacji.

Bardzo przydał się też ekran i... latarka.

Ten pierwszy w czytelny sposób pokazuje, ile mamy jeszcze energii w stacji, ile czasu mniej więcej będziemy mogli jeszcze tak pracować i ile energii pobieranej jest w czasie rzeczywistym. Pomocne, jeśli np. nie wiemy, czy możemy sobie pozwolić na dłuższą sesję, czy zostały nam już ostatnie pstryknięcia i zapadnie ciemność.

Latarka z kolei początkowo traktowana była przeze mnie jako zbędny gadżet, ale szybko okazała się niezastąpiona. W końcu po odłączeniu lamp błyskowych od zasilania, na nieoświetlonym parkingu zapanowała całkowita ciemność. Latarka z EcoFlow River Max pomogła nie tylko odnaleźć pozostawione na parkingu sprzęty, ale też bez potykania się o nic dotrzeć do samochodu. Pewnie na jakimś kempingu czy w podobnym miejscu mogłaby się przydać jeszcze bardziej.

Sporego plusa muszę dać przy okazji - i to w przypadku obu modeli - za możliwość selektywnego włączania i wyłączania segmentów zasilania. I tak np. można wyłączyć panel z gniazdkami, jednocześnie zachowując włączony panel z USB albo gniazdem zapalniczki. W ten sposób, jeśli zasilamy tak np. oświetlenie namiotu, możemy je wyłączyć, ale zachować ładowanie smartfonów - i to wszystko bez odpinania kabli i przypinania ich ponownie następnego dnia.

Ewentualnie można w ten sposób ratować się przy niskich poziomach naładowania stacji - wyłączamy to, co nie jest nam w danej chwili potrzebne, ale bez wyłączania całej stacji albo bawienia się w luźno walające się końcówki przewodów.

Sesja skończona, można wracać do domu. I czas się chyba trochę podładować.

I tutaj miła niespodzianka. Mam w domu zwykłe, malutkie powerbanki do telefonów, które potrafią się ładować całymi godzinami. EcoFlow River Max oraz EcoFlow Delta, mimo swoich rozmiarów i monstrualnej pojemności energetycznej... ładują się szokująco wręcz szybko.

Według deklaracji producenta oba te modele można naładować do 80 proc. ze zwykłego gniazdka domowego w... godzinę. Co ciekawe, po kilku ładowaniach jak najbardziej mogę to potwierdzić (ewentualnie różnica wynosi kilka-kilkanaście minut). Dobijanie do 100 proc. zajmuje wprawdzie wyraźnie więcej czasu (trochę ponad 2 godziny w przypadku Delty), ale już 80 proc. - i to z River Max - starczyłoby mi do większości zastosowań. Jest tutaj jednak pewien haczyk.

Haczyk jest oczywiście taki, że gdzie sporo energii w jednym czasie, tam pojawia się ciepło, którego trzeba się pozbyć. A skoro trzeba się go pozbyć, to musi się pojawić wentylator, który będzie się kręcił i powodował hałas. I tak po pewnym, niekoniecznie bardzo długi czasie ładowania, jedna i druga stacja dość wyraźnie zaczynają szumieć. Nie jest to jakiś przeraźliwy hałas i niektóre komputery są głośniejsze, ale trudno uznać, że nie istnieje.

Rozwiązanie? Jeśli nam się nie spieszy, to możemy pracę wentylatora ograniczyć, aktywując wolne ładowanie. Jak? Oczywiście, że przez aplikację mobilną z pełnym dostępem do ustawień, aktualizacji (!) i informacji. W końcu mamy 2022 r., więc dlaczego stacja ładowania nie opcji zdalnego zarządzania.

Jak jest różnica między szybkim ładowaniem stacji, a "standardowym"? Spora. W trybie szybkim aplikacja wskazywała, że stacja pobiera ok. 490 W. W trybie spokojnym - 110 W, co przekładało się na ponad trzykrotnie dłuższy czas ładowania, ale przy niższej temperaturze i rzadszej aktywacji wentylatorów.

Z poziomu aplikacji możemy też sprawdzić, co i z jaką mocą ładuje się ze stacji, włączyć i wyłączyć światło (w tym w trybie SOS), a także zmienić szereg ustawień, takich jak np. to, czy urządzenie piszczy po aktywacji wybranej funkcji, po jakim czasie przejdzie w tryb uśpienia albo kiedy ma się wyłączyć wyświetlacz.

Stale też jesteśmy informowani m.in. o temperaturze stacji, poziomie naładowania i przewidywanym czasie pracy do kolejnego ładowania.

Przy okazji - można oczwyiście ładować jedną i drugą stację z gniazdka samochodowego. Przy czym maksymalnie będzie to 130 W, więc trzeba się liczyć z dość długim ładowaniem. Można też ładować stacje z paneli fotowoltaicznych (do 400 W) i tym samym zapewnić sobie dostęp do prądu nawet na kompletnym odludziu, na którym chcemy przebywać dłuższy czas.

Gdzie jeszcze może się przydać taka stacja ładowania?

Właściwie liczba sytuacji jest trudna do zliczenia - po prostu wszędzie tam, gdzie chcielibyście mieć prąd, zwykłe powerbanki na nic się nie zdadzą, a innego źródła zasilania brak.

I tak przykładowo EcoFlow Delta okazał się dla mnie świetnym towarzyszem w ogrodzie, kiedy laptop wymagał ładowania, a ja - ciesząc się słońcem - wcale nie chciałem wracać do domu. Cyk i już - laptop jest ładowany, a przy mocy ładowania na poziomie 30 W, nawet przy niecałych 30 proc. naładowania stacji miałem przed sobą jeszcze 10-11 godzin ładowania.

Potem z kolei mogłem przetargać Deltę do szopy i zrobić to, co nie udało mi się od lat - odkurzyć tam. A nie udawało się to, bo nie było tam zasilania. Nagle też problemem przestały być inne prace w ogrodzie - np. skręcenie ławki przewodową wkrętarką, która jest dużo lepsza od jej bezprzewodowego odpowiednika w moim posiadaniu.

Eksperymentalnie podłączyłem też komputer stacjonarny oraz telewizor do Delty i River Max. Problemów: zero. Nawet awaryjne wyłączenie prądu z poziomu skrzynki z bezpiecznikami zakończyło się w przypadku większej ze stacji tak, jak powinno - czyli przełączeniem na awaryjne zasilanie akumulatorowe. Nie było też problemów przy podłączeniu jednocześnie komputera stacjonarnego, routera, laptopa i lampki - tak, to miało symulować awarię prądu w mojej okolicy i próbę podtrzymania przy życiu tego, co najważniejsze.

Jak wygląda kultura pracy... w trakcie pracy?

To w dużej mierze zależy od tego, jakie obciążenie zadamy stacji ładowania. Jeśli nie przesadzamy - przez długi czas będzie cicho albo, jeśli to na przykład plenerowa sesja fotograficzna, raczej nie będzie to nam przeszkadzać.

Jeśli natomiast zadamy obciążenie zbliżone do maksymalnego, to wtedy niestety musimy się pogodzić z tym, że jedna i druga stacja niemal natychmiast uruchomią swoje wentylatory na maksymalne obroty i będą zdecydowanie słyszalne. Przy czym zapewne sprzęt pobierający taką ilość energii i tak będzie głośniejszy od tych wentylatorów.

Co z kolei prowadzi do przedostatniego pytania:

Czego nie udało mi się zasilić z tych stacji?

Znalazłem w domu dwa takie sprzęty. Pierwszym był domowy czajnik, ale przyznaję - wyraźnie na naklejce miał napisane, że pobór prądu przekracza graniczne dla Delty 1800 W. Właściwie to nawet przekracza 2000 W. Stacja przy tym dość długo walczyła, operując w granicach 1800 W, ale ostatecznie się poddała, wyświetliła komunikat o przeciążeniu i wyłączyła zasilanie, nie kończąc procesu grania wody. Daję natomiast punkty za dobry system ograniczania szkód w przypadku użytkowników, którzy nie czytają instrukcji - właściwie to szkód wynikających z nieprawidłowego użytkowania nie było w ogóle, poza bardzo szybką utratą zgromadzonej energii na nieudany proces gotowania.

Jeśli więc planujecie gotować wodę na wyjeździe, lepiej zdecydujcie się na jakiś czajnik turystyczny o mniejszej mocy.

Drugim urządzeniem, które nie chciało współpracować, była frytkownica powietrzna - ta z kolei miała teoretyczny pobór mocy 1350 W, ale najwyraźniej tak było tylko na papierze, bo Delta od razu odrzucała to połączenie. Z frytkownicą o mocy 2100 W nawet więc nie próbowałem, za to ręczny czy stacjonarny blender udało się uruchomić bez trudu.

EcoFlow Dela i EcoFlow River Max - czy warto?

Trudno mi w jednym i drugim produkcie doszukać się jakichkolwiek poważniejszych wad, może poza tymi oczywistymi - to ciężkie albo bardzo ciężkie sprzęty, które potrafią zakręcić wiatrakami, jeśli pobieramy z nich więcej energii. Raczej średnio zaskakujące.

Poza tym robią dokładnie to, co powinny - dostarczają energię do podłączonych sprzętów, robiąc to właściwie zawsze bez najmniejszego zająknięcia. I to niezależnie od tego, czy podłączamy smartfona, energooszczędnego laptopa, lampę błyskową, wkrętarkę, blender czy odkurzacz.

Jeśli jesteśmy klientami na taki sprzęt - są spore szanse, że będziemy zadowoleni. Trzeba tylko przeanalizować, która wersja jest dla nas lepsza. Czy wystarczą nam dwa gniazda AC i maksymalnie 500 W, czy może jednak 1800 W i 4 gniazda AC to coś, co bardziej kojarzy nam się z tym, co robimy bez dostępu do gniazdka. A że różnica cenowa jest potężna - warto to dobrze przemyśleć.

Sam pewnie zaspokoiłbym w pełni swoje potrzeby modelem River Max - ba, może nawet wystarczyłby o połowę mniejszy River-bez-Max, którego w razie potrzeby można później rozbudować do wersji Max, a który kosztuje zauważalnie mniej? Z kolei jeśli byłbym fanem kempingów w dziczy albo spania w namiocie na dachu auta - pewnie wybrałbym Deltę. I najchętniej do kompletu panele fotowoltaiczne.

* Urządzenia do testów dostarczył dystrybutor INNPRO.

Lokowanie produktu: INNPRO